Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły /
A+ R A-

Publicystyka

13 czerwca 2018 | Dział: Publicystyka

Studia nad procesami dyskryminacyjnymi w Stanach Zjednoczonych mają już obszerną literaturę. Choć wyniki tych badań niewątpliwie rzucają cień na ideały amerykańskiej demokracji, to mimo wszystko trudno podważać zakorzeniony w potocznym myśleniu pogląd, w myśl którego Stany Zjednoczone od początków swego istnienia były miejscem schronienia dla przybyszów z całego świata. Ameryka oferowała przybyszom to czego nie mogli dostać nigdzie indziej, a więc nie tylko azyl czy szanse zarobku, ale również nieograniczone możliwości rozwoju indywidualnego.

 

W istocie znamy niewiele przykładów budowania nowoczesnego państwa jako projektu obywatelskiego, gdzie wszyscy są równi wobec prawa. Już jednak przegląd podstawowych prac na temat dziejów społecznych USA uzmysławia nam, że ideałom równości i tolerancji od początku towarzyszyła równie mocna reakcja natywistyczno-rasistowska, której podłożem było religijnie uzasadnione przekonanie o wyższości WASPs (White Anglo-Saxon Protestants) nad pozostałymi mieszkańcami kontynentu. Ofiarami tego myślenia stały się tysiące ciemnoskórych mieszkańców kontynentu, a później imigrantów przybywających masowo do Nowego Świata. Uboga ludność z Azji, a także wschodniej i śródziemnomorskiej części Europy, nie zawsze mogła się tam czuć bezpiecznie.

 

Krzysztof Wasilewski podjął się zadania niezwykle ambitnego – przedstawienia anatomii dyskursu medialnego w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku w odniesieniu do zjawisk imigracyjnych. Dokonał tego w oparciu o imponującą bazę źródłową oraz bogatą literaturę przedmiotu. Odważnie zapuścił się na niełatwe obszary badawcze i wyszedł z tej próby zadowalająco.

 

Społecznym skutkom gwałtownego napływu imigrantów od początku z niepokojem przyglądały się sfery rządowe i redakcje najbardziej wpływowych pism. Kwestie regulowania napływu taniej siły roboczej były w omawianym okresie nie tylko elementem polityki wewnętrznej i zagranicznej USA, ale przede wszystkim ważną częścią debaty publicznej. Określiła ona w znacznym stopniu charakter narodowy Amerykanów. Dyskusja na temat cudzoziemców doskonale pokazywała kształtowanie się jednego z bardziej istotnych filarów politycznego myślenia elit w okresie tzw. ery progresywnej, jego uwarunkowań oraz prób samodefiniowania siebie w oparciu o konstrukcję Innego. Liczne wypowiedzi publicystyczne prezentowane w omawianej publikacji przede wszystkim wskazują źródła postaw i zachowań dziennikarskich inspirowanych m.in. popularnością darwinizmu społecznego, teorii eugenicznych oraz wzrostu nastrojów nacjonalistycznych. Brak zdolności do akceptacji „obcych”, a także stopień narastania lęków społecznych, prowadził do wykluczania niektórych grup z procesów wzajemnego przenikania kultur.

 

Dysputy medialne na temat „problemu” imigrantów przybierały często agresywną formę. Jej skutków wielu doświadczyło na własnej skórze. Stanowiska zajmowane wobec obcokrajowców umieszczane na łamach najpoczytniejszych organów prasowych odzwierciedlały poglądy sfer wykształconych, finansjery oraz grup zawodowych określanych mianem tzw. white collars. Wszystkie wymienione warstwy społeczne łączyło przekonanie o etycznym wymiarze swojego postępowania. Postawy, które zajmowali, były w ich mniemaniu zgodne z duchem chrześcijańskiej myśli i swoiście pojmowanego interesu narodowego. Podtrzymywanie poczucia zagrożenia dawało możliwość skutecznego kontrolowania napływu taniej siły roboczej, traktowanej jak towar. Na kartach publikacji znajdziemy niezwykle bogaty materiał ilustrujący obrazy wroga, zarówno na łamach prasy elitarnej, jak i bulwarowej, jego stygmatyzację i dążenie do eliminacji z życia publicznego.

 

Książka Bezdomnych gromady niemałe… dostarcza szeroki wachlarz argumentów mówiących o szkodliwości imigrantów w rozwoju amerykańskiego społeczeństwa. Autor trafnie powiązał wpływ głęboko zakorzenionego rasizmu i ruchów natywistycznych na dyskurs prasowy w odniesieniu do imigrantów. Prześledził rozmaite formy nacisków medialnych na władze stanowe i federalne, aby wprowadzały ustawowe ograniczenia przyjmowania obcokrajowców. Obnażył oportunizm polityków największych partii amerykańskich, zarażonych paranoją antyimigracyjną, inicjujących proces legislacyjny, który przybrał postać uchwał dyskryminujących od słynnego Chinese Exclusion Act (Ustawy o wykluczeniu Chińczyków) z 1882 roku aż do Immigration Act z 1924 roku, która wprowadzała ograniczenia dla imigrantów z Europy. Starał się uwzględnić specyfikę poszczególnych grup etnicznych w określonym czasie, a także stopnie wrogości powodowane uprzedzeniami i stereotypami. Obserwujemy jak przemoc werbalna modyfikowała argumentację w zależności od typu Innego, przy jednoczesnym zachowaniu trójdzielnego schematu propagandy w oparciu o ekonomiczne, polityczne (cywilizacyjne) i społeczne (rasowe) ramy problemowe.

 

Interesującymi fragmentami pracy są te, w których wizerunki obcości ulegają metamorfozom, kiedy na atawistycznie zakorzenione lęki, przesądy i stereotypy nakładano nową wykładnię, przemyślaną i dostosowaną do aktualnych okoliczności społeczno-politycznych. Jest to widoczne szczególnie na przykładzie dwóch różnych negatywnych obrazów azjatyckich grup narodowościowych, Chińczyków i Japończyków. Równie ciekawie przedstawiono konfrontację pozytywnego wizerunku mieszkańców pochodzących z terenów Europy Zachodniej i Północnej z przedstawicielami tzw. nowej emigracji. Najbardziej chyba frapującym zjawiskiem, opisanym w książce, jest pewnego rodzaju paradoks, gdy rasistowskie postawy działały na korzyść białych imigrantów. Do takich wniosków możemy dojść czytając urywki odnoszące się do względnej sympatii Południa wobec cudzoziemców z Europy Wschodniej, dyktowanej troską o zachowanie dominacji białej rasy. Jednocześnie mamy świadomość, że w tym samym czasie na tych terenach dochodziło do wyjątkowo okrutnych mordów na przedstawicielach ludności czarnoskórej, co czyni problem ocen stopnia dyskryminacji m.in. grup słowiańskich w USA dużo bardziej skomplikowanym.

 

Istotnym elementem konstrukcyjnym książki, który trudno przeoczyć, są schematy teoretyczne, w które autor wpisuje swój typ badań empirycznych. Opierają się one na współczesnych koncepcjach socjologicznych, mających jak się wydaje ułatwić opisanie i zrozumienie mechanizmu medialnego kształtowania obrazu imigrantów w przeszłości. Sięga po dość kontrowersyjne teorie Edwarda Hermana i Noama Chomsky’ego, krytyków środków masowego przekazu, przekonanych o tym, że zadaniem mediów jest dążenie do utrzymania hegemonii kulturowej elit gospodarczo-politycznych w oparciu o ideologię (neo)liberalną. Dodać trzeba, że obaj myśliciele kwestionują także status niezależności mediów, gdyż były one i są, jak twierdzą, stałym składnikiem struktur władzy. W konsekwencji hamują wszelkie próby radykalnych zmian społecznych, które mogłyby zlikwidować wiele nierówności społecznych. Ważną częścią konstrukcji teoretycznej pracy jest również analiza ramowa Ervinga Goffmana porządkująca interpretacje oraz zjawiska społeczne w ramach określonego modelu wyjaśniającego.



Przy całej słuszności rozumowań zawartych w omawianej publikacji, warto byłoby jednak szerzej osadzić analizowany dyskurs prasowy w epoce. W ówczesnej Europie, która może stanowić punkt odniesienia dla Ameryki, debaty publiczne na temat mniejszości narodowych zaostrzyły się do niespotykanych wcześniej rozmiarów. Afera Dreyfusa pokazała antysemicką twarz ogromnej części francuskiego społeczeństwa. Dużo bardziej agresywne, wręcz karykaturalne narracje dyskryminacyjne miały miejsce w Niemczech i Rosji, nastąpiły po nich kampanie terroru i przemocy wobec obcych. Na tym tle Stany Zjednoczone jawią się nieco bardziej umiarkowanie, przynajmniej jeśli weźmiemy pod uwagę tamtejszy system społeczno-polityczny, sprzyjający m.in. rozwojowi prasy etnicznej. Można tam dostrzec w przestrzeni publicznej także opinie przychylne imigrantom. Autor rejestruje te nieliczne głosy rozsądku w kwestii traktowania nowych przybyszów. Mógłby jednak bardziej wyeksponować te fragmenty dyskursu prasowego, które informowały i komentowały działalność znaczących instytucji powołanych do życia przez grupy etniczne. W wielu przypadkach przywódcy stojący na czele swoich diaspor doświadczali swobód obywatelskich, manifestując dumę z poczucia przynależności do młodego imperium.

 

Wiele instytucji etnicznych brało czynny udział w ówczesnych grach politycznych, szczególnie w czasie kampanii przedwyborczych. Kto wie, czy wówczas nie okazałoby się, że front antyimigrancki nie był w Stanach Zjednoczonych aż tak mocny i zdyscyplinowany, jak wynika to z lektury pracy. Pytanie czy w ramach złożonych zjawisk, jakie obserwujemy w ciągu niemal półwiecza, zachodziły pewne odchylenia od normy, które pozwalałyby podważyć schemat propagandowy dyskursu medialnego zaproponowany przez Autora i tym samym wyjść poza odgórnie przyjęte założenia teoretyczne. Nie należy lekceważyć znaczenia rozmaitych kontaktów, form dialogu między ludnością o korzeniach anglosaskich z przedstawicielami innych kultur w omawianym okresie. Na różnych poziomach, w różnej skali dochodziło do wymiany doświadczeń, które powoli przełamywały uprzedzenia i kształtowały postawy akceptacji.



Prawdopodobnie nie zmieniłoby to ogólnego obrazu prasowego dyskursu, ani oceny efektów działalności dziennikarskiej w USA, przypadającej na lata 1875-1924. Prasa amerykańska odegrała niechlubną rolę w debacie publicznej na temat imigrantów, chociaż niektóre zjawiska z pewnością można było osadzić mocniej w kontekście historycznym. Warto zastanowić się, które z wypowiedzi stanowiły element zorganizowanych politycznych kampanii prasowych, a które pojawiały się wyłącznie jako spontaniczne odbicie typu myślenia o cudzoziemcach. Pewne formy narracji, które możemy uznać za dyskryminacyjne, obowiązywały niemal wszędzie i nawet prasa etniczna nie była wolna od rasistowsko-nacjonalistycznej narracji, czego dowodzą choćby badania Roberta M. Zeckera nad świadomością rasową słowackich osadników w Stanach Zjednoczonych.

 

Następne dekady XX wieku przyniosły eskalację antyimigranckich nastrojów w Ameryce, ale też dojście do głosu wpływowych nurtów społeczno-intelektualnych, które przeciwdziałały dyskryminacji. Pokazały one realne możliwości stworzenia wspólnoty ogólnoludzkiej, która nie musi być zawężona do jednego kręgu cywilizacyjnego. Ścieranie się odmiennych wizji wyobrażonej wspólnoty amerykańskiej przetrwało wiek XX i odradza się w dzisiejszych czasach. U jej podstaw wydają się często leżeć te same emocje i brak zdolności do refleksyjnego ustosunkowania się do rzeczywistości.

 

Daniel Kiper

www.histmag.org

 

11 czerwca 2018 | Dział: Publicystyka
Młodzi ludzie dają się złapać na lep szybkiego sukcesu, głoszonego przez socjotechniczne hasła mówiące o pięknej przyszłości, a przyszłość kończy się trzeciorzędnym stanowiskiem w pracy oraz niewolą w kredycie na mieszkanie, samochód i pralkę.
COSTA, NERO ITP…
Któregoś dnia siedząc w jednej z warszawskich sieciowych kawiarni – może była to Costa, może Nero, na pewno nie Starbucks, bo kompromis z systemem musi mieć swoje granice – z uwagą przyglądałem się pracy barmanek. Cztery młode dziewczyny uwijały się niczym humanoidalne mechanizmy z powieści Philipa K. Dicka. Kawiarnia jest w Centrum, więc nieustanny napływ ludzi powodował, że kolejka utrzymywała się na stałym poziomie sześciu osób. Barmanki w pracowniczej hipnozie zarabiały pieniądze – parzyły czarną, latte, americano; zalewały indyjską, chińską, zieloną, owocową, miętową, mieszankę karaibską, leśną i zimową; wyciskały soki z pomarańczy, bananów i z grejpfrutów. Na deskach cięły ciasta z galaretką i z polewą z bitej śmietany, a w mikrofalach dopiekały sandwicze. Poza tym sprzątały stoły i wycierały ich blaty. Mopami polerowały zabłoconą podłogę, a założywszy długie gumowe rękawice, zamykały się w toaletach, by odświeżyć umywalki, sedesy i pisuary oraz by na koniec złożyć podpis na tabeli harmonogramu wzorowego wc-sprzątacza.
Zauważyłem, że do tych wszystkich obowiązków dochodzi jeszcze konieczność kontaktów także i z tą klientelą, która – co częste u ludzi mieszkających w stolicy – wyładowuje swoje frustracje i nerwowe napięcia na personelu czegokolwiek, grunt, że niższym. Wystarczy, by odrobinę poczuć w sobie siłę klienta-pana, a już bez opamiętania odreagowuje się na „zatrudnionych w branży usługowej” własną degradację do petenta-śmiecia, doznaną podczas wizyt w urzędach, biurach, przychodniach i szpitalach.
www.redflag.org.au
NIE MA NIC ZA DARMO
Barmanki, a także barmani, muszą znosić swój los z pokorą, mimo że czasem łzy cisną im się do oczu, pięści zaciskają się pod fartuchem, a w żołądku mdli z głodu i przemęczenia. Tak mija prawie cały dzień – pieniądze, liczenie, wydawanie reszty, sprzątanie, kolejny frustrat łypie spode łba, ktoś ma pretensje, że za wolno, że kawa bez smaku, że ciasto nieświeże, że w kasie nie ma drobnych, ale czy jest sens, by tłumaczyć, że to już siódma godzina pracy, a wczoraj do czwartej nad ranem trzeba było wkuwać do kolokwium na zarządzaniu, że szef każe oszczędzać na kawie, że każe wciskać wczorajsze croissanty w promocji, a drobnych nikt nie przynosi, bo do tego potrzebne jest dodatkowe stanowisko.
Praca wykonywana przez barmanki wydała mi się na tyle ciężka, że aby czuć z niej minimalną satysfakcję, na pełnym etacie trzeba by pracować najwyżej sześć godzin dziennie, za pensję nie niższą niż 2800 zł „na rękę” miesięcznie. W ogóle w polskich warunkach każda pensja niższa niż 2800 zł netto oznacza „kiepski żart” systemu, szczególnie, gdy ktoś w dużym mieście musi wynająć mieszkanie i planuje założenie rodziny. Co zatem skłoniło obserwowane przeze mnie osoby do frustrującej pracy ponad możliwości nawet zdrowego i młodego organizmu? Nie mam na myśli tego, że od zasuwania osiem godzin na dobę za ladą można umrzeć z wyczerpania, ale to, że po tygodniu każdej pracy w wyzysku trudno jest czerpać radość i satysfakcję z życia, że życie powoli staje się wegetacją, a samorozwój bolesną mrzonką. Być może właśnie z tej przyczyny – powodowani instynktem samozachowawczym – pracownicy i pracownice w „sieciówkach” zmieniają się tak często?
Fot. www.thecommentator.com
ZŁUDZENIA W ZAMIAN ZA ŻYCIE
Lukrowana cywilizacja kapitalizmu obiecuje wiele, ale daje bardzo mało – ten fakt staje się powoli powszechnie dostrzegalny. Specjaliści od sporządzania ofert pracy do karykaturalnych granic rozszerzają w Photoshopie uśmiechy tych, którzy swoim zadowoleniem mają świadczyć, że „ta oferta jest wyjątkowa”, że „czekamy właśnie na ciebie”, że „tu się rozwiniesz”. Młodzi ludzie dają się złapać na lep szybkiego sukcesu, głoszonego przez socjotechniczne hasła mówiące o pięknej przyszłości, a przyszłość kończy się trzeciorzędnym stanowiskiem w pracy oraz niewolą w kredycie na mieszkanie, samochód i pralkę. Jeśli przeciętny (niezamożny) młody człowiek nie ma mieszkania odziedziczonego po swoich dziadkach lub takiego, które dostał od rodziców, a chce mieszkać na przykład w Warszawie, to musi wynająć „kawalerkę” za minimum 1200 zł miesięcznie. Kwota ta równa się często prawie całej miesięcznej pensji. Jeśli chce żyć oszczędnie, to najczęściej, wraz z czterema współlokatorami, „kisi się” w trzypokojowym mieszkaniu z gipsowym przepierzeniem zmieniającym go w czteropokojowy „apartament z wielkiej płyty”. W mieszkaniu takim wszystko staje się tragikomiczne – konflikty o niepozmywane naczynia, o dym z papierosów, brudny sedes czy zbyt głośny seks za gipsową ścianą.
Dopijając kawę, zastanawiałem się, kiedy obserwowane przeze mnie barmanki, a także pracownicy i pracownice Tesco, Biedronki, Empiku i innych firm rządzących się neoliberalnym „maksimum zysku – minimum strat” zrozumieją, że cały czas są oszukiwani, rolowani, nabijani w butelkę kapitalizmu. System ten nieustannie potrzebuje niewolników, potrzebuje taniej siły roboczej, bo taka jest dynamika jego funkcjonowania, dynamika nierówności i wyzysku, które kapitalizm ze sobą niesie. Co musi się stać, by młodzi ludzie zrozumieli, że wykorzystuje się ich energię, młodość, nadzieję i marzenia dla korzyści właścicieli firm, udziałowców, prezesów i banków, które firmom udzieliły pożyczek na wysoki procent? Co musi się stać, by wszyscy oszukiwani w Polsce ludzie powiedzieli sobie, że mają dość rządów sprzyjających nie im, ale wysoko postawionym beneficjentom systemu i by zaczęli organizować się w silne związki zawodowe, realnie, a nie w sferze deklaracji, walczące o godne życie?
Pomyślałem – siedząc w Costa, a może w Nero – że ludzie ci muszą zrozumieć swoją wartość i niezwykłość swojej indywidualnej egzystencji, której nie wolno im marnować. Muszą także przestać czuć strach, muszą przestać się bać o to, że ktoś wyrzuci ich z pracy i zostaną wtedy bez mieszkania, bez jedzenia, z bankiem na gardle i komornikiem na plecach. Jednak strach zniknie tylko wtedy, gdy każda z tych osób uwierzy we własne siły i zrozumie, że jedynie wspólne działanie zagwarantuje przyszłość – działanie na przekór mechanizmom manipulacji, które nastawiają pracowników przeciwko sobie i potęgują trwającą we wzajemnej nieufności pogoń za mamoną.
tjo

Artykuł ukazał się w nr 8 “A-taku” (2018)
27 maja 2018 | Dział: Publicystyka
Reprywatyzacja stała się w ostatnim czasie nośnym hasłem. Powstają książki, media od lewa do prawa poruszają ten problem. Zmienia się prawo, powstała komisja reprywatyzacyjna. I oczywiście teraz wszyscy uważają, że to ich dzieło, efekt ich pracy, a do kolejki najszybciej ustawiają się partie.

Każdy uważny obserwator tematów społecznych wie, że jeszcze 10 lat temu reprywatyzacja była uznawana zarówno przez PiS, jak i PO oraz ich poprzedników za sprawiedliwość dziejową.
Artykuł opublikowany w 2004 r. w Wyborczej jasno prezentuje ówczesną atmosferę i opisuje „kruczki prawne” jakie wykorzystywano:
„Po 45 roku byli właściciele ponieśli ogromne straty - mówi Krzysztof Ratowski, kierownik wydziału spraw dekretowych i związków wyznaniowych w Biurze Gospodarki Nieruchomościami, Geodezji i Katastru Miasta Warszawy. - Należy im się wyrównanie krzywd. Przez ponad 40 lat działo się w Polsce bezprawie. My to bezprawie po prostu usuwamy.” (http://wyborcza.pl/1,75248,1952642.html)
Zauważmy, że wówczas prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński, a wypowiedzi powyższej udzielił jego urzędnik. Pan Ratowski jest przesłuchiwany przez komisję ds. reprywatyzacji i wije się jak piskorz, próbując przypodobać się obecnej władzy, broniąc i oczyszczając administrację Kaczyńskiego z podejrzeń o udział w tym procederze.
Szybciej lub wolniej wspomniane wyżej „usuwanie krzywd właścicieli” trwało od lat 90. Posługiwano się przy tym kruczkami prawnymi lub wręcz łamaniem prawa. Mafia reprywatyzacyjna podszywała się pod reprezentantów 120-letnich właścicieli, którzy rzekomo cudownym zrządzeniem losu żyli gdzieś w Ameryce Południowej. Albo przekazali w testamencie majątek wysyłając np. jego treść z obozu koncentracyjnego albo getta. I dziwnym trafem był on napisany całkiem współczesnym długopisem. Taka forma „usuwania krzywd” oczywiście prowadziła do zadania realnej krzywdy niezliczonej liczbie wyrzucanych z domów ludzi. Trwało to latami, nic się nie zmieniało, i tylko od czasu do czasu pojawiały się w prasie łzawe artykuły na temat eksmitowanych osób. „No, ale co robić? Przecież, najważniejsze jest święte prawo własności!”.
Trwało to bezkarnie, dopóki nie powstały organizacje lokatorskie, które temat dogłębnie przeanalizowały i określiły źródła problemów. Osoby zaangażowane wypowiadały się kompetentnie w mediach i przede wszystkim zaczęły robić awantury na radach miasta, na komisjach sejmowych, na ulicach i wreszcie za pomocą akcji bezpośrednich - fizycznie blokując eksmisje.
Walka trwała bardzo długo. Pierwsze zalążki oporu pojawiły się już na początku lat dwutysięcznych, kiedy z jednej strony grupa skupiona wokół Piotra Ikonowicza, a z drugiej anarchiści i anarchistki zaczęły powoli zdobywać doświadczenia i próbować samoorganizacji. Np. Federacja Anarchistyczna we Wrocławiu prowadziła wtedy kampanię blokowania eksmisji, podobnie działo się w Warszawie i innych miejscowościach. Łączono to z dobrze merytorycznie przygotowanymi kampaniami informacyjnymi np. „Mieszkanie Prawem Nie Towarem”.
Zaczęły powstawać bardziej profesjonalne organizacje lokatorskie, z własnym zapleczem prawnym i merytorycznym: Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej, Komitet Obrony Praw Lokatorów, Akcja Lokatorska we Wrocławiu, Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów w Poznaniu, Lubelska Akcja Lokatorska, itd.
Poza, przede wszystkim, anarchistami i anarchistkami, oraz niewielkim gronem tzw. lewicy społecznej nikt realnie nie stanął w obronie ofiar tej państwowo-prywatnej przemocy, która kosztowała nie tylko cierpienie, ale nawet życie eksmitowanych do przytułków, magazynów, byłych stajni, ogródków działkowych, czy po prostu na bruk często starszych ludzi. Odpowiedź mafii bywała brutalna i np. doprowadziła do zamordowania i spalenia w lesie warszawskiej działaczki WSL Jolanty Brzeskiej.
Wszyscy nas zawiedli, więc teraz jesteśmy anarchistami Znamienna była wypowiedź, jakiej udzielił jeden z lokatorów działający w KOPL dziennikarzowi Gazety Wyborczej, mówiąc, że „skoro nikt się, poza anarchistami, za nami nie wstawił, nikt nas nie bronił – ani państwo, ani żadna partia, to ja teraz też jestem anarchistą”.
Powstało na ten temat już sporo książek, ale zacytuję fragment najnowszej pt. „Reprywatyzując Polskę” Beaty Siemieniako:
„[Książka] ma też pokazać, ile zawdzięczamy ruchowi lokatorskiemu, anarchistycznemu i lewicowemu. W końcu to anarchiści i lewica społeczna, początkowo niemal jako jedyni, wsparli lokatorów w walce o ich podstawowe prawa i to oni przez lata drążyli kroplą skałę, próbując przekonać innych, że reprywatyzacja w obecnym kształcie doprowadza do wielu krzywd społecznych. To ich językiem mówią dziś niektórzy politycy, nazywając lokatorów poszkodowanymi, a reprywatyzację niesprawiedliwością społeczną”.
To jest „oczywista oczywistość” dla każdej osoby zainteresowanej tematem. Różne partie teraz próbują pod ten wagonik się podłączyć, ale nie zdobędą kontroli nad tym ruchem ani go nie spacyfikują i cały czas będą pod jego presją. Ponieważ ruch jest wtedy skuteczny, kiedy jest niezależny od partii i stoi pewnie na własnych nogach.
Ostatnio na fanpejdżu Lewica Wolnościowa, który prowadzę, pojawili się akolici pewnej młodej partii lewicowej i próbowali mi wmawiać, że dopóki ta partia nie powstała, to różne tematy „nie były w dyskursie”, a ruch lokatorski nic nie zdziałał. To obrazuje poziom oderwania od rzeczywistości niektórych partyjnych.
Np. temat śmieciówek podobno też nie był „w dyskursie” dopóki młodzi partyjni się za to nie „zabrali”. Przypomnijmy więc, że „śmieciówki” powstały jako pojęcie w łonie radykalnego ruchu związkowego „na lewo” od dużych central związkowych. Potem powoli zaczęły być wprowadzane do dyskursu dzięki licznym kampaniom informacyjnym, następnie zostały przejęte przez duże centrale, a w końcu eksplodowały w mediach. Żadnego pośrednika partyjnego nie było w tym procesie.
Można zaobserwować w narzędziu o nazwie Google Trends, że szczyt popularności pojęcia „umów śmieciowych” w Internecie przypada na lata 2012-2013.
Tymczasem partia Razem, o której mowa, powstała w maju 2015 i naprawdę jeszcze wiele jej zwolennicy oraz młodzi członkowie muszą się nauczyć i zdziałać, żeby osiągnąć choć ułamek tych dokonań. Trochę pokory by się przydało, bo pycha kroczy przed upadkiem.
Zarówno tematyka lokatorska, jak i pracownicza pokazują, że można wiele osiągnąć bez sięgania po narzędzie, jakim jest partia. Nie potrzebujemy żadnego pośrednika tego rodzaju, aby temat zaistniał w debacie publicznej. Lokatorzy i lokatorki, pracownice i pracownicy sami potrafią opowiedzieć o swojej sytuacji i nie potrzebują złotoustych partyjnych wyrazicieli ich interesów. Należy oddziaływać na całość systemu, na wszystkie partie, a nie uzależniać się od jednej. Któraś w końcu się złamie pod presją i zacznie choć część postulatów realizować. Ale nie będzie kontrolować ruchu, który musi cały czas być czujny, wywierać nieustanną presję i nie może dać się przekupić pięknymi słowami.
Nie osiągnęliśmy jeszcze pełnego zwycięstwa, bo i w obecnym systemie, dopóki trwa, jest ono niemożliwe. Ale jeśli garstka zaangażowanych i zdeterminowanych osób, tworzących wymienione wyżej organizacje, była w stanie zdziałać tak wiele, to do czego bylibyśmy zdolni i zdolne, gdyby było nas więcej? Wyobraźmy to sobie i uświadamiajmy ludziom jaką moc posiadają. Za pośrednictwem własnego przykładu, własnego zaangażowania. A sukcesy osiągnięte bez politycznych pośredników, własnymi siłami, na własnych warunkach podnoszą morale i dają wiarę we własne siły wszystkim. A kiedy ludzie masowo uwierzą w swoje siły, w swoje możliwości, ten system wyzysku i przemocy państwowej się nie ostanie.
Xavier Woliński Prowadzi bloga na facebook.com/wolnelewo
Aktywista i współzałożyciel wrocławskiego stowarzyszenia Akcja Lokatorska
Artykuł ukazał się w 8 numerze “A-taku”
13 maja 2018 | Dział: Publicystyka
Anarchiści pojawiają się w białoruskich mediach okazjonalnie. W 2017 r. państwo po kilkuletniej przerwie znowu wzięło na celownik anarchistów, którzy byli jedną z najbardziej zauważalnych sił podczas protestów przeciwko „ustawie o pasożytach”. Zarówno w mediach państwowych jak i tzw. niezależnych ukazał się szereg materiałów propagandowych i dezinformacyjnych, dzięki którym anarchiści otrzymali swoje „15 minut sławy”.

Media państwowe

Podstawowym źródłem propagandy państwowej na Białorusi jest telewizja. W ciągu wiosny TV „Białoruś-1” (m.in. główne wydanie wiadomości „Panorama”; opisujący najgłośniejsze wydarzenia kryminalne w kraju program „Zona X”), wyświetliła kilka mniejszych reportaży dotyczących anarchistów. Ponadto puszczono dokumenty: Telefon do przyjaciela oraz Biały Legion czarnych dusz. Uzupełniała je prasa, w tym najważniejsza gazeta państwowa „SB. Biełaruś Siegodnia” (sb.by) i Internet z niepotrzebującymi komentarzy tytułami: Anarchia, matką...; Anarchistom anarchia, białoruskiemu narodowi śmierć czy Anarchia matką niebezpiecznej smuty. Ten ostatni, ze strony Białoruskiej państwowej agencji prasowej Belta.by, został przedrukowany przez kilkadziesiąt gazet i portali. Interesujące, że artykuł zaczynał się od listu do redakcji z prośbą o wytłumaczenie, kim są anarchiści? Jedno z pierwszych zdań dobitnie odzwierciedliło „wiedzę” redaktora, dla którego „to dziwne