Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły /
A+ R A-

Publicystyka

20 listopada 2017 | Dział: Publicystyka
Nielegalni. Na nic mury i zasieki, kamery i czujniki oddechu. Są bowiem kraje, w których już dziś nielegalnie ukrywają się ich miliony. Miliardy. Więcej – dokładnie 32 biliony. Te kraje to raje podatkowe. Te biliony to dolary. Chowa je osiem osób, które posiada majątek większy niż pozostała połowa ludzkości na kuli ziemskiej, a także kilka tysięcy pomniejszych milionerów, w tym paru polskich posłów. Swobodnego przepływu nielegalnych fortun nie blokuje jednak żadna finansowa komórka straży granicznej, a żaden z krezusów nie trafił do obozu zamkniętego za podobne malwersacje.
 
Polska ma się czym pochwalić. To europejski rekordzista w umowach śmieciowych – setki tysięcy pracodawców oszczędzają w sumie miliardy złotych zatrudniając nas w sposób nielegalny. Media głównego nurtu od dekad nie zająknęły się jednak słowem o „nielegalnych miliarderach”, „nielegalnych pracodawcach”, „nielegalnych prywatyzacjach” i „nielegalnych spekulacjach” – tymczasem zalewają nas dziś falą nienawiści, względnie – współczucia – wobec… „nielegalnych imigrantów”. Jakie lobby finansowe stanie za tą niemą masą, aby „magicznie poprawić jej wizerunek”? Czy to, które zamieniło dziś wojny w „misje”, spekulacje w „inwestycje”, wyzysk w „racjonalizację zatrudnienia”, a zatrucie ziemi, wody i powietrza – w „zrównoważony rozwój”?! Dzięki podobnym zabiegom mediów w naszych głowach mieszczą się wszystkie te procedery, a tym samym nie mieszczą się ludzie uparcie pragnący przetrwać.
 
Prawda jest taka, że ukraińskie sprzątaczki, syryjscy kucharze, polskie pielęgniarki i nauczyciele – nas wszystkich elity zmuszają do budowania ich niebotycznych fortun. Dotąd jednak żadne regulacje rządów Unii Europejskiej, w tym Polski, nie wydały tak zdecydowanej wojny wobec architektów polityki zaciskania nieswojego pasa, jak wobec ich ofiar – mas ludzi uciekających z wyklętych stron świata.
 
Przyznajmy: swobodne życie i dach nad głową w miejscu pochodzenia bądź wolnego wyboru to dziś przywilej dla nielicznych. Z Polski w zeszłym roku uciekło za chlebem kolejne 124 tysiące osób – to tak, jakby z mapy kraju znikł Wałbrzych, Płock, czy Opole. 25 lat po transformacji Polska pobiła rekord – w 2014 r., poza krajem przebywało już 2,32 miliona emigrantów ekonomicznych. Co więcej, „pozostać w Polsce” wcale nie znaczy być u siebie: wewnątrz granic kraju, na ciągłą tułaczkę za chlebem skazane są miliony ludzi z podupadłych miast i regionów, w których po 1989 roku elity masowo likwidowały zakłady pracy, na korzyść konkurencji wielkiego kapitału zagranicą. „Warszawka” zwie tych ludzi „słoikami”, brytyjskie brukowce – hordą słowiańskich barbarzyńców. Jeśli człowiek na zmywaku to barbarzyńca, jak nazwać architektów brutalnych „terapii szokowych”?
 
Każdy region Trzeciego Świata ma swojego Balcerowicza. W ramach tzw. Strukturalnych Programów Dostosowania (ang. SAP) od połowy lat 80. – przez Meksyk, Tunezję, Egipt, Syrię, Polskę, Ukrainę, po daleki Bangladesz – ruszyła masowa prywatyzacja zakładów pracy i usług publicznych, deregulacja czynszów i likwidacja ceł na import z najbogatszych państw. Słowem, korporacyjna inkwizycja. Plany wdrażane przez trzecioświatowych Balcerowiczów uruchomiły masowy wzrost fortun dla nielicznych, masowe rozwarstwienie, masową ucieczkę rosnących majątków do rajów podatkowych, a w końcu – masową emigrację ludzi z krajów poddanych szokowym terapiom.
 
W ustroju rosnących wpływów najbogatszych, naczelną rolą III RP pozostaje ochrona ich przywilejów oraz takie zarządzanie „kapitałem ludzkim” i jego migracją, by utrzymać stabilny popyt na półdarmową pracę. Papież kapitalizmu, Adam Smith, zwykł podkreślać że „liczbę ludzi reguluje się tak jak liczbę innych towarów – według logiki popytu i podaży”. To nie przypadek, że towary tworzone np. w Bangladeszu na potrzebę polskiej korporacji LPP, wytwory pracy pół-niewolniczej, mają większą swobodę ruchu niż ludzie, którzy od takiej pracy pragnęliby uciec.
 
Armie na granicach, więzienia i obozy deportacyjne, nagonka w mediach na „innych”, „obcych” – ach, gdyby władze wyrażały choć promil podobnej zaciekłości w karaniu pracodawców za brak zapłaty należnej pensji! Wszak na czas nie płaci już prawie połowa szefów w Polsce – kraju o najniższych kosztach zatrudnienia w całej Europie.
 
W zamian, w sukurs najbogatszym idą narodowcy, którzy zapewniają, że za dotychczasowy wyzysk, śmieciowe płace i emerytury odpowiadać mieliby…. imigranci. Zarazem, ich wycie „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski!” nie przekonało dotąd dzieci Kulczyka, by przestały rozliczać się w Szwajcarii i podzieliły się fortuną z rodakami. Podobne hasła nigdy nie były kierowane przeciwko rodzimym prominentom, ani nawet arabskim szejkom, ale właśnie przeciwko ludziom pracy, a w efekcie – przeciw nam wszystkim. Nacjonalista woli szukać solidarności z polskim szefem, polskim bankierem, deweloperem, kamienicznikiem, niż ujrzeć pokrewieństwo swojego losu z warunkami życia pracownic z Ukrainy, Syrii, Iraku.
 
Figura narodowego imbecyla jest znakomicie pożyteczna dla liberała-kapitalisty, lojalnego fana Gazety Wyborczej. Po pierwsze, narodowcy „walczący z systemem” nie zagrozili dotąd bezpieczeństwu żadnego bankiera, biznesmena, ani nawet post-komunisty – napadają na „twórców systemu” w postaci anarchistów, „lewaków”, uchodźców, lesbijek, pedałów i osób bezdomnych. Zarazem, choć liberał stał murem za każdą kolejną reformą Balcerowicza i za każdą wojną, w której dla wyzwolenia arabskich kobiet spuszczano na nie bomby, dziś pragnie błyszczeć w kontraście do łysych pajaców jako światły „obrońca praw człowieka, walczący z przejawami rasizmu i ksenofobii”, ba! Jako „lewak”!
 
Uosobieniem tej postawy jest Marcin Święcicki, machający dziś chorągiewką „uchodźcy mile widziani” współautor tzw. planu Balcerowicza po 1989 r., były prezydent Warszawy, który zainicjował dziką reprywatyzację, dziś, obok swojego starego kumpla od terapii szokowej, misjonarz polskich elit na Ukrainie. Apele Święcickiego typu: „Potrzebny ukraiński Balcerowicz!”, zwiastuje znaną nam aurę i kolejną falę uchodźstwa zza wschodniej granicy. Udział siepacza Święcickiego w demonstracjach i akcjach obywatelskich jest mu niezbędny dla stworzenia ciepłego wizerunku i lepszej skuteczności działań wprost zbrodniczych.
 
W szerokim froncie „przeciw nacjonalizmowi”, cała rzesza przedstawicieli najróżniejszych obozów i partii umiarkowanego postępu może czuć się armią wyzwolenia od faszyzmu, jeśli tylko obok „przeciwko czemu”, nie zadać im pytania: „o co walczymy?”…
 
„Zdrowy rozsądek” w ramach demokracji liberalnej proponuje „racjonalną” politykę migracyjną opartą o logikę przymkniętych drzwi: głośno odrzucając rasistowski ekstremizm, łaje narodowców za to, że nie potrafią dostrzec iż imigranci mogą być przydatni w świetle demografii i europejskiego rynku pracy, w którym powoli brakuje rąk; że powinni pracować na polskie emerytury. Jak mówi dr hab. Maciej Duszczyk, były doradca Donalda Tuska: „politykę migracyjną prowadzi się, żeby uzyskiwać korzyści ekonomiczne i społeczne (…) W tych branżach, w których znajdują się imigranci, wynagrodzenia są już tak niskie, że nie ma czego obniżać. Proszę spojrzeć na te prace: w budownictwie, rolnictwie, gospodarstwach domowych. Tam wynagrodzenia są już tak niskie, że obniżenie ich spowodowałoby, że nawet cudzoziemcom przestałoby się opłacać je wykonywać.”
 
Mówiąc wprost, elity wyceniają wartość człowieka i jego prawo do przeżycia poprzez wartość jego pracy. Dodajmy – wartość opłacaną odpowiednio nisko.
 
Dla owych demokratów granice solidarności z migrantami, tak jak granice „Solidarności” z robotnikami po 1989 r., kończą się tam, gdzie kończy się interes kapitału. Po przekroczeniu tej granicy liberał, skromny mieszczanin, uznaje słabość demokracji, akceptuje rządy twardej ręki, strajkujących/uciekających od niewolniczej pracy nazywa „bestiami” i apeluje o pałowanie, większy budżet na policję, wojsko i więzienie. Biznesmeni różnią się od siebie w kalkulacjach – stąd część z nich już dziś nawołuje do pogromu i promuje narodowców w swoich mediach.
 
Tym samym, światli liberałowie od Balcerowicza oczywiście nie egzekwują „ekonomicznej i społecznej pożyteczności” od bankierów i coraz węższej elity. Jeden bank HSBC pomógł meksykańskim kartelom przeprać 881 miliardów dolarów – to więcej niż cały budżet Polski na 2016 rok. Jak okazało się w tym roku, w Europie HSBC pomógł ukryć na tajnych kontach setki miliardów dolarów należących do europejskich ministrów i rodzin królewskich. Pojedynczy klient z Polski zdeponował na takim tajnym koncie… 293,3 mln USD. Kosmiczne zastrzyki dla banków (w USA to już 16,8 bilionów $ – us eng: ‚trillions’) w nagrodę za ich kryminalne działania i niewyobrażalne spekulacje, nie skłoniły liberała do szukania pieniędzy na emerytury nigdzie indziej niż w płytkich kieszeniach pracowników najemnych.
 
Żeby solidarność przezwyciężyła nacjonalizm, trzeba uznać, że proponowane powszechnie podejście do „kryzysu uchodźców” jest karykaturą, która ma odwrócić uwagę od prawdziwego kryzysu: oto ustrój demokracji liberalnej, z całym bagażem pseudo-regulacji i wartości, pozwala ginąć milionom ludzi, by dać żyć garstce miliarderów. Póki owe miliony giną gdzieś hen, w fabrykach Bangladeszu czy w gruzach Syrii, można jeszcze utrzymać iluzję i sprzeczności liberalnej demokracji w Europie. Kiedy jednak masy stoją u bram – rozwiązaniem jej bolączek jest faszyzm.
 
To groteska, że apologeci zbrodniczego ustroju demokracji liberalnej zgrywają okresowo „antyfaszystów” promując różne demonstracje „solidarności zamiast nacjonalizmu”, „uchodźcy mile widziani”. W imię antyfaszyzmu wolnego od swojej karykatury, nie traćmy czasu na fałszywe alianse, uwolnijmy się od ciężaru iluzji „zdrowego rozsądku”, „apolityczności”, nie apelujmy do tego bożka w nadziei na przyciągnięcie „opinii publicznej”. Podejmijmy hasła sprawiedliwości społecznej, zamknięcia granic dla nielegalnych fortun i otwarcia ich dla potrzebujących, zacznijmy rozliczać elity za wojny i bańki spekulacyjne, za tworzenie gruntu pod nacjonalizmy i kryzys uchodźczy, apelować o powszechny strajk w odpowiedzi na tragedię ludzi pracy w granicach UE i poza nimi. Odważmy się samodzielnie wyrównywać rachunki, wywłaszczać gangsterów w szklanych wieżowcach. Solidarność zwycięży nacjonalizm tylko jeśli przestaniemy się łudzić, że wielki kapitał, jego media i sprzedajne związki staną ramię w ramię ze swoimi ofiarami i na ich rzecz zrezygnują ze swoich niebotycznych przywilejów.
 
Antek Wiesztort Kolektyw Syrena
 
Artykuł ukazał się numerze 7 anarchistycznej gazety ulicznej @-TAK
 
10 listopada 2017 | Dział: Publicystyka
Rozmowa z doktorem Krzysztofem Wasilewskim, autorem książki „Bezdomnych gromady niemałe... Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924)”, która właśnie ukazała się nakładem oficyny wydawniczej Bractwo Trojka.
 
„A-tak”: Co skłoniło cię do napisania tej książki?
 
Krzysztof Wasilewski: – Chciałem pokazać, że sposób w jaki pisano o imigrantach na przełomie XIX i XX wieku, można śmiało przełożyć na to, jak współczesne media informują nas o problemie uchodźczym. Sama książka ma tytuł historyczny, ale uważam, że można ją odczytywać zarówno jako opis wydarzeń, mających miejsce sto lat temu, jak i książkę o mechanizmach, które rządzą mediami. Chciałem też pokazać, jak można wykorzystać cyfrowe zbiory, bo w większości opierałem się właśnie na nich, a z prasą papierową miałem niewiele do czynienia. Moja praca pokazuje więc, jakie możliwości daje internet i różne repozytoria. Mnie pozwoliło to przeglądać tysiące tytułów prasy amerykańskiej, a szukałem artykułów pod kątem m.in. występowania słów imigrant i imigracja. Badałem to, w jakich kontekstach i jakich okresach temat imigracji funkcjonował wówczas w mediach. Dzięki zbiorom cyfrowym analizę obejmującą setki tysięcy tekstów mogłem przeprowadzić w ciągu kilku minut.
 
Książka rozpoczyna się od cytatu z wiersza Emmy Lazarus „Nowy Kolos Rodyjski”. Przedostatni wers był inspiracją dla tytułu twojej książki: „Przyślijcie mi bezdomnych gromady niemałe / Dla nich podnoszę lampę nad portu wodami”.
 
– Sam wiersz można interpretować symbolicznie. Pokazuje on, jak postrzegano w tamtych czasach problem imigracji w Stanach Zjednoczonych. Emma Lazarus z pochodzenia była Żydówką, ale nie interesowała się losami tej wspólnoty aż do momentu, kiedy przeczytała w prasie o pogromach rosyjskich Żydów i o tym, że są zmuszeni do opuszczenia Cesarstwa Rosyjskiego. Dodatkowo Austro-Węgry i Imperium Pruskie zabroniły Żydom osiedlania się u siebie, więc musieli wyruszyć w długą podróż do Stanów Zjednoczonych. Wiersz Lazarus został opublikowany w 1883 r. i trafił na aukcję, gdzie zbierano pieniądze na wybudowanie statuy wolności, mającej być darem narodu francuskiego dla amerykańskiego. Było to przedsięwzięcie wielce kosztowne, komercyjne i samo społeczeństwo amerykańskie musiało złożyć się na jego powstanie. Statua miała zostać odsłonięta w 1876 r., czyli na stulecie ogłoszenia deklaracji niepodległości. Z powodów finansowych stało się to dopiero dziesięć lat później. Sam wiersz umieszczono na cokole statuy dopiero w 1903 r., zaś ona sama dopiero wiele lat później, w latach 20. i 30., zaczęła symbolizować USA jako kraj otwarty na imigrantów; coś co widzą ludzie, wpływając do Nowego Jorku. Tylko że w tamtym czasie problem z imigracją już trwał...
 
 
PLANOWANE WYSYPISKO IMIGRANTÓW. STATUA WOLNOŚCI: „Panie Windom, jeśli zamierza pan uczynić z tej wyspy [Liberty Island – red.] wysypisko śmieci, to wracam do Francji”. Statek z lewej strony nazywa się „European Garbage Ship” („Statek z europejskimi śmieciami”). Statek z prawej to „Refuse” („Nieczystości”), a na powiewającej banderze ma napis „Statek z europejskimi śmieciami”. Karykatura dotyczy pomysłu Williama Windoma – sekretarza skarbu w administracji prezydenta Benjamina Harrisona – który w marcu 1890 r. zaproponował, aby główna stacja przyjmowania imigrantów w Nowym Jorku została przeniesiona z the Battery Island do Liberty Island, gdzie znajduje się Statua Wolności. Pomysł ten spotkał się ze zdecydowaną krytyką ze strony amerykańskiej prasy i w konsekwencji nie został zrealizowany.
 
 
Co udało ci się ustalić w trakcie badań?
 
– Może najpierw ja zapytam ciebie, z jakiego okresu pochodzą te słowa: „starcie cywilizacji”, „hordy imigrantów zbliżają się do naszych granic”, „imigranci stanowią zagrożenie dla dobrobytu”, „imigranci chcą wprowadzenia prawa religijnego obcego naszej tradycji i kulturze”?
 
Wczorajsze wiadomości TVP lub najnowszy numer „Naszego Dziennika”?
 
– Nie. „Starcie cywilizacji” to koniec XIX wieku i odnosi się do Chińczyków i Azjatów imigrujących do Stanów, a nie do Arabów. Pisano, że pokonają cywilizację amerykańską, ale w znaczeniu anglosaską, którą uważano za rdzenną, a Indian nazywano wtedy Aborygenami... Fragment z „prawem religijnym” odnosił się z kolei do katolików, nie zaś – jak mogłoby się wydawać – muzułmanów.
 
Przed kim jeszcze przestrzegano?
 
– Amerykańskie media i politycy straszyli społeczeństwo przed masami Polaków, Słowaków, Czechów, Węgrów, a wcześniej również Irlandczyków. Całkiem poważne dzienniki pisały o tym, że papiści oddadzą Stany Zjednoczone pod władzę papieża. Mało tego, amerykańska prasa donosiła, że papież ze swoim wojskiem już zbliża się do USA, żeby przejąć kontrolę. Co ciekawe, obecnie radykalne prawicowe czasopisma amerykańskie również podkreślają, że tradycja amerykańska to jest purytanizm i protestantyzm, a nie katolicyzm. Więc pod te zwroty o imigrantach i te wszystkie straszne historie, które opowiadano sto lat temu w USA, wystarczy dziś podłożyć Arabów, czarnoskórych i muzułmanów, zamiast Chińczyków, Polaków i katolików.
Aż nie chce się wierzyć... Jak prezentował się rozwój imigracji do USA w badanych przez ciebie latach? – Trzeba podkreślić, że do imigracji pchały ludzi przede wszystkim szybki rozwój gospodarczy USA, postępująca urbanizacja i tak na prawdę główne bogactwo USA, które kryło się w fabrykach. Do lat 80. XIX wieku większość imigrantów pochodziła z Europy Zachodniej (przede wszystkim Wielkiej Brytanii i Niemiec) oraz Skandynawii. W tym czasie pojawił się również napływ imigrantów z Chin i Japonii do zachodnich Stanów (przede wszystkim do Kalifornii i Oregonu) – to nie była liczebnie wielka imigracja, bo np. z Chin do USA aż do 1882 r. (wówczas zakazano imigracji z Chin) przypłynęło około stu tysięcy osób, a to w skali imigracji, która dochodziła do kilkuset tysięcy rocznie, było mało. Jednak z racji tego, że Chińczycy wyróżniali się swoim wyglądem, ubiorem i zachowaniem, a także gromadzili się w dużych miastach, jak np. San Francisco, to odgrywali rolę kozła ofiarnego, który skupił na sobie wszystkie te antyimigranckie nastroje w Stanach Zjednoczonych. Od lat 90. XIX w. w tej strukturze imigracyjnej zaczęli dominować Polacy, Włosi, Rosjanie i Żydzi. Do 1924 r. wyemigrowało do USA niemal 25 milionów osób.
 
 
Emigranci w USA
 
 
A ilu wyemigrowało Polaków?
 
– Dokładne stwierdzenie jest problematyczne, ponieważ Polska była wówczas pod zaborami i część Polaków była przez Amerykanów klasyfikowana jako Niemcy lub Rosjanie. Zresztą sama świadomość narodowa w wielu przypadkach kształtowała się dopiero na imigracji. Ci ludzie wyjechali jako „tutejsi (ludzie z danych regionów, miast i wsi), którzy mówili polsko- -rosyjsko-ukraińskim językiem, a w Stanach im powiedziano, że są narodowości polskiej. Na początku XX wieku pojawiła się kontrola przepływu osób, a z nią paszporty. One z kolei wiązały się z amerykańską strategią przesiewu imigracji – chciano odróżnić imigrację pożądaną (Niemcy, Anglicy, Skandynawowie) od niepożądanej ( Polacy, Rosjanie, Żydzi, Włosi).
 
Czyli były to zwykłe rasistowskie kategorię podziału ludzi?
 
– Ameryka w pierwszych dekadach XX wieku była światową stolicą teorii rasistowskich i eugeniki, którą uważano za naukową. Rząd federalny, instytucje naukowe czy medyczne wydawały różnego rodzaju publikacje, w których opisywano mierzenie wielkości czaszek poszczególnym imigrantom. Wyglądało to w ten sposób, że tuż po przypłynięciu kierowano ich do lekarzy, którzy spisywali, czy ktoś ma wąskie czoło, jaką ma szczękę, uszy, wzrost itd. Robiono to, żeby sprawdzić czy dana osoba ma wygląd typowego Anglosasa, który wzbogaci USA – w prasie amerykańskiej padały również twierdzenia o „wyższości białej rasy”.
 
Naziści nie byli pierwsi?
 
– Jeśli myślimy, że w hitlerowskich Niemczech pierwszy raz doszło do takich narodowych i etnicznych rozróżnień, to jesteśmy w błędzie. Powiem więcej – główni hitlerowscy ideolodzy przyznawali się, że lata 20. XX wieku w Stanach Zjednoczonych były dla nich wzorem do tego, jak można postępować z ludźmi. Eugenika osiągnęła wówczas apogeum... Wśród elit i na łamach gazet twierdzono, że jedne rasy są lepsze od drugich. Polakom też się dostało, bo choć byli biali, to określano ich jako rasę polską czy też słowiańską, a to oznaczało rasę gorszą.
 
Mam więc nadzieję, że twoja książka dotrze do ludzi o różnych poglądach i skłoni ich do przemyślenia tematu imigracji, uchodźców i rasizmu. Myślę, że pomoże również zrozumieć, w jaki sposób media mogą kreować rzeczywistość. Może „prawdziwi biali Polacy” zastanowią się kolejny raz, zanim nazwą kogoś „hordą zbliżającą się do granic”. Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiał Kapitan Flint
 
Wywiad ukazał się w numerze 7 “A-taku” (2017)
Ilustracja wywiadu: Mort Kunstler - "First View of the Lady" (1931)
 
 
 
 
 
 
Na okładce książki fragment karykatury autorstwa Victora Gillama pt. The Proposed Emigrant Dumping Site z 1890 roku (ze zbiorów Cornell University Library).
 
15 października 2017 | Dział: Publicystyka

Bardzo ważny głos w sprawie afery reprywatyzacyjnej. Poniżej stanowisko kolektywu Syrena oraz Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów w na temat "dużej ustawy reprywatyzacyjnej".

 

Zdjęcie użytkownika Maria Burza.
 

Duża Ustawa: miliardy z kieszeni ofiar reprywatyzacji. Stanowisko Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów i Syrena

 

Ogłoszony dziś projekt dużej ustawy reprywatyzacyjnej spełnia część postulatów ogłaszanych od lat przez środowiska lokatorskie. Podstawowe osiągnięcie autorów projektu to oczywiście koniec zwrotów kamienic z lokatorami. Ponadto władze formalnie uwzględniły kluczowe fakty historyczne, które dotąd celowo pomijali beneficjenci reprywatyzacji i politycy chroniący ich interesów: wypłacone już w PRL odszkodowania dla prywatnych właścicieli, wojenne zniszczenia w całym mieście oraz niespłacone publiczne kredyty, za które przed wojną budowano prywatne kamienice.

 

Wszytko to mogłoby sugerować, że lokatorzy – po niemal trzech dekadach nękania i walk – w końcu mogą odetchnąć z ulgą, a władze potraktowały tę grupę społeczną podmiotowo. To istotne, bowiem reprywatyzacja w III RP przyniosła już tyle szkód społecznych, że bez wątpienia można ją nazwać największą grabieżą w powojennej historii stolicy. Tymczasem kluczowe zapisy projektu ustawy sugerują, że ofiary reprywatyzacji mają słono zapłacić za spokój. Prawdziwym podmiotem krzywd i głównym zwycięzcą ustawy w takim kształcie są potomkowie największych posiadaczy przedwojennych majątków.

 

Fundamentem ustawy jest oddzielenie „złej”, dzikiej” reprywatyzacji, kojarzonej z mafią, kuratorami, handlarzami roszczeń, od „słusznych” zwrotów dla „prawdziwych” spadkobierców. Wiceminister Patryk Jaki zaproponował wypłaty odszkodowań finansowych dla osób spokrewnionych w pierwszej linii z właścicielami sprzed wojny. Wysokość tych odszkodowań sięga 20 procent wartości nieruchomości z dnia nacjonalizacji (lub 25 procent w formie obligacji państwowych). Nikt nie wie ile dokładnie ma kosztować taka reprywatyzacja. Podczas konferencji prasowej Jaki oszacował ten koszt na „kilkanaście miliardów złotych”. Nawet tak duży worek pieniędzy nie zadowolił środowiska spadkobierców dawnych majątków, które już zapowiedziało, że zaskarży ustawę do trybunału w Strasburgu.

 

Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów domaga się jak najszybszego zakończenia dramatu reprywatyzacji. W toku jej trwania, w III RP głęboko poszkodowano bezpośrednio ponad 50 tysięcy lokatorów. Władze wbrew woli ludzi przekazały ich z rąk publicznych w prywatne, skazały na podwyżki czynszów, uporczywe nękanie i wysiedlenia. Całe rodziny zadłużono na miliony złotych, wiele osób nie przeżyło tego procesu bądź znacznie podupadło na zdrowiu. Zlikwidowano tysiące mieszkań dostępnych dla osób mniej zamożnych, likwidując zarazem alternatywę dla spekulacyjnych cen na wolnym rynku. Straciliśmy na tym wszyscy.

 

Równolegle do zwrotów w naturze, władze wypłacały prywaciarzom „odszkodowania”: do tej pory już ponad miliard z budżetu miasta i 400 milionów z państwowej kasy. Wypłaty „rekompensat” postawiły miasto przed widmem kryzysu finansowego i wymogły cięcia socjalne: drastyczne podwyżki czynszów w lokalach komunalnych i w transporcie publicznym, prywatyzacje publicznych przedsiębiorstw czy stołówek szkolnych.

 

W skrócie, na fortuny dla nielicznych zrzucili się najbiedniejsi. Według naszego stowarzyszenia, skala i głębia krzywd lokatorskich w toku reprywatyzacji w III RP znacznie przekroczyła już szkody na prywatnych właścicielach w PRL.

W takim kontekście, projekt Dużej Ustawy, który zakłada wypłaty miliardowych rekompensat dla niewielkiej grupy społecznej spadkobierców, kompletnie pomija doświadczenie i potrzeby szerokiej masy społeczeństwa. Potrzeby dorosłych dzieci dawnych właścicieli traktowane są wciąż poważniej niż sprawiedliwość społeczna. Największe kwoty otrzymać mają ci, którzy przed wojną posiadali najwięcej. Taka reprywatyzacja, czyli, jak mawiają spadkobiercy „przywracanie przedwojennego uroku”, sprowadza się do przywrócenia najgorszego fragmentu epoki międzywojnia: odtwarza i pogłębia nierówności społeczne.

 

WSL stanowczo sprzeciwia się kontynuacji takiego kursu. Jesteśmy pewni, że miliardy złotych przekazane w ręce najbogatszych, choć i tak nie zaspokoją ich apetytów, wymogą cięcia socjalne na skali całego kraju. Tak jak po wojnie „cały naród budował swoją stolicę”, tak dziś cały naród ma budować fortuny dla nielicznych.

 

Zamiast wypłat miliardów złotych dla nielicznych za krzywdy sprzed 70 lat, władze muszą uznać krzywdy reprywatyzacji wyrządzonej przez państwo w III RP, której są przedstawicielami i za którą są odpowiedzialne.

 

Założycielka naszego stowarzyszenia, Jola Brzeska, została zamordowana i nic nie przywróci jej życia. Wciąż można i trzeba jednak odtworzyć zredukowany zasób komunalny, oddłużyć lokatorów, przywrócić usługi publiczne zlikwidowane przez kryzys wynikły z reprywatyzacji.

Jest tylko jeden zwrot na który się zgadzamy – gruntowny zwrot w stronę potrzeb społecznych i zniesienia nierówności stworzonych przez reprywatyzację.

 

WSL i Syrena, 11.10.2017

28 września 2017 | Dział: Publicystyka

Rozmowa z Andrzejem i Sebastianem, jednymi z organizatorów Międzyzakładowej Komisji OZZ Inicjatywa Pracownicza w poznańskim Volkswagenie. Wywiad ukazał się w gazecie związkowej "Na pierwszej linii", wydawanej przez OZZ Inicjatywę Pracowniczą przy Volkswagenie. Całość w formacie PDF można pobrać poniżej lub TUTAJ. Wywiad ukazał się również w języku angielskim (tutaj) oraz niemieckim (tutaj).

 

Skąd wzięło się niezadowolenie w VW i pomysł założenia innego niż „Solidarność” związku zawodowego?


Andrzej: Problemy się nawarstwiały przez wiele lat. „Solidarność” w naszym odczuciu nic nie robiła. To znaczy nie tyle, ile oczekiwali pracownicy. Nigdy wcześniej nie konsultowali z załogą, o co będą walczyć, co będą uzgadniać z zarządem. Mówili jedynie, że pracownicy będą zadowoleni. Na mojej linii pracowało dwóch delegatów „Solidarności”. Jak pytałem ich, co słychać w sprawach związkowych, oni nigdy nic nie wiedzieli. Wyglądało tak, jakby „góra” blokowała to, jakie mają być przekazywane informacje „na dół”. „Doły” też chciały pomagać. Mówiliśmy, że jeżeli macie jakiś problem, to zrobimy protest itd.


Sebastian: Ale najczęściej nie było na takie sugestie żadnego odzewu.


Andrzej: Przegięcie nastąpiło, kiedy „Solidarność” nie zablokowała wprowadzenia 17 zmiany. Nie rozmawiali na ten temat z załogą. Ostatecznie na FB napisałem, że to wszystko uderza w pracowników. Że to my musimy robić na trzy zmiany, że musimy przychodzić w soboty do pracy kosztem czasu poświęconego naszym rodzinom, znajomym, naszym zainteresowaniom. Sytuacja jeszcze stała się bardziej napięta, kiedy dowiedzieliśmy się w lipcu, że będziemy musieli przyjść do pracy w sierpniowy długi weekend. Napisałem, że tak nie może być, że pół roku wiemy, że mamy wolne, a tu nagle nam się mówi, że musimy pracować. Bezpośredni przełożeni przychodzili do pracowników, szczególnie tych zatrudnionych na czas określony i mówili im, że muszą przyjść w ten sierpniowy długi weekend, że niech pamiętają, że zaraz im się kończy umowa. Czyli ich próbowano szantażować. Mówią nam, że firma jest przychylna pracownikom, rodzinie, a nagle się okazuje, że musimy przychodzić w wolne dni do pracy, bo ważniejsze od nas są jednak cele VW.


Czyli zwolniono Ciebie dyscyplinarnie za wpis dotyczący wprowadzenia 17 zmiany i zmuszania ludzi do przyjścia do pracy w sierpniowy długi weekend. Na FB padły też sugestie na temat konieczności założenia nowego związku zawodowego. To dlatego IP twierdzi, że powodem zwolnienia trzech osób z VW nie był jakiś domniemany atak na firmę, ale właśnie zamiar utworzenia nowej organizacji.


Andrzej: Ja nie pisałem, że VW produkuje kiepskie auta. Jestem przekonany, że produkuje dobre samochody. Tak naprawdę odnosiłem się nawet nie tyle do firmy i jej zarządu, co bardziej do samej „Solidarności”, że ona nic nie robi.


Sebastian: Ja napisałem komentarz na prywatnym koncie Andrzeja, że wielu ludzi może nie przyjść do pracy w ten sierpniowy długi weekend. Że waćpaństwo sobie siedzi, a my pracujemy. Ponieważ byłem zatrudniony na czas określony, zwolnili mnie „normalnym” trybem. Powiedzieli mi, że nie muszą mi podawać uzasadnienia zwolnienia. Ostatecznie nie mogę stwierdzić, jaki był oficjalny powód wyrzucenia mnie z pracy.

 

Trwa ożywiona dyskusja, odbyło się spotkanie członków załogi, aby przedyskutować postulaty, przyszło kilkadziesiąt osób. Które z podnoszonych przez członków załogi problemów uważacie za najważniejsze? Jakie są postulaty?


Andrzej: Podstawowym jest likwidacja 17 zmiany, choć mówi nam się, że to jest nierealne z powodu dużych zamówień. Ale w takim układzie strata soboty musi zostać odpowiednio zrekompensowana finansowo, zdecydowanie lepiej niż jest to teraz. Nie może być też przymusu. Po drugie, to oczywiście podwyżki wynagrodzeń. Na przykład średnie wynagrodzenie na Słowacji, jeszcze przed niedawno wywalczonymi podwyżkami (wzrost o blisko 14% w ciągu najbliższego 1,5 roku), wynosiło 1800 euro. U nas na produkcji średnio zarabia się 1000 euro. Nie mamy jeszcze dokładnych danych, ale uważamy, że zarobki w Polsce w VW są zdecydowanie niższe niż na Słowacji, szczególnie po podwyżkach, o których wspomniałem.


Sebastian: Według nas VW się rozwija, wszystko idzie do przodu, jest coraz więcej zamówień, czego dowodem jest m.in. istnienie 17 zmiany, zatem pracownicy mają prawo mieć wyższe oczekiwania płacowe.


Andrzej: Jednocześnie rosną wymagania co do czasu pracy, naszej dyspozycyjności, rosną normy. Głównie problem dotyczy młodych pracowników, którzy zarabiają wyjściowo mało i pytanie jak długo mają czekać na odpowiednią płacę, aby zarabiać tyle co „starzy”. Obecnie wydaje się, że będzie to trwać bardzo długo.


Sebastian: Sytuacja młodych pracowników jest też trudna z powodu dużej presji. Często są rzucani na głęboką wodę. Nie mają doświadczenia. Nie zawsze dają radę wytrzymać to napięcie i rezygnują. Jeden z moich kolegów przez pół roku miał rozstrój żołądka. Mówi się też o mobbingu wobec „młodych”.


Czy oprócz pracowników „młodych” i tymczasowych dostrzegacie inne grupy potrzebujące szczególnego wsparcia związku?


Andrzej: Są to pracownicy po 50. roku życia, którzy niekiedy, ze względów zdrowotnych, z uwagi na nabyte kontuzje, nie dają już rady. Jednocześnie normy są podnoszone. Pracujemy dłużej, przynajmniej okresowo. Teoretycznie są stanowiska przeznaczone dla tego typu osób ale jest ich za mało i często dostaje się je „po protekcji”, nie zawsze przypadają tym, którym powinny. Bagatelizowano szereg spraw. Teraz ponoć Niemcy są zaskoczeni, że w Polsce pracownicy zaczynają się burzyć, że coś jest nie tak.


Pracownicy VW na Słowacji wywalczyli podwyżki. Teraz słyszymy o strajku w Portugalii. Jak to komentuje załoga VW w Poznaniu, Swarzędzu i we Wrześni? Co Wy na ten temat myślicie?


Andrzej: Protest pracowników na Słowacji bezpośrednio wpłynął na naszą decyzję dotyczącą założenia nowego związku zawodowego. Z kolei pracownicy w Portugalii nie chcą wprowadzenia 16 i 17 zmiany, czyli pracować w soboty. Chcą mieć wolne. Im zależy na weekendzie i na rodzinie. Słowacy ponoć dziwili się, dlaczego do ich protestu nie chce się przyłączyć „Solidarność”. Mówi się na zakładzie, że związki zawodowe na Słowacji miały nawet wysłać jakiś list do „Solidarności”, a ta miała odpisać, że w Polsce nie jest źle, że oni tu rozmawiają z zarządem itd. Z kolei IP otrzymała kilka dni temu list od pracowników hiszpańskiego VW, należących do związku zawodowego CGT (zaprzyjaźnionego z IP). Skontaktowaliśmy się z ludźmi ze Słowacji.

 

Pobierz  lub czytaj ze strony www.akcja.type.pl tą i inne gazety:
19 września 2017 | Dział: Publicystyka
Kamery stają się coraz powszechniejszym elementem krajobrazu. Mimo że jest ich coraz więcej, to z roku na rok zwracamy nie niej mniej uwagi. Przyzwyczajamy się. Wielu z nas je nawet polubiło. Podobno są dla nas, podobno zwiększają nasze bezpieczeństwo. Ci którzy się sprzeciwiają, słyszą, że uczciwy człowiek nie ma nic do ukrycia. Czy kamery zwiększają bezpieczeństwo czy jedynie poczucie bezpieczeństwa?
 
Zdecydowana większość z nas odpowie automatycznie, że obszar monitorowany jest bezpieczniejszy niż ten pozbawiony monitoringu, więc kamery zapewniają nam bezpieczeństwo. O ile pierwszą część zdania można uznać za prawdziwą (jej analizą zajmiemy się w dalszej części artykułu), to druga jest fałszywa. Trudno w to uwierzyć, ale nie istnieją badania, które jednoznacznie wskazują na „ogólny” spadek przestępczości wskutek instalacji kamer.
 
Istotnym zjawiskiem, które często powoduje monitoring, jest tzw. przemieszczanie się przestępczości. W najbliższym otoczeniu kamer zachowania niezgodne z prawem podejmowane są rzadziej, jednak sprawcy nie rezygnują z nich, tylko przenoszą się w inne – nieobserwowane, często znajdujące się tuż obok – miejsce. Oczywiście, na obszarze monitorowanym często dochodzi do spadku przestępczości, jednak w wielu przypadkach przestępczość nie znika, ale „migruje”. Przestępcy nie lubią miejsc monitorowanych, ale nie rezygnują z łamania prawa. Po prostu preferują miejsca, gdzie nie ma kamer, zasłaniają twarze, operują w miejscach niewidocznych dla kamer (w skrajnych przypadkach pod samą kamerą, ewentualnie za jakąś przeszkodą np. furgonetką), czy wreszcie zmieniają sposób działania (np. stosują metodę „na wnuczka”).
 
Czy w takim razie rozwiązaniem jest monitorowanie jak największego obszaru? Zdecydowanie nie. Monitoring wzmacnia atmosferę nadzoru, braku zaufania i szacunku dla autonomii drugiej osoby. Wymaga też znacznych nakładów finansowych. Instalacja dobrej jakości kamer dużo kosztuje, trzeba zapłacić pensje osobom, które je obsługują. Przeznaczenie znacznych środków na kosztowne systemy monitoringu ogranicza zasoby finansowe, które mogłyby być przeznaczone na inne, bardziej potrzebne działania.
 
Zjawisko powszechnego monitoringu doczekało się wielu opracowań naukowych. Do najciekawszych i najrzetelniejszych z nich należy „Crime prevention effects of closed circuit television: a systematic review” z 2002 roku. Autorzy poddali w nim analizie 22 wcześniej przeprowadzone badania nad skutecznością monitoringu w obniżaniu liczby przestępstw. Instalacja kamer była w nich głównym działaniem prewencyjnym, jasno określono liczbę przestępstw, a poziom przestępczości był mierzony przed i po instalacji monitoringu. Do badanego obszaru monitorowanego (eksperymentalnego) przypisano odpowiadający mu obszar kontrolny (bez kamer). W rezultacie autorzy badania stwierdzili, że skuteczność monitoringu w obniżaniu przestępczości wynosi 2 proc.
 
Kolejnym istotnym badaniem jest „Assessing the impact of CCTV” z 2005 roku. Studium opierało się na analizie wyników 13 przeprowadzonych do tej pory badań nad monitoringiem. Znalazły się wśród nich badania systemów monitoringu wdrażanych w centrach mniejszych i większych miast, na parkingach samochodowych i w szpitalach. Oprócz syntezy przeprowadzonych do tej pory badań, dodatkową wartość analizy stanowi wymiar merkantylny. Badacze przybliżają w raporcie aspekt efektywności instalowanych systemów monitoringu mierzony ekonomicznym stosunkiem poniesionych kosztów do uzyskanych finalnie wyników. Autorzy raportu wykazali, że monitoring jest nieskutecznym narzędziem w obniżaniu przestępczości i nie wpływa na poczucie bezpieczeństwa mieszkańców. Z jednym wyjątkiem, badanie wszystkich systemów nie wykazało związku pomiędzy instalacją kamer i zmniejszeniem liczby przestępstw. Wyjątek stanowił system zainstalowany w Hawkeye, który miał służyć obniżeniu ilości przestępstw samochodowych. Aż 82 procentowe ograniczenie tych zdarzeń niewątpliwie świadczy o sukcesie wdrożonej infrastruktury. W raporcie znajduje się również analiza efektywności monitoringu. Warto więc odnotować, że wartość współczynnika efektywności wszystkich analizowanych systemów była bardzo niska. Miało to miejsce nawet w przypadku najbardziej skutecznego systemu, którego instalacja przyniosła ograniczenie przestępstw samochodowych o 82 proc.
 
Prawo
Skoro kamery monitoringu są powszechnie montowane na ulicach, placach czy też w sklepach, urzędach itp. itd., zakłada się, że ich montaż i obsługa są uregulowane przez prawo. Niestety nie. Właściwie każdy może założyć kamerę i filmować, co zechce. Istnieją jedynie przepisy regulujące wykorzystanie monitoringu np. w zakładach karnych albo podczas imprez masowych.
 
Instalują je więc służby mundurowe, samorządy, leśnicy, zarządzający nieruchomościami, pracodawcy, dyrektorzy szkół i przedszkoli. Czy kamery mogą być przez nich instalowane? Wątpliwości co do tego są bardzo poważne. Nie wiadomo też, jak długo powinny być przechowywane nagrania, w jaki sposób należy je zabezpieczać, komu można je udostępniać. Nie ma nawet obowiązku informowania, gdzie zainstalowane są kamery ani jaki obszar filmują. Nikt nie nadzoruje kto i jak nas nagrywa. Nie ma obowiązku, aby umieszczać na kamerze informację, kto jest jej właścicielem czy operatorem. Nie wspominając o tym, po co kamera znajduje się w danym miejscu i co robi (czy rejestruje obraz, ile czasu jest przechowywany zapis).
 
Koszty monitoringu
Monitoring wizyjny wiąże się z wysokimi kosztami, które generuje instalacja kamery, jej serwis i obsługa. Największym kosztem monitoringu jest jednak wzajemne zaufanie. Zamontowane w szkole, pracy, sklepie wysyłają wyraźny sygnał: nie ufam Ci. Dzięki kamerom można też wykluczać i „sortować” ludzi. Są one wykorzystywane np. na grodzonych osiedlach i w centrach handlowych ,aby ograniczyć dostęp osobom niepożądanym – bezdomnym, żebrzącym lub po prostu tym, którzy do danego miejsca „nie pasują” np. emerytom albo młodzieży.
 
Drugim kosztem monitoringu może być rozproszenie odpowiedzialności. Widząc kamerę, jesteśmy mniej skłonni podjąć ryzyko i zainterweniować w sytuacji, gdy np. ktoś jest bity na ulicy. Zakładamy, że służby są automatycznie powiadomione przez operatora kamery, a my sami nie musimy nic robić.
 
Najbardziej wymiernym kosztem monitoringu są koszty finansowe liczone zazwyczaj w milionach. Dla przykładu w latach 2010-12 Warszawa wydała ponad 45 mln zł. na utrzymanie i rozwój monitoringu. W mniejszych miastach kwoty nie są tak olbrzymie, ale nadal robią wrażenie, np. Radom wydał 6,7 mln, a niewielki Zamość 1,7 mln.
 
Czym dokładnie zajmują się sieci monitoringu? We wspomnianej Warszawie w latach 2010-13 kamery zaobserwowały aż 55794 zdarzenia. Jednak najczęściej są to obserwacje osób nietrzeźwych (17910), zdarzenia w ruchu drogowym (10430) czy spożywanie alkoholu w miejscach publicznych (4737). Przestępstw było zdecydowanie mniej: 55 włamań czy 427 kradzieży. W innych miastach stosunek poważnych zdarzeń do tych banalnych jest podobny. Zdecydowanie więcej jest niegroźnych wykroczeń niż wpływających na nasze bezpieczeństwo kradzieży lub rozbojów. Chociaż zdarzają się takie miasta, w których monitoring ewidentnie jest nastawiony na zarabianie poprzez „wlepianie” mandatów. W Gnieźnie na 12451 zdarzeń aż 10923 dotyczyło nieprawidłowego parkowania. Rekord padł w Ozorkowie gdzie na 1688 zdarzeń 1682 dotyczyło parkowania!
 
Większość z nas opowiada się za zwiększeniem liczby kamer. Dzięki temu czujemy się bezpieczniej. Niestety jest to jedynie poczucie bezpieczeństwa a nie bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo zapewnia brak nierówności społecznych, możliwości rozwoju (w szczególności dla młodych mężczyzn z mniej zasobnych rodzin), właściwa edukacja. To skala makro, na którą jedna osoba ma niewielki wpływ. A co można zrobić dla swojego bezpieczeństwa tu i teraz? Zadbać o właściwe oświetlenie, projektowanie budynków i osiedli w taki sposób, aby unikać niepotrzebnych zaułków.
 
Monitoring nie zmniejsza przestępczości ani nie zmniejsza strachu przed przestępczością. Widząc kamerę, możemy podejrzewać, że wokół jest niebezpiecznie.
 
AB
 
Artykuł ukazał się w szóstym numerze “A-taku” (2017)
 
30 sierpnia 2017 | Dział: Publicystyka
Pomimo obietnicy egalitaryzmu i emancypacji większość projektów modernistycznych wykazywała się brakiem elastyczności i indywidualnych przestrzeni. Powszechny był brak możliwości wpływu na architekturę, protekcjonalny stosunek do użytkownika i decyzje podejmowane zza urzędniczych biurek. To wszystko spowodowało krytykę modernizmu prowadzoną przez środowiska wolnościowe.
 
 
Modernizm rozumiany i przedstawiany przez władze jako upragniony postęp, mieszkańcom burzonych podczas procesów odnowy miast, starych kwartałów czy slumsów, kojarzył się jednak nie najlepiej. Już w roku 1930 w Anglii podpisano Housing Act, który z jednej strony zawierał idee rozwoju budownictwa społecznego, a z drugiej postulował oczyszczanie miast ze slumsów. Skutkowało to tym, że w 1934 roku w Anglii blisko 200 tysięcy osób zostało przesiedlonych, w większość ze śródmieścia Londynu na otaczające peryferie. Takie programy prowadzone były także po wojnie, w Europie i Stanach Zjednoczonych, oraz – w latach 50. i 60. – w krajach Globalnego Południa. Wystarczy przytoczyć północnoamerykańską wersję Housing Act z 1949 roku, dzięki której więcej budynków zburzono niż wybudowano. „Oczyszczone z mieszkańców” tereny przeznaczono na autostrady i kompleksy rządowe. Mimo że sama architektura, zwłaszcza w kontekście jakości technicznej zabudowy slumsów, miała niemało atutów, to wiele z ruchów protestu i krytyki modernizmu pojawiło się właśnie jako reakcja na brak dialogu, na brutalnie wprowadzaną nowoczesność, przenoszenie lokalnych wspólnot z centrum w celu uwolnienia pod nowe inwestycje atrakcyjnie położonych działek (przypis 1). Dodatkowo, pomimo obietnicy egalitaryzmu i emancypacji większość projektów modernistycznych wykazywała się brakiem elastyczności i indywidualnych przestrzeni. Powszechny był brak możliwości wpływu na architekturę, protekcjonalny stosunek do użytkownika i decyzje podejmowane zza urzędniczych biurek. To wszystko spowodowało krytykę modernizmu prowadzoną przez środowiska wolnościowe.
 
Przedszkola
 
Ta krytyka nie odbiegała zresztą od krytyki całego systemu polityczno- finansowego i była rozumiana jako jego część. Krytykowano także rolę architekta - jego pozę neutralnego i obiektywnego eksperta, który wprowadza postęp: „we wszystkich epokach, niezależnie od doniosłości swojej funkcji, architekt miał realizować wizję świata tych, którzy dzierżyli władzę. Architekci zawsze potrzebowali pieniędzy, materiałów, ziemi i legitymizacji dla swoich działań. (…) Doświadczenie historyczne uczy, że kiedy tylko elity deklarują swoją neutralność, w tej samej chwili uzależniają się od władzy” (przyp. 2).
W związku z tym, że „fundamentem myśli anarchistycznej jest afirmacja ludzkiej podmiotowości” (przyp. 3), to współdecydowanie i emancypacja były od początku podstawowymi terminami w anarchistycznym słowniku pojęć. Już Bakunin uważał, że ograniczanie wpływu ludzi na ich życie odbywa się dzięki temu, że lud jest „uznany za małoletniego, wiecznego ucznia, którego uznaje się za zbyt mało zdolnego, (...) by przyswoił sobie wiedzę swoich nauczycieli i mógł obejść się bez ich dyscypliny” (przyp. 4). Natomiast już na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, w odpowiedzi na wielkie projekty modernizmu, sytuacjoniści piórem Attilli Kotányiego i Raoula Vaneigema, twierdzili, że nowe osiedla „zarówno na Wschodzie, jak i Zachodzie, nie są niczym innym jak tylko przewiewnymi i pokolorowanymi kindergartens” (przyp. 5.).
 
Architekt aktywista
 
Krytyka elitaryzmu i braku partycypacji mieszkańców wiązały się z przyjęciem przez część architektów nowego modelu - w opozycji do tradycyjnej eksperckiej postawy projektowania w zaciszu pracowni postanowili oni dopuścić użytkowników do części procesu projektowania architektury. W tym znaczeniu wiąże się ona z przyjęciem poziomych relacji pomiędzy projektantem a mieszkańcami. Architekt wciąż zajmuje szczególne miejsce, wciąż jest specjalistą, wciąż, jak czasem architekci modernistyczni, zbiera informacje, pyta mieszkańców, ale ich odpowiedzi mają w dużej części charakter decyzji. Architekt ma za zadanie przede wszystkim stymulować proces partycypacji mieszkańców w projektowaniu, a także pogodzić i uporządkować indywidualne ambicje, zamykając je w ramy przepisów prawa, wymagań ergonomii, konstrukcji, technologii i podstawowej funkcjonalności. To stawia go w szczególnej pozycji i zachowuje wciąż spory zakres władzy nad projektem.
 
Zasady a nie forma
 
W swoich poszukiwaniach bogata w detal, różnorodna i indywidualistyczna architektura związana z anarchizmem na pierwszy rzut oka wydaje się spójna z postmodernistycznym, głównym nurtem architektonicznej reakcji na hegemonię modernizmu. Jednak architektura postmodernistyczna, deklarująca posługiwanie się archetypem, zakorzenioną w kulturze i zrozumiałą dla wszystkich formą, w rzeczywistości posiadała płytkie i spekulatywne sposoby przywracania architektury szerszym grupom społecznym. Brakowało zarówno poszukiwań technologicznych, organizacyjnych i szerzej – społeczno-ekonomicznych. Brakowało bardziej elastycznej konstrukcji i partycypacji. Była to więc próba powrotu do elitarnej architektury, elitarnej roli architekta i odrzucenia egalitarnej siły modernizmu w myśl zasady: „niech każdy zbuduje sobie własny raj (o ile go na to stać)”. Pomimo że krytyka splotu polityki i architektury/urbanistki z pozycji wolnościowych rodziła się równolegle do postmodernizmu, wywodziła się jednak z zupełnie innych pozycji. Przede wszystkim kwestia formy architektonicznej miała drugorzędne znaczenie, gdyż miała być ona efektem stosunków społecznych i to one, przejawiając się w procesie projektowania i budowy, były najważniejsze. Tym bardziej że „źródłem anarchistycznej aktywności jest (...) z jednej strony doświadczenie konfliktu między tym, co jest, a tym, co powinno być, z drugiej – przeświadczenie, że owo powinno musi zostać niedookreślone” (przyp. 6). Architektura, jej forma, nie posiadała żadnego kanonu, jednak proces tworzenia architektury powinien posiadać określone cechy. Już wspomniani sytuacjoniści pisali: „Konieczne jest wyzwolenie instynktu budowania, dziś powszechnie tłumionego” (przyp. 7), a po latach Brian Richardson w anarchistycznym piśmie „The Raven” nawiązując do sławnego zdania Le Corbusiera (przyp. 8) pisał: „Architektura jest zbyt istotna, by pozostawić ją architektom (…) Chcemy wprowadzić odpowiednią kontrolę nad własnym życiem, zatem próbujemy uformować przestrzeń wokoło tak, by stała się wygodna i piękna. Architekt nie zrobi tego dla nas, może to zrobić tylko z nami” (przyp. 9). Z takim modelem procesu projektowania i budowy wiązała się emancypacyjna siła architektury, kształtowania swojego środowiska według własnych potrzeb i gustów. Gdy Günter Feuerstein pisał, że „kiedy ktoś sam zbuduje dom, wie, jak doszło do jego powstania. Proces produkcji staje się wyobrażalny (…). Nie tylko proces budowania powinien być czytelny, ale również to, jak budynek istnieje, jak jest zamieszkiwany i modyfikowany” (przyp. 10), de facto powtarzał to, co trzydzieści lat wcześniej na temat rzemieślniczej produkcji mówili tacy architekci jak Gropius i co było podstawą założenia Bauhausu – najsławniejszej szkoły architektonicznej doby modernizmu. Nie dziwi więc, że strategie i problemy anarchistycznej krytyki architektury należałoby sytuować blisko części uczestników ostatniego kongresu CIAM – jak John Habraken czy współpracujący z sytuacjonistami Aldo van Eyck, którzy pozostawali w orbicie wpływów i idei modernizmu. Momentem dzielącym kontestatorów triumfującego modernizmu na wolnościowy nurt architektury z jednej strony oraz postmodernizm z drugiej jest więc pragnienie anarchistów dotyczące spełnienia obietnic wczesnego modernizmu – mimo krytycznych ocen „modernistycznej praktyki” – i nadzieje związane ze świadomością społecznego znaczenia procesu tworzenia architektury i zamieszkiwania. Ten nurt architektury związany nie ze stylem, a z pryncypiami, z metodą projektowania, oparł się postmodernistycznemu formalizmowi, komercjalizacji i regresji idei.
 
MG
Artykuł ukazał się w szóstym numerze A-TAKU.
 
 
28 sierpnia 2017 | Dział: Publicystyka

Migracja ludzi i problem prób zarządzania nią poprzez wytyczanie i militaryzację granic stanowi jeden z najważniejszych współczesnych problemów społecznych i politycznych. Ustanawianie państwowych granic jest skutecznym narzędziem utrwalania hierarchii i podziałów społecznych na geopolitycznej mapie świata. W dobie tzw. kryzysu uchodźczego problem ten nabrał rangi szczególnej, a to w jaki sposób europejskie społeczeństwo interpretuje i definiuje pojęcie granicy, będzie rzutować w przyszłości na losy następnych pokoleń migrantów i każdego z nas.

W samym środku tzw. kryzysu uchodźczego, w kwietniu 2016 r., badaliśmy opinie mieszkańców wybranych nadodrzańskich miejscowości [2]. Po drugiej stronie granicy, w Niemczech, powstawały wówczas obozy dla uchodźców. Po wybuchu tzw. Kryzysu uchodźczego lokalne media podawały, że „coraz więcej ośrodków powstaje przy granicy z Polską”, a uchodźcy nielegalnie przekraczają granicę, swobodnie przedostając się na polską stronę. Z informacji prasowych wynikało, iż rząd niemiecki ulokował wzdłuż całej granicy polsko-niemieckiej ponad 5500 uchodźców, z tego około 1200 w samym Frankfurcie nad Odrą, gdzie docelowo miało być odesłanych 3000 osób. Na łamach prasy pojawiły się pierwsze notatki o zagrożeniu ze strony imigrantów. Większość tych doniesień okazała się nieprawdziwa lub przesadzona, ale i tak 53,7% badanych przez nas mieszkańców przygranicznych miejscowości, uważało powstające obozy po drugiej stronie Odry za realne zagrożenie. Blisko 40% czuło się w ogóle zagrożonych kryzysem migracyjnym w Europie. W konsekwencji na pytanie o to, czy władze powinny wprowadzić kontrolę na granicy, aż 43,9% odpowiadało „zdecydowanie tak”, a kolejnych 19,0% „raczej tak”. Pomimo że „zamknięcie granic” uderzałoby w ekonomiczne podstawy przygranicznych miast, w których kwitnie międzynarodowy mały handel, a wiele osób zatrudnia się po niemieckiej stronie, zwłaszcza w Berlinie. W większości wypowiedzi, ludzie z łatwością utożsamiali uchodźców z terrorystami, niestety bazując na przekazie obecnym w polskich mediach publicznych. Jednocześnie postulując zamykanie wszystkich imigrantów w ośrodkach, bez możliwości kontaktu z otoczeniem. Rozmowy czasem przywoływały na myśl atmosferę lat 30. XX w., która obecnym pokoleniom znana jest już właściwie tylko z opisów i materiałów archiwalnych. Niemniej jednak strach, kryzys i niewiedza grają znów w niebezpiecznym tercecie.
Tak oto skutki geopolitycznej gry: wojna i destabilizacja Bliskiego i Środkowego Wschodu (również poprzez uczestnictwo Polski w wojnie w Iraku), akty terroru, ucieczka milionów uchodźców i migrantów, wpływają na społeczne postrzeganie problemu migracji oraz na to, jakie kroki należy podjąć w celu zagwarantowania bezpieczeństwa. W odpowiedzi europejscy politycy zamykają granice i budują coraz większe zasieki. Co ważniejsze, mobilizując przeciwko imigrantom i uchodźcom niechęć opinii publicznej. Prawicowym partiom udaje się utrzymać lub przejąć władzę, szafując ksenofobicznymi i islamofobicznymi hasłami. Można zaryzykować stwierdzenie, że w obawie przed terrorystami i uchodźcami w wielu krajach wprowadzono prawo stanu wyjątkowego. Mamy z tym do czynienia przy jednoczesnym spadku świadomości społecznej na temat tego co właściwie dzieje się „za murami”. Nie tylko liczbę osób uciekających przed konfliktami zbrojnymi, można porównać do sytuacji z czasów II wojny światowej, lecz również stopień nieświadomości i przyzwolenia na to, co dzieje się po drugiej stronie granic. Przypomina to opowieści ludzi o powstaniu w gettcie: „Nie od razu zorientowałem się, że Niemcy podpalili nasz dom. Dopiero gryzący dym zmusił nas do opuszczenia kryjówki. Stojąc na dachu palącej się kamienicy, spojrzałem raz jeszcze na Warszawę po drugiej stronie muru. Ludzie z tamtej strony przyglądali się pożarowi getta. Jak Rzymianie z czasów Nerona oglądali żywe pochodnie utworzone z palonych żywcem chrześcijan”. Jak wspominał Marek Edelman: „Co było po drugiej stronie muru? (…) Ludzie chodzą, bawią się, gra muzyka, karuzela jest, ludzie chodzą do lunaparku itd. Dla nas było to niezrozumiałe i czuliśmy, że jesteśmy w zapomnieniu.” [3] Niestety to doświadczenie nie ustrzegło Edelmana przed poparciem wojny w Iraku [4]. Tymczasem szereg interwencji militarnych w krajach muzułmańskich popchnęły ludzi do masowego exodusu. Pamięć II wojny światowej, tak ponoć do dziś żywa w polskiej i europejskiej świadomości, nie zdołała zapobiec odgradzaniu się od innych i udawaniu, że po drugiej stronie granicy problem nas nie dotyczy.


Wojny Zachodu produkują terror

Zasieki dają jednak jedynie iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa przed często wykreowanym przez władze zagrożeniem. Zamachy terrorystyczne w Europie są w istocie konsekwencją prowadzonej od wielu dekad wojny na Bliskim i Środkowym Wschodzie, której skutki nie są takie same dla Starego Kontynentu i krajów bliskowschodnich. Za dowolnie przyjęty okres czasu, liczba ofiar wojny i ataków terrorystycznych na Bliskim i Dalekim Wschodzie jest nieporównywalnie większa, od ofiar terroryzmu w Europie i USA. Nie oznacza to usprawiedliwienia dla „ślepej” przemocy – tak samo jak nie ma usprawiedliwienia dla amerykańskich czy rosyjskich bombardowań. Dopóki nie ustanie wojna, musimy liczyć się z atakami fundamentalistów i desperatów szukających zemsty.
Siły amerykańskie i ich sojusznicy z NATO w latach 2015-2016 dokonały ataków lotniczych w krajach muzułmańskich na Bliskim i Środkowym Wschodzie, podczas których zrzucono przynajmniej 63185 bomb. W 78% było to dziełem armii USA. W ostatnich latach natężenie ataków wyraźnie wzrosło, i z faktem tym należy łączyć znaczący wzrost liczby uchodźców z regionów objętych nalotami. Informacje na temat bombardowań znajdziemy w zachodnioeuropejskich mediach jak np. w brytyjskim The Guardian. [5] Bomby spadają głównie w Syrii i Iraku. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Mówi się o zabiciu w wyniku nalotów dziesiątków tysięcy islamistów walczących po stronie ISIS, rzadko natomiast wspomina się o cywilach. Oficjalnie zachodnie rządy (zwłaszcza USA) starają się utrzymać przekonanie o minimalnej liczbie ofiar wśród osób niezwiązanych z ugrupowaniami bojowymi. Organizacje pozarządowe donoszą z kolei o setkach, a nawet tysiącach zabitych cywilów w wyniku bombardowań NATO. Jak podaje jeden z portali tylko w okresie od sierpnia 2014 r. do sierpnia 2015 r. aktywiści Airwars, organizacji zrzeszającej niezależnych dziennikarzy śledzących kampanię nalotów USA i ich sojuszników na Irak i Syrię, udokumentowali ponad 50 przypadków bombardowań, w „których zginąć mogło co najmniej 489 cywilów w tym ok. 100 dzieci”. [6] Rzeczpospolita pisała pod koniec października 2016 r., że w wyniku 13-miesięcznych rosyjskich bombardowań zginęło w Syrii dokładnie 10102 osób w tym 4162 cywili (z tego 1013 dzieci i 584 kobiety). [7]
Oczywiście przyczyny wzrostu konfliktów zbrojnych i towarzyszący temu wzrost liczby uchodźców są wielorakie. Zdesperowani ludzie szturmują granice nie tylko z powodu lecących z nieba – amerykańskich, brytyjskich, tureckich czy rosyjskich – bomb, ale także w skutek dezorganizacji, krachu gospodarczego i głodu. Międzynarodowa opinia publiczna zdaje się też zapominać, że uchodźcy uciekają od aktów terroru Państwa Islamskiego, których ofiarami na Wschodzie pada o wiele więcej osób niż na Zachodzie [8]. Trwająca wojna w Syrii ma również negatywne skutki ekonomiczne dla sąsiednich krajów i całego regionu. Na przykład Bank Światowy oszacował, że kryzys syryjski powodował spadek PKB Libanu o 2,85% w ciągu 2014 r. Wzrost bezrobocia i wzrost deficytu budżetowego „kosztował” ten kraj łącznie w latach 2012-2014 ok. 7,5 mld dolarów. [9]

 

IMG 0232 OB

Czas murów i przepływów finansowych

Polityka separacji poprzez budowanie murów i zasieków zawsze była związana z globalnymi napięciami i nierównościami społecznymi wywołanymi przez politykę wyrosłą na gruncie określonych interesów ekonomicznych. Nawet historyczne przykłady „upadków murów”, mające stać się zapowiedzią nowych, liberalnych porządków w skali globalnej, zazwyczaj były ściśle splecione z powstawaniem kolejnych barier administracyjnych, różniących się jedynie co do formy. W treści pozostawały takie same. Kiedy betonowy Mur Berliński o długości 156 km, wraz z systemem umocnień, okopów, zapór i min, symbolicznie runął, zaraz po nim powstały kolejne mury wytyczające i umacniające nierówności polityczne i ekonomiczne – oddzielając ziemie Izraela i Palestyny betonowym murem długości ok. 700 km i wysokości ok. 8 metrów wraz z wieżami kontrolnymi i systemem zabezpieczeń elektrycznych, który dotychczas pochłonął około 2,6 mld dolarów [10]; stalowy mur oddzielający teren Stanów Zjednoczonych i Meksyku, Hiszpanii oraz Afryki, Kaszmiru i Indii itd. Obecnie w odpowiedzi na tzw. kryzys uchodźczy Stary Kontynent jest coraz bardziej usiany zasiekami – w 2015 r. ruszyła m.in. budowa węgierskiego płotu [11], wysokiego na ok. 4 metry, z zasiekami i systemami zabezpieczeń, który oddziela Węgry, Serbię i Chorwację. Kosztował do tej pory miliard euro. Obecnie w budowie jest jego druga część. Kilkunasto kilometrowe zasieki pomiędzy Bułgarią, a Turcją pochłonęły ok. 4,5 mln euro, kolejne 3 mln euro wydano na metalowy płot z zasiekami pomiędzy Grecją a Turcją. Państwa członkowskie, należące do Unii Europejskiej od wiosny 2015 do kwietnia 2016 r. wydały łącznie około 500 mln euro na 1200 km samych murów i płotów z drutami kolczastymi (koszt nie zawiera obsługi wieżyczek strażniczych i patrolowania obszarów przygranicznych) [12]. Mimo to, ludzie cały czas uciekają, próbując przekroczyć granice czasami po kilkanaście razy. Świadczy o tym m.in. historia Abeda, 16-letniego Afgańczyka: „Jest zima, czasami po minus 20 stopni, czekamy tu w Suboticy, w jednej z opuszczonych fabryk, niedaleko granicy z Węgrami. Nie ma wody, prądu, dachów, mężczyzn już nie przyjmują do obozów. (…) Próbowałem już ze 20 razy przedostać się przez granicę... wczoraj straż graniczna znowu mnie złapała, rozbili telefon, zabrali ubrania i polali wodą. Wróciłem i znów będę próbować” [13]. Zimą 2017 r., wzdłuż całej granicy ludzie rozbijali koczowiska, z których próbowali podjąć dalsze próby przekroczenia granicy.
W kontekście debaty o globalnych nierównościach społecznych, należy pamiętać, że europejska Strefa Schengen otworzyła przede wszystkim granice dla wolnego obrotu kapitałem. Co prawda układ ten znosił również kontrolę graniczną wobec osób, które są obywatelami państw członkowskich, umożliwiając około 400 mln Europejczykom swobodne podróżowanie również do państw nienależących do UE, to brak kontroli na granicach wewnętrznych wprowadzony był głównie jako niezbędny krok dla zaistnienia jednolitego rynku, unii gospodarczej i walutowej oraz rozwoju konkurencyjności. [14] Czy wobec tego brak granic urzeczywistnił swobodny i równoprawny przepływ ludzi? Czy układ zapoczątkował szeroką współpracę w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego i polityki azylowej? Bynajmniej. Obecnie, wbrew prawu międzynarodowemu oraz Konwencji Genewskiej dotyczącej statusu uchodźców z 1951 r., łamane jest międzynarodowe prawo ubiegania się o azyl, nadawania statusu uchodźcy czy innej formy ochrony osobom migrującym.


Europejski stan wyjątkowy

Powstanie Strefy Schengen niewątpliwie wzmocniło współpracę państw na poziomie przepływu kapitału, jednak co do przepływu ludzi w okresie kryzysu (nie uchodźczego, ale ekonomicznego) uwidaczniają się jej słabe strony. Polityka bezpieczeństwa, skanery przeszukujące samochody w celu wykrycia uchodźców, finansowanie działań obronnych „twierdzy Europa”, wprowadzenie lotnych checkpointów w krajach strefy Schengen ilustrują, że od pewnego czasu mamy do czynienia z europejskim stanem wyjątkowym.
W tym kontekście często dokonujemy podziałów na migrantów bardziej i mniej pożądanych. Ci, którzy są lepiej wykwalifikowani, a zgodnie z neoliberalną narracją będą bardziej ekonomicznie użyteczni, mają większe prawa, bez względu czy zostali dotknięci np. konsekwencjami wojny. Natomiast ci, którzy mogą stanowić tanią siłę roboczą, a ich niski status społeczno-ekonomiczny usprawiedliwia odbieranie im wielu praw, często nie są brani pod uwagę w debacie na temat administracyjnych regulacji dotyczących równoprawnego przepływu osób. Efektem tej sytuacji jest proces, który przez niektórych badaczy i badaczki społeczne utożsamiany jest z rasizmem ekonomicznym, niezależnym od narodowości czy wyznania. [15] U podstawy tych założeń funkcjonuje wiele programów zarządzających migracjami na poziomie lokalnym oraz ogólnonarodowym. Korzystają z tego głównie większe firmy oraz korporacje, które mogą sprowadzić pracowników, którym proponuje się gorsze (od tuziemców) warunki pracy.
Jednocześnie uchodźcy ponoszą ogromne koszty zamknięcia przed nimi granic, a migracje ludzi stały się biznesem oraz źródłem niejednej fortuny. Koszty poniesione przez migrantów na próby dotarcia do Europy w okresie ostatnich 15 lat, są szacowane na 16 mld euro (dane z 2015 r.). [16] Zyski przemytników i skorumpowanych władz są ogromne. Z drugiej strony w odpowiedzi na migracje, tylko w latach 2002–2013 Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) przeznaczyła 225 mln euro na 39 projektów dotyczących rozwoju technologii bezzałogowych dronów, systemów identyfikacji czujników ciepła oraz urządzeń wykrywających ludzi na przejściach granicznych po zapachu. Nierzadko zdarzało się, że podatnicy płacili ze swoich pieniędzy w ramach „polityki bezpieczeństwa” przemytnikom i dyktatorom. Jeden z zespołów analizujących relacje imigrantów doszedł do wniosku, „że włoski rząd zawarł porozumienie z Libią i opłacał libijskich osiłków, którzy nie pozwalali uchodźcom ruszyć w podróż do Włoch. Od 2011 r. włoscy podatnicy wydali 17 mln euro na wsparcie libijskich władz szkoleniami, łodziami patrolowymi, noktowizorami i innym sprzętem.” [17] Do tych wydatków dochodzą również koszty poniesione w wyniku deportacji milionów osób, dokonywanych przez rządy krajów UE.
Polska forsuje wzmocnienie reżimu granicznego m.in. poprzez współdziałanie z agencją Frontex, stanowiącą swego rodzaju europejską agencję deportacyjną. Jej systemy inteligentnej kontroli granic (TALOS) powstają, aby zastąpić patrolujących granice strażników maszynami. Projekt ten został opisany w raporcie przedstawionym Spiegelowi przez niemieckich operatorów. Po tym jak, podczas jednej z operacji Frontexu na granicy grecko–tureckiej nakazano im otworzyć ogień do imigrantów uciekających przez pole minowe, Niemcy odmówili wykonania rozkazów. Dowódcy operacji Frontex nie przyjmowali do wiadomości, że ich działania kłócą się z prawem stanowionym w Niemczech. [18]
W ostatnich latach, nie tylko państwa Europy zwiększyły środki finansowe na kontrolę granic. O nieskuteczności militaryzacji granic świadczy również porażka polityki Stanów Zjednoczonych. Alice Mesnard, ekonomistka z City University w Londynie wskazywała na badania ilościowe dotyczące USA, dowodzące fiaska polityki antyimigracyjnej. Gathmann stwierdza, „że metody wzmocnienia granic, jakie zastosowano w wyniku Immigration Reform and Control Act (ICRA) z 1986 r., by uszczelnić granicę z Meksykiem, okazały się rosnącym obciążeniem dla finansów publicznych i przyczyniły się do wzrostu kosztów przeprawy, nie zmniejszając znacząco napływu osób bez prawa do pobytu, które zmuszone są obierać najdłuższą i najbardziej niebezpieczną drogę, co sprawia, że coraz więcej z nich ginie”. [19]

IMG 0167 0b 2

Granice drogie i nieszczelne

Jak wskazuje Spernata Domitru w artykule „Czy świat bez paszportów to utopia?” [20] w latach 1920–1930 podczas wielu międzynarodowych spotkań wracano do pomysłu powrotu całkowitego zniesienia granic. Wskazując na liczne utrudnienia w przemieszczaniu się ludzi oraz przepływie towarów po wojnie. „W 1924 r. podczas konferencji na temat emigracji i imigracji zorganizowanej pod auspicjami Międzynarodowego Biura Pracy (Bureau international du travail, BIT) sformułowano postulat, by obowiązek paszportowy został zniesiony tak szybko, jak to możliwe...” Do pomysłu tego wracano również po II wojnie światowej, postulując całkowite zniesienie wymogu paszportowego. Dopiero w roku 1963 pomysł, by znieść obowiązek paszportowy w skali międzynarodowej, został uznany za niemożliwy. Stało się to podczas Konferencji Narodów Zjednoczonych na temat Turystyki
i Podróży Międzynarodowej [21].
Choć świat bez paszportów pozostaje ciągle pewną utopią, niemniej jednak należy pamiętać, że zgodnie z prawem międzynarodowym, każda osoba, która ubiega się o status uchodźcy lub inną formę ochrony może przekroczyć granicę bez paszportu lub używając paszportu innej osoby by uciec przed prześladowaniami. W tym przypadku nie możemy mówić o „nielegalnej migracji”, gdyż odbieralibyśmy z góry prawo do uzyskania ochrony na terenie innych państw. Pomimo tego, nikt nie ściga państw, które (jak np. Polska) zamykają granice przed uchodźcami, de facto łamiąc prawo. Polski rząd nie wyraził zgody na przyjęcie uchodźców w ramach programów relokacyjnych, tym samym zamykając granice i powodując sytuację, w której ludzie przekraczają granicę Polski przy udziale przemytników. Dodatkowo jak alarmuje m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka systematycznie, z pominięciem prawa, odmawiana jest możliwość składania wniosków o nadania statusu uchodźcy czeczeńskim rodzinom, próbującym przekroczyć granice Polski na przejściu granicznym Terespol/Brześć. Znaczna część z osób otrzymuje odmowy wjazdu, a od kilkunastu miesięcy na dworcu kolejowym w Brześciu koczują rodziny czeczeńskie, które ze względu na zagrożenie nie chcą wracać do Czeczenii. Prawicowy rząd Polski, który utożsamia każdego uchodźcę z terrorystą (działając dokładnie tak, jak życzyliby sobie tego terroryści z Państwa Islamskiego) kontestuje międzynarodowe prawo, traktując to jako strategię obrony kraju.
Podsumowując, obecnie ponad 65 mln ludzi na świecie (więcej niż po II wojnie światowej) zmienia miejsce pobytu z powodu konfliktów i naruszenia praw człowieka. 1/3 z nich była zmuszona przekroczyć granice szukając ochrony. [22] Stawianie murów wzdłuż granic Europy nie jest rozwiązaniem. Nie da się zapieczętować żadnego terytorium. Nie jest to dyskusja nawet na temat moralności, ale ekonomii, gdyż stosowane rozwiązania po prostu nie działają, a jednocześnie pochłaniają ogromne fundusze publiczne. Nasuwa się więc prosty wniosek – ludzie będą przekraczać granice, a obecne podejście oparte na militaryzacji granic nie będzie skuteczne, jeżeli liczba konfliktów będzie rosła (co prognozuje wiele badaczy i badaczek), a różnice ekonomiczne między poszczególnymi regionami świata będą się utrzymywać.

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde Diplomatique - Nr 7 (137) lipiec 2017
Tekst w skróconej wersji został opublikowany w katalogu do wystawy Dominika Lejmana "Płot", dostępnej od 23 czerwca do 27 lipca 2017 r. w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu.
Fotografie:Dominik Lejman, "Płot". foto: Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu

Przypisy:
1] Cytat pochodzi z 15 wywiadów pilotażowych przeprowadzonych przez K. Czarnotę dot. sytuacji syryjskich uchodźców na tureckim rynku pracy. Ateny 2016.
[2] Projekt badawczy realizowany przez Zachodni Ośrodek Badań Społecznych i Ekonomicznych w roku 2016.
[3] Cytaty z filmu pt: Nie było żadnej nadziei. Powstanie w getcie warszawskim 1943. Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Rok Produkcji 2017. Film dostępny pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=MI3bEHjhYds (dostęp: 24.04.2017).
[4] S. Zgliczyński, „Psy wojny”, Interenetowe wydanie Lewą Nogą, Październik 2003 r., http://www.iwkip.org (dostęp: 24.04.2017).
[5] M. Benjamin, „America dropped 26,171 bombs in 2016. What a bloody end to Obama´s reign”, www.theguardian. com z dn. 9.01.2017 r., https://www.theguardian.com (dostęp: 28.04.2017).
[6] „Cywilne of iar y nalotów”, www.altair.com.pl z dn. 5.08.2015, http://www.altair.com.pl (dostęp:28.04.2017 r.).
[7] „Syria: 10 000 ofiar rosyjskich bombardowań w ciągu 13 miesięcy”, www.rp.pl z dn. 31.10.2016, http://www.rp.pl  (dostęp: 28.04.2017).
[8] CNN Libraly, „ISIS Fast Facts”, www.cnn.com z. dn. 17.04.2017 r.,http://edition.cnn.com (dostęp: 29.04.2017).
[9] A. Betts, L. Bloom, J. Kaplan, N. Omata, „Refugee Economies. Forced Displacement and Development”, Oxford University Press, Oxford 2017, s. 44.
[10] H. Matar, „The Wall, 10 years on: The great Israeli project”, www.972mag.com z dn.09.04.2012,
https://972mag.com (dostęp: 29.04.2017).
[11] M. Dunai, „Hungary bilds migrant border fance”, www.routers.com z dn: 02.03.2017, http://www.reuters.com (dostęp: 29.04.2017).
[12] G. Baczynska, S. Ledwith, „How Europe built fences to keep people out”, www.reuters.com z dn.04.06.2016., http://www.reuters.com (dostęp: 26.04.2017)
[13] Wywiad przeprowadzony przez K. Czarnotę podczas wyjazdu z oddolną pomocą przez grupę z Poznania i Torunia dla koczujących uchodźców do Serbii zimą 2017 r.
[14] K. Dereń, „Rozwój Strefy Shengen”, Portal Spraw Zagranicznych z dn.06.10.2014., http://www.psz.pl/120-unia-eu ropejska /roz woj-st ref y-schengen (dostęp: 26.04.2017).
[15] O zjawisku rasizmu ekonomicznego lub neoliberalnego pisała m.in. Ewa Charkiewicz w pracy pt: „Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce” oraz Monika Bobako w artykule pt: „Konstruowanie odmienności klasowej jako urasawianie. Przypadek polski po 1989 roku”. Oba dostępne w wersji on-line na stronach „Think Thanku Feministycznego” http://www.ekologiasztuka.pl
(dostęp 26.04.2017).
[16] V. Makarenko, „Imigranci. Co Europa robi, żeby ich nie wpuścić?., www.wyborcza.pl z dn.18.06.2015.,http://wyborcza.pl (dostęp: 26.04.2017).
[17] Tamże.
[18] No Border, „Frontex – kompetencje do granic możliwości”, Le Monde Diplomatique – edycja polska, nr 5/63.Maj 2011.
[19] A. Mesnard, „Czy wzmcnenie granic pozwoli lepiej kontrolować migrację?” s. 61 w: „Migranci, migracje. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie”. Red. Helene Thiollet., wyd. Karakter, Kraków 2017.
[20] Tamże.
[21] Tamże.
[22] A. Betts, L. Bloom, J. Kaplan, N. Omata., Refugee Economies. Forced Displacement and Development, wyd. Oxford University Press, Oxford 2017, s. 1.

 

Katarzyna Czarnota, Jarosław Urbański

 

www.rozbrat.org

16 sierpnia 2017 | Dział: Publicystyka

Obecnie trwa wypieranie, a raczej próba wymazania z historii wydarzeń z 1937 r. świadczy o tym, że postsolidarnościowe elity – zarówno spod znaku PIS jak i PO/Nowoczesna – gloryfikujące czasy II RP, nie chcą przyznać, że sanacja i endecja były odpowiedzialne za pacyfikacje, więzienie ludzi, tortury i polityczne mordy. Wśród ofiar represji byli m.in. chłopi, robotnicy, Żydzi, Białorusini i Ukraińcy.

 

Wielki Strajk Chłopski w dniach 16-27 sierpnia 1937 r. zwieńcza autorytarne dzieło II RP, z którego oficjalnych statystyk lat 30. XX w. wynika iż w starciach z policją i wojskiem zginęło ponad 170 chłopów.


Strajk powszechny poprzedziły tragiczne wydarzenia z kwietnia tego samego roku w Racławicach w czasie obchodów kolejnej rocznicy bitwy z 1794 r. Uroczystość zgromadziła kilka tysięcy uczestników. Na interwencję policji zezwolił premier i jednocześnie minister spraw wewnętrznych gen. Felicjan Sławoj Składkowski, który tuż przed 18 kwietnia 1937 r. zakazał urządzania obchodów. Zabito 3 chłopów.


Sierpniowy strajk miał charakter powszechny. Objął duży obszar Polski, zamieszkany przez miliony zrewoltowanych chłopów. Coś analogicznego dotychczas się nie zdarzyło. Strajk polegał na blokadzie dróg, wstrzymaniu dowozu żywności do miast i rezygnacji z zakupów przez 10 dni. Oprócz postulatów ekonomicznych, wśród których najważniejszym była reforma rolna, strajkujący domagali się także: przywrócenia konstytucji marcowej z 1921 r., demokratycznych wyborów parlamentarnych, restrukturyzacji obronności kraju i rezygnacji obozu piłsudczykowskiego z władzy. Wynoszone dziś na piedestał władze sanacyjne stłumiły protest siłą. Oficjalnie zginęło 42 chłopów, 5 tysięcy aresztowano, a 617 skazano wyrokami sądów. Ofiar było prawdopodobnie więcej.


Informacje o strajku cenzurowano. "Gazeta Polska" (ówczesna rządowa tuba) określiła wydarzenia jako „niesłychany cynizm sprawców, warcholskiego tumultu” oraz nazwała bluźnierstwem „haniebny pomysł walki między polską wsią, a polskim miastem w rocznicę historycznego zwycięstwa narodu polskiego nad obcym najazdem” (chodziło o tzw. cud nad Wisłą).


Premier Składkowski sprawie pacyfikacji protestów poświęca wystąpienie podczas posiedzenia komisji budżetowej Sejmu 24 stycznia 1938 r., pokazując butę władzy: "Stwierdzam zupełnie szczerze, tak jak to zrobiłem na plenum Sejmu, że rząd tej sytuacji [strajku rolnego] nie przewidział, nie docenił i to jest winą i błędem rządu. Natomiast będę bronił samych metod opanowania rozruchów, a to dlatego, że na tym tle powstał cały szereg opowiadań i zarzutów. W ogóle ten rok w szeregu ostatnich lat w Polsce jest najspokojniejszy. Jeżeli porównamy liczbę zabitych w różnych latach w Polsce, to będziemy mieli takie cyfry: w 1932 r. - 141, w 1933 - 145, w 1934 - 118, w 1935 - 143, w 1936 - 157, w 1937 - 114. W tych 114 jest 42 tragicznie zabitych w Małopolsce środkowej. Wskutek rozpraszania tłumów przy innych nieporządkach i innych zajściach politycznych zostało zabitych 12 osób...”


Po zakończeniu strajku służby  bezpieczeństwa przystąpiły do ostatecznego spacyfikowania wsi, m.in. poprzez aresztowania działaczy ludowych i ekspresowe rozprawy sądowe. Liczbę zatrzymanych szacuje się na 5 tysięcy osób, co zradykalizowało nastroje na wsi. W efekcie ludowcy na zjeździe w marcu 1938 r. zadekretowali kolejny strajk. Rząd zareagował natychmiast. Już 1 kwietnia 1938 r. premier Składkowski wydał zarządzenie zalecające demonstracyjny marsz oddziałów Korpus Ochrony Pogranicza i policji przez najbardziej zagrożone strajkiem powiaty województwa krakowskiego i lwowskiego. Obok aresztowań, w celu zastraszenia przeprowadzono ostentacyjnie, brutalne pacyfikacje wybranych gospodarzy: 

 

„Przed wieś, w której jeden czy kilku mieszkańców ma być pacykowanych zajedzie samochodami ekspedycja karna, złożona z kilku samochodów, wiozących policjantów. Część samochodów zatrzymuje się przed wsią, inne wjadą do wsi i udając się pod dom skazany na pacyfikację. Policjanci wbiegają do domu, usuwając domowników i rozpoczynają dzieło zniszczenia. Jedni dostają się na dach, który niszczy się gruntownie. Jeżeli jest kryty dachówką, to wybija się w dachu otwory, a dachówki zrzuca się na ziemię i roztrzaskuje. Jeżeli dach jest kryty słomą, to zrywa się poszycie. Jednocześnie niszczy się umeblowanie i w ogóle całe urządzenie wewnętrzne mieszkań, rozbija się meble i wszelkie sprzęty, tłucze się szyby, naczynia oraz butelki, zrzuca się ze ścian obrazy oraz depcze się je razem z innymi przedmiotami. Następnie przystępuje się do niszczenia zapasów żywności. Mąkę wysypuje się i miesza razem z piaskiem i popiołem. Młócone ziarno wdeptuje się w błoto lub rozrzuca się po drodze i na podwórzu. Nie szczędzi się także zwierząt domowych. Były wypadki, że koniom i bydłu łamano nogi uderzeniami kolb i drągów. Gdy dzieło zupełnego zniszczenia zostało już dokonane, ekspedycja karna udaje się do innego domu lub na inną wieś. Wrażenie takiej pacyfikacji jest wprost niesłychane. Do zniszczonego domu powracają domownicy, za nimi przychodzą sąsiedzi. Widzą oni obraz, który zawsze pozostanie w ich pamięci.”
                                                                                                                                                         (opis z Archiwum Akt Nowych)Zakłamywanie historii II RP to rutyna zarówno polityków PIS jak i PO/Nowoczesnej. Skrzętnie wymazuje się historie oporu społecznego poprzez zmianę nazw ulic i narzuca się nam zwykłych morderców jako bohaterów narodowych, takich jak Składkowski. Tak było w Turku, gdzie generał i bandyta Składkowski zastąpił innego generała Świerczewskiego. Tak działa władza kreująca swą tożsamość.
wielki strajk 1937 copy

 

 

 

www.rozbrat.org

09 sierpnia 2017 | Dział: Publicystyka
W ostatnich latach pewna część środowiska ekologicznego, czy też alternatywnego, podejmuje próby rozkręcania interesów gastronomicznych.
Próby te przyjmują postać zakładania lokali oferujących posiłki wegańskie. Tą drogą alternatywne idee, wzorce kultury i praktyki zaczynają przybierać formę towarową.
Proces utowarowienia polega w tym wypadku na powiązaniu względnie oryginalnego czy egzotycznego wegetariańskiego menu, z ideą ochrony przyrody i z symboliką odwołującą się do spuścizny ruchów ekologicznych. Towar, który łączy ze sobą owe elementy, wytwarzają pracownicy lokalu, a zysk osiągnięty dzięki jego sprzedaży zagarnia ich szef. Prowadząc swój interes, czerpie on z historycznych doświadczeń walk ekologów i ich kreatywności, lecz jego podstawowym celem nie jest rozwój ruchu ekologicznego ani walka o prawa zwierząt i związana z nią zmiana panujących stosunków społecznych.
Tutaj walka toczy się o osiągnięcie dodatniego wyniku finansowego prywatnej firmy. Właściciele gastronomii ekologię i weganizm sprowadzają więc do formy towaru, który sprzedają w celu maksymalizacji zysku.
Zdarza się, że wegański biznes nawiązuje do etosu ruchu ekologicznego i podtrzymuje z nim związki poprzez finansowe wspieranie określonych grup działaczy i eksponowanie używanej przez nie symboliki.
Wraz z udzieleniem takiego wsparcia lokal na różne sposoby informuje o tym swoich klientów, co potencjalnie może wywołać wrażenie, że jest on niejako częścią szerszego ruchu społecznego. Podobne zabiegi służą po pierwsze przywiązaniu starych i zdobyciu nowych klientów, którzy będą skłonni zapłacić więcej za oferowany towar, gdyż zyskają poczucie, że dzięki temu działają na rzecz „wyższej sprawy”.
Po drugie, wspieranie przez lokal „wyższej sprawy” o charakterze ekologicznym, ułatwia jego właścicielowi pomniejszanie znaczenia sprawy pracowniczej. Dzieje się tak, gdy pomoc udzieloną określonej grupie ekologicznej wykorzystuje on do przysłonięcia praktyki pogarszania warunków pracy zatrudnionych przez siebie pracowników.
Środki finansowe, które zostały przez nich wypracowane i w pierwszej kolejności powinny trafić do nich samych, wypływają do zewnętrznej grupy ekologicznej, która jednocześnie zostaje wpisana w ramy kampanii marketingowej konkretnego lokalu.
Bywa więc, że zagarnięcie przez właścicieli firm owoców pracy kucharzy/ek, kelnerów/ek i kasjerów/ek odbywa się z pomocą niektórych organizacji ekologicznych. Ich rola sprowadza się wtedy do ocieplania wizerunku branży, która, jak powszechnie wiadomo, nie jest szczególnie przyjazna dla osób w niej pracujących.
Sięganie do dorobku ruchu ekologicznego celem wzmożenia wyzysku pracowników, idzie w parze z wykorzystywaniem przez biznes stosunków koleżeńskich, na których tenże ruch się opiera.
Owe stosunki są często budowane w kontrze do powszechnie panujących stosunków ekonomicznych. Ich podłożem są wspólne działania, zorientowane na ochronę środowiska, a nie na maksymalizację zysku.
Tego rodzaju stosunki współpracy w zetknięciu z biznesem gastronomicznym tracą jednak swój postępowy potencjał.
Koleżeństwo zakładające brak wzajemnej nierówności we wspólnie podejmowanych działaniach, zostaje zastąpione zakładową hierarchią. Zysk osiągany przez właściciela uzależniony jest od stopnia wyzysku zatrudnionych, walka o wyzwolenie zwierząt nie ma tu nic do rzeczy.
Jeżeli o organizacji pracy i podziale jej wytworów nie decydują pracownicy, odwoływanie się do koleżeństwa jest tylko jedną z metod wyciskania z nich pracy dodatkowej. Jeżeli część wytworów twojej codziennej pracy przywłaszcza ktoś inny, to w takim wypadku nie ma mowy o koleżeństwie.
Pomiędzy wyzyskiwanymi i wyzyskującymi w gastronomi panuje więc nierówność, której utwierdzanie pociąga za sobą rozkład kultury alternatywnej.
Zeszłoroczny strajk pracowników wegetariańskiego baru Krowarzywa w Warszawie, stał się przyczynkiem do dyskusji i działań, dzięki którym powstała Poznańska Międzyzakładowa Komisja Pracujących w Gastronomii przy Ogólnopolskim Związku Zawodowym Inicjatywa Pracownicza. poniżej publikujemy wywiad z działaczem tej komisji pracującym w poznańskim barze Wypas, którego właścicielki, podobnie do szefostwa baru Krowarzywa, sięgają do wspólnego dorobku środowiska alternatywnego po to, aby przekuć go w swój indywidualny zysk.
KK
 
Tekst ukazał się w szóstym numerze A-TAKU
 
 
 
 
Sytuacja pracowników gastronomii (wywiad z działaczem OZZ Inicjatywa Pracownicza)
 
 
Jak doszło do powołania komisji gastronomicznej IP?
 
Pomysł powołania komisji narodził się po konflikcie w „Krowarzywa”, gdzie w reakcji na założenie związku zawodowego na terenie zakładu właściciele próbowali zwolnić całą załogę i dokonać lokautu. Tamta sprawa nabrała mocno wymiaru towarzyskiego, o co na pewno chodziło właścicielom, którzy próbowali grać na tym, że wywodzą się z tego samego środowiska, co zwolnione osoby.
Przez pewien czas w Poznaniu brakowało impulsu do założenia komisji, mimo iż odbyło się spotkanie z warszawską Komisją Pracujących w Gastronomii. Później były kolejne spotkania z byłymi pracownikami warszawskiej burgerowni, przybliżającymi sytuację, która zaczęła obrastać mitami. Ostatecznie ich sprawy skończyły się w sądzie pracy. Impulsem do zawiązania komisji w Poznaniu był konflikt, jaki zrodził się w jednej ze znanych poznańskich knajp wegańskich. Nie przybrał on tak dużego charakteru, jak w „Krowierzywej”.
Wtedy to, w porozumieniu z pracownikami innej knajpy, założyliśmy Poznańską Komisję Pracujących w Gastronomii w ramach związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Do związku przystąpiła połowa pracowników skonfliktowanej restauracji, co czyniło ją dość reprezentatywną. Po kilku zebraniach z właścicielkami restauracji udało się osiągnąć porozumienie, które, jak się wówczas wydawało, satysfakcjonowało obydwie strony. Pracownicy uzyskali obietnice spełnienia swoich postulatów, a właścicielki ugodę z pracownikami i przewietrzenie atmosfery, która zagęszczała się od dłuższego czasu.
 
 
Jakie są według Ciebie główne problemy pracowników i pracownic w tej branży?
 
Głównym wyzwaniem w gastronomii jest tymczasowość. Trudno kogoś przekonać do walki o poprawę swojego położenia, jeżeli każdy jest tam na chwilę.
Nawet jeśli tak nie jest, to i tak pracownik zwykle twierdzi, że jest, tkwiąc w tej tymczasowości nawet kilka lat. Pracodawcy często powtarzają, że „gastronomia rządzi się swoimi prawami”. Tak w rzeczywistości jest. Stawka godzinowa jest bardzo niska, a tłumaczone jest to tym, „że przecież są napiwki”, które i tak pracodawcy często sami zabierają. Warunki pracy i BHP pozostawiają wiele do życzenia.
Rzadko można spotkać knajpy oferujące umowę o pracę, a szczególnie umowę, na której wykazany jest rzeczywisty dochód i czas pracy.
Przeważają umowy zlecenie przedłużane w nieskończoność. Częstym jest także praca bez jakiejkolwiek umowy i ubezpieczenia.
To wszystko składa się na to, że aby móc się utrzymać, trzeba pracować często po 300 godzin miesięcznie, bez dodatkowo płatnych nadgodzin, urlopów, a nawet chorobowego. W tej branży nie jest wskazane chorowanie.
Powiedziałeś wcześniej, że w „Krowarzywa” doszło do konfliktu między związkiem i pracodawcą. Jak pracodawcy gastronomii reagują na związki zawodowe? Pracodawcy na informacje, że na terenie zakładu działa związek zawodowy, reagują przeważnie alergicznie, próbują za wszelką cenę dowiedzieć się, kto należy do związku, często strasząc konsekwencjami. U nas w zakładzie pracodawca był zaskoczony, mimo że informacja o istnieniu związku była przekazana już w momencie, kiedy trwał konflikt.
Podobnie było w „Krowarzywa”. Musimy pamiętać, iż związek nie był przyczyną konfliktu, lecz raczej jego konsekwencją. Kiedy pracownicy solidarnie stoją po jednej stronie, pracodawcy nie mają zbyt wielkiego pola do manewru.
Początkowo założenie komisji w Poznaniu, w połączeniu z wieloma rozmowami, rokowało bardzo dobrze. Stosunki z pracodawcami poprawiły się. Wszystko co działo się na zakładzie, wszelkie działania, konsultowane było z przedstawicielami związku. Sprawy szły - jak się nam wydawało - w dobrą stronę.
 
 
Jaki był powód, że pracodawca ostatecznie chciał Ciebie, jako działacza związkowego, i jeszcze jedną osobę, zwolnić z pracy?
 
W pewnym momencie pracodawcę zmęczyło to, że pewne rzeczy trzeba konsultować ze związkiem, że związek monitoruje sytuację na zakładzie, przestrzeganie prawa pracy. Przykładowo, wielokrotnie pytałem współpracowników, czy mają odpowiednio płacone nadgodziny, bo wcześniej był z tym duży problem. Niewygodne było również to, że osoby zrzeszone w komisji były znacznie bardziej świadome swoich praw i nie dało się ich wykorzystywać do wielu rzeczy – takich jak notoryczne wymuszanie wyrabiania nadgodzin, czy nawet unikanie przyjęcia i respektowania grafiku przynajmniej z siedmiodniowym wyprzedzeniem.
To wydaje się absurdem, bo grafiki powinny być przynajmniej miesięczne i roczne… Zgadza się. Zdarzały się też błędne wyliczenia rachunków.
Zwolniono jedną z nowych pracownic tylko dlatego, że w jej imieniu interweniowała komisja. Zwróciliśmy uwagę, że po 8 dniach pracy nie ma nadal żadnej umowy.
Po interwencji otrzymała umowę na kilka dni, która później nie została przedłużona. Tłumaczono to tym, że dziewczyna jest za słaba! Związek czuwał i interweniował. Dysponujemy różnymi pismami, które otrzymał pracodawca. W międzyczasie odeszło z pracy parę osób z komisji (w zakładach gastronomicznych rotacja jest bardzo duża), co zachęciło szefostwo do szukania haków na pozostałych członków, głównie na mnie, jako na chronionego członka prezydium komisji.
Pewnego dnia po jednym z comiesięcznych zebrań, które były jednym z efektów ustaleń podczas poprzedniego konfliktu, otrzymaliśmy pismo adresowane do związku o zamiarze dyscyplinarnego zwolnienia dwojga członków IP. Jako powód został podany fakt, że ktoś zgłosił, iż na słoiku z otrzymanym deserem, została naklejona naklejka grupy „Poznaniacy Przeciwko Myśliwym”, a deser miał mieć nietypowy zapach, jakby wlana była do niego woda po ogórkach.
Stało się to w godzinach naszej pracy. Jak się okazało, była to żona myśliwego, której to się nie spodobało. Co znamienne, naklejki te były wcześniej kolportowane wśród klientów restauracji bez sprzeciwu jej właścicielek. Wiadomo - znaczna część wegańskich klientów nie sympatyzuje z myśliwymi. Każdy też mógł sobie taką naklejkę pobrać.
 
 
Skąd się wzięła sprawa „wody po ogórkach”?
 
Nie wiem. Spekulowano, że przyczyna mogła tkwić w niedomytej zakrętce od słoika, wcześniej użytej w innym celu. Należy zaznaczyć, że na tamten moment ze wszystkich osób zatrudnionych (oprócz nas, co do których zgłoszono zamiar zwolnienia), była jeszcze tylko jedna osoba ze związku, przebywająca na zwolnieniu chorobowym. Reszta zwolniła się sama. Oczywiście przedstawiony zamiar zwolnienia był bezzasadny i związek stanowczo nie zgodził się na zwolnienia. Po otrzymaniu stanowiska związku szefowe odstąpiły od zwolnienia nas i przystąpiły do namawiania na dobrowolne odejście.
 
 
Jak doszło do Twojej ugody i dlaczego się na nią zdecydowałeś?
 
Po wyczerpaniu w/w procedury nadal chodziliśmy do pracy, wykonując ją jak najlepiej, nie dając powodów do kolejnych represji. Sytuacja ta nie była na rękę pracodawcy, więc cały czas naciskał, abyśmy oboje, ja i koleżanka, odeszli dobrowolnie. Na różne sposoby starano się nas do tego przekonać. W końcu analizując położenie komisji na zakładzie i fakt „specjalnego traktowania”, podjęliśmy decyzję, że zawrzemy ugodę z pracodawcą.
Ja odszedłem po wypłacie, jak to określiły właścicielki, dwumiesięcznej odprawy. Natomiast przebywająca w tym czasie na zwolnieniu chorobowym koleżanka, nie dostała póki co takiej możliwości (jako że nie miała ochrony związkowej, nie została potraktowana tak jak ja).
Gdy była na zwolnieniu jako, związek utraciliśmy z nią kontakt i sądziliśmy, że już do pracy nie wróci.
Po jej powrocie pracodawca stwierdził, że ma sama odejść, za porozumieniem stron.
Sugerowano też, że mam się z nią podzielić swoją wynegocjowaną odprawą! Reakcja pracownicy była taka, że postanowiła zostać w pracy ze względu na swoją sytuację finansową. Nie jest to dla niej komfortowe rozwiązanie, biorąc pod uwagę postawę właścicielek. Ta sprawa cały czas nie jest zamknięta dla nas jako związku i czekamy, co wydarzy się w najbliższym czasie.
 
 
Czy widzisz jakąś szansę na dalsze działania w branży gastronomicznej po tych w sumie negatywnych doświadczeniach?
 
Choć mamy tu o wiele więcej przykładów łamania praw pracowniczych niż w innych branżach, „restauratorzy” zapominają o istnieniu Kodeksu pracy, nie jest to więc „łatwy teren”. Głównie właśnie ze względu na dużą rotację, tymczasowość i często brak świadomości swoich praw wśród pracowników/czek - stosunkowo młodych osób, dopiero wkraczających na rynek pracy.
Mamy zamiar kontynuować działalność komisji i doprowadzić do poprawy warunków pracy w gastronomii. Do tego potrzebny jest związek.
Ostatnio dotarły do nas informacje, że następują próby cofnięcia wynegocjowanych wcześniej zmian w zakładzie, w którym pracowałem. To doprowadzi moim zdaniem do ponownego konfliktu.
Mamy obecnie członków i członkinie w kilku knajpach na terenie miasta i zamierzamy cały czas zwiększać swoją liczebność.
 
Wywiad ukazał się w szóstym numerze A-TAKU.
02 sierpnia 2017 | Dział: Publicystyka
Pod koniec lutego na Białorusi rozpoczęły się największe od 2011 r. protesty.
Ich główną przyczyną była tzw. „ustawa o pasożytach”.
Osoby, które nie były zatrudnione legalnie przez ponad pół roku, muszą zapłacić podatek w wysokości około 750 zł.
Społeczeństwo, nie godząc się na tę absurdalną zmianę, wyszło na ulice. Wydarzenia te nazwano „gorącą wiosną 2017”.
 
Społeczno-polityczne tło protestów
 
Ustawa dotycząca opodatkowania „darmozjadów” (oficjalnie: Dekret nr 3 – „O zapobieganiu społecznemu pasożytnictwu”) została podpisana przez Aleksandra Łukaszenkę 2 kwietnia 2015 r. Wezwania do zapłaty podatku, ironicznie nazywane „listami szczęścia”, otrzymało około pół miliona obywateli.
Wszyscy „uszczęśliwieni” do 20 lutego 2017 r. mieli zapłacić daninę lub osobiście wyjaśnić sytuację w skarbówce. Za niewywiązanie się z obowiązku naliczano dodatkowy mandat lub skazywano na areszt (do 15 dni) z obowiązkiem odbycia prac społecznych.
Podatek zapłaciło ponad 34 tys. osób. Część „nierobów” – tracąc swój czas i nerwy – wywalczyła zwolnienie z opłaty.
Na borykającej się z kryzysem gospodarczym Białorusi (przy wzroście cen oraz bezrobocia) stale zmniejsza się siła nabywcza mieszkańców. Ich dochody, wedle oficjalnej statystyki, w 2016 r. spadły o 7% – najwięcej od 20 lat.
Liczba zwolnionych przewyższała ilość zatrudnionych o 108 tys. Białorusini od lat słuchają obietnic prezydenta o podniesieniu średniej miesięcznej pensji do poziomu 2000 zł. Obecnie nie przekracza ona 1300 zł.
 
Marsze Niedarmozjadów
 
17 lutego w Mińsku na placu Październikowym (tradycyjne miejsce akcji przeciwko fałszowaniu wyborów) pod nazwą „Marsz oburzonych Białorusinów” odbył się pierwszy protest przeciwko Dekretowi nr 3.
Wzięło w nim udział ponad 2 tys. osób. Po przemarszu do Ministerstwa Podatków i Opłat uczestnicy palili „listy szczęścia”.
Swoją obecność zaznaczyli anarchiści, którzy przyszli z banerem „Głównym darmozjadem jest prezydent” oraz wygłosili przemówienie mimo prób zatrzymania ich przez tajniaków.
W Homlu, drugim co do wielkości mieście na Białorusi, 19 lutego w akcji wzięło udział ok. 3 tys. ludzi.
Była to pierwsza tak duża demonstracja w mieście od ćwierć wieku. W Mohylewie demonstrowało 1,5 tys. osób.
Po tych wydarzeniach spontaniczne wystąpienia – liczące od kilkudziesięciu do kilkuset osób – odbyły się w innych miastach (Bobrujsk, Baranowicze, Rohaczew, Orsza, Pińsk, Słonim), gdzie problemy z bezrobociem są największe.
W Mołodecznie, liczącym mniej niż 100 tys. mieszkańców, 10 marca odbyła się największa w jego historii demonstracja – około 1000 osób. Akcje przybrały nazwę „Marszów Niedarmozjadów”. Wśród najbardziej popularnych haseł pojawiły się klasyczne „Basta!” oraz anarchistyczne „Darmozjad dla ludu – biurokrata, urzędnik, glina”.
Protestujący żądali cofnięcia ustawy oraz ustąpienia Łukaszenki z urzędu prezydenta.
Na ulice wyszli nie tylko aktywiści, ale przede wszystkim ludzie dalecy od polityki, co więcej – potencjalny elektorat prezydenta. Obecne były osoby w różnym wieku oraz o różnym statusie społecznym. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż wśród protestujących było mnóstwo osób pracujących.
 
Akcja w Brześciu
 
Jedna z najbardziej spektakularnych akcji odbyła się 5 marca w Brześciu. Kilka dni wcześniej w psychiatryku zamknięto aktywistkę Natalię Papkową („Młoda Białoruś”).
W drodze ze stolicy do miasta zatrzymano kilku liderów opozycji. Nie przeszkodziło to jednak mieszkańcom i podczas protestów uwidoczniła się nowa, potencjalnie niebezpieczna dla państwa grupa – blogerzy „Wesprzeć Brześć”.
Przyjechał m.in. bloger z Homla, Maksim Filipowicz, który za swoją postawę obywatelską w czasie trwania protestów spędził w areszcie łącznie ponad miesiąc.
Szef administracji miejskiej, od którego de facto nic nie zależy, zaprosił protestujących na rozmowę do budynku.
Mała grupa się zgodziła, większość natomiast pozostała na ulicy. Akcję uratowali anarchiści, którzy wygłosili przemówienie oraz uformowali demonstrację, która ruszyła przez centrum miasta.
Wówczas lider Zjednoczonej Partii Obywatelskiej obwodu brzeskiego nazwał anarchistów prowokatorami.
 
svaboga.org (RFE/RL)
 
Na czele marszu szli zamaskowani anarchiści, niosąc baner: „Urzędnik – główny darmozjad”.
Skandując hasła, poprowadzili za sobą ludzi. Demonstracja rozrosła się do 1000 osób i na kilka minut zablokowano największą drogę w mieście – Prospekt Maszerowa.
Po akcji funkcjonariusze rozpoczęli łapankę wymierzoną w anarchistów. Dzięki blogerom i innym osobom anarchistom udało się rozproszyć w mieście.
 
Akcje w Mińsku
 
15 marca odbyła się 3-tysięczna demonstracja w Mińsku, w której aktywnie uczestniczyli anarchiści.
Wówczas anarchistyczna Akcja Rewolucyjna opublikowała w sieci film nawołujący do masowych wystąpień (18 marca) w całym kraju.
Apel został prawie całkowicie zignorowany: z braku sił, przygotowań do Dnia Woli (25 marca, dzień niepodległości), a po części z braku zaufania do zamaskowanych anarchistów.
W nocy 24 marca odbyła się najbardziej symboliczna akacja wiosennych protestów.
Nieznana grupa anarchistów rzuciła koktajlem Mołotowa w budynek służby podatkowej homelskiego rejonu.
Jak co roku, 25 marca, w Mińsku powinna odbyć się ogólnokrajowa akcja, do której jednak nie doszło. Większość aktywistów pozostawała w aresztach.
Władze pozwoliły na sankcjonowane demonstracje w Grodnie (pierwszy raz od 20 lat), Brześciu, Homlu i Witebsku.
Z kolei w stolicy ludzie próbowali zebrać się w okolicy placu Październikowego.
Pobliskie stacje metra były zamknięte, a komunikacja miejska pracowała bez przystanków w centrum miasta.
Protestujących zamknięto w „kotle” na Prospekcie Niezależnosci. Zatrzymywano i bito również zwykłych przechodniów – ogółem ponad 700 osób.
Po tych wydarzeniach odbyło się kilka małych akcji w innych miastach.
1 maja pogrzebano ostatnie nadzieje na masową kontynuację protestów.
Białoruski Kongres Niezależnych Zwiazków Zawodowych zrezygnował z pikiety w oddalonym od centrum Mińska placu Bangalore, gdyż władze zakazały związkowcom tam maszerować. Natomiast Mikołaj Statkiewicz, lider Białoruskiego Kongresu Narodowego, nawoływał do akcji na placu Październikowym.
Zebrało się na nim kilkaset osób i uchwaliło którąś z rzędu nikomu niepotrzebną rezolucję.
Anarchiści zignorowali obydwie inicjatywy, zaznaczając „dzień pamięci i solidarności pracowniczej” szeregiem akcji w różnych miastach Białorusi (ulotki, graffiti) oraz wywieszając w stolicy 20-metrowy baner nawołujący do strajków.
 
AСАВ
 
svaboga.org (RFE/RL)
 
Jednocześnie z protestami „niedarmozjadów” aktywiści bronili uroczyska Kurapaty, niedaleko którego rozpoczęto budowę centrum biznesowego (według różnych danych NKWD rozstrzelało tam nawet kilkaset tysięcy osób). 17 kwietnia przez udział w obronie uroczyska odwieszono wyrok skazujący dla anarchisty Dmitrija Polijenko
– za udział w „masie krytycznej” w październiku 2016 r. Dmitrij otrzymał dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu.
Największą niechęć i pogardę wśród Białorusinów (poza urzędnikami) wzbudza milicja, którą nazywają „szuniawki” – od imienia ministra spraw wewnętrznych, Igora Szuniewicza. Na murach stolicy pojawiają się graffiti z wizerunkiem ministra oraz napisem, że to on odpowiada za tłumienie protestów.
Sam Szuniewicz nie ukrywa, iż co roku 9 maja ubiera się w mundur NKWD, co nie przeszkodziło mu w marcu tego roku odsłonić w Mińsku pomnika miejskiego policjanta carskiej Rosji. Za narzucenie pętli na szyję temu pomnikowi etnoanarchista Wiaczesław Kasinierau dostał mandat w wysokości ok. 240 zł.
Anarchiści zainicjowali ciekawą stronę internetową – bandaluki.info. Zbierają tam informacje (zdjęcia, adresy, informacje dotyczące rodziny) o wszystkich pracujących na reżim: milicjantach, sędziach, urzędnikach, propagandystach.
Anarchistom udało się zaimponować części białoruskiego społeczeństwa. Na akcjach ludzie im dziękowali, zasłaniali ich i wyrywali z rąk milicji.
Jest ona jedną z najbardziej uprzywilejowanych grup społecznych, co odzwierciedla się w haśle anarchistów: „Budżet wydany na gliny – na pensje pieniędzy brak”.
 
Reakcja władzy i represje
 
svaboga.org (RFE/RL)
 
Najczęściej przed i po akcjach w całym kraju odbywają się przeszukania i areszty, stałe dyżury funkcjonariuszy przed mieszkaniami aktywistów, blokowanie dojazdów do mniejszych miejscowości, uzbrojone w automaty patrole OMON-u, opancerzone policyjne polewaczki, suki oraz specjalnie przystosowane do burzenia barykad nowiutkie auta typu „Mur- -Bariera”.
Dwukrotnie „znikał” lider opozycji M. Statkiewicz. Twierdzi, że podczas protestów 25 marca i 1 maja znajdował się w areszcie KGB. Ponadto na portalach społecznościowych z kont jego i jego żony rozpowszechniano informacje o odwołaniu akcji 25 marca.
svaboga.org (RFE/RL)
 
Brutalne rozpędzenie akcji 25 marca w Mińsku, kiedy bito kobiety i ludzi w podeszłym wieku, należy do normy. Nowością natomiast była akcja w trolejbusie nr 37, który już okrzyknięto symbolicznym odwołaniem do stalinowskich czystek z roku 1937.
Trolejbus, którym po akcji 15 marca jechali anarchiści, został zablokowany przez nieoznakowane busy. Milicjanci, wybijając drzwi, rozpylili gaz łzawiący.
Pasażerów zaczęto bić i pakować do busów, gdzie wprost deptano po ludziach.
Małą otuchą jest fakt, że na jednym ze skrzyżowań znany w Krakowie anarchista otworzył drzwi jednego z pojazdów, dając szansę ucieczki kilku zatrzymanym. Sam jednak nie zdążył opuścić busa.
W największych państwowych mediach pojawił się szereg oczerniających anarchistów kłamliwych materiałów propagandowych – oskarżano ich m.in. o przechowywanie broni, pobicie milicjantów i terroryzm. Strony internetowe organizacji anarchistycznych kilkakrotnie blokowano, niektóre z nich znajdują się na liście zakazanych materiałów ekstremistycznych.
Zakaz wjazdu na Białoruś otrzymało kilkoro rosyjskich aktywistów i Polka.
Paweł po 15 dniach aresztu i głodówce został porzucony na granicy bez pieniędzy i rzeczy, skąd 2 dni autostopem dostawał się do domu w Rosji.
Z kolei Dorota wracała do Polski w obecności konsula RP. Dorota jadąc autem wraz z koleżanką, została zatrzymana w centrum Mińska.
Pod pretekstem walki z terroryzmem aresztowano też uczestników istniejącej w latach 90. nacjonalistycznej organizacji „Biały Legion” (zatrzymano 32 osoby, a 16 dotychczas znajduje się w izolatorze śledczym KGB).
Zatrzymywano również osoby, które spotykały się z uwięzionymi po odbyciu kary lub przynosiły im jedzenie. Kilku brzeskich anarchistów po odbyciu wyroków natychmiast aresztowano ponownie. Zatrzymanych zastraszano zgwałceniem, odebraniem dzieci, zabiciem.
Niektórych wypuszczano wcześniej, żeby nie było przy nich bliskich i dziennikarzy lub potajemnie wywożono na drugi koniec miasta.
Szereg podłości spotkał zatrzymanych również za kratami: problemy z wyżywieniem i lekami, przymusowe pobieranie próbek śliny.
Nawet odbywającym głodówkę kazano zapłacić za wyżywienie (ok. 20 zł za dobę). Często odmawiano przekazywania jedzenia.
Zrywano akcje zbiórki rzeczy i pieniędzy dla zatrzymanych, jak to miało miejsce mińskim biurze Białoruskiej Partii Zielonych.
Wówczas milicjanci zatrzymali 13 osób, 10 sądzono z paragrafu „drobne huligaństwo”. Według informacji Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiosna” w trakcie protestów zatrzymano około 1000 osób, ponad 100 trafiło do aresztów, a dziesiątki osób dostały mandaty.
 
svaboga.org (RFE/RL)
 
Czy Białorusinów czekają obozy pracy?
 
Sezon działek i urlopów przy jednoczesnym braku strajków robotniczych, braku nieposłuszeństwa obywatelskiego, braku pozytywnych symboli, wokół których mogliby się zjednoczyć mieszkańcy wschodniego sąsiada Polski, zahamował falę protestów.
Do tego dochodzi całkowita bierność armii, represje oraz fakt, że duża część służb mundurowych, sędziów, urzędników, ich rodzin – to olbrzymi elektorat władzy broniący status quo. Noszące lewicowy charakter protesty, których nie zdołała okiełznać od 23 lat dążąca do władzy opozycja, ucichły.
Można jednak odnotować sukces – 9 marca po pierwszych demonstracjach „moralny, ideologiczny dekret” został zawieszony na rok.
Łukaszenka zażądał od urzędników, których oskarżył o niedopracowanie ustawy, żeby do 1 października uregulowali listy darmozjadów.
Te osoby, które zapłaciły za 2016 r., będą zwolnione z podatku w roku 2017. Jeżeli zaczną pracować – pieniądze powinny zostać zwrócone.
Chociaż prezydent nie przyznał, że ustąpił, to takie zachowanie jest chyba pierwszym precedensem w jego rządach.
W corocznym apelu do narodu białoruskiego i Zgromadzenia Narodowego prezydent powiedział, że około 300 tys. darmozjadów trzeba zmusić do pracy, wykorzystując doświadczenie ZSRR. Wedle niego wszyscy powinni pracować, gdyż „Bezrobotny – to przyszły przestępca”. Z rozkazu prezydenta do 1 maja wszyscy powinni dostać pracę – aktualne statystyki mówią o mniej niż 1% bezrobotnych.
Białorusinów wciąż ratuje „szara strefa” zatrudnienia oraz działki ogrodowe. Prawdziwy wybuch społeczny może wydarzyć się niespodziewanie i najpewniej wywoła go nie opozycja, ale głód. Tymczasem „gorąca wiosna” minęła, 11 maja na Białorusi spadło do 10 cm śniegu...
 
Aleksander Łaniewski
 
 
Artykuł ukazał się w szóstym numerze A-TAKU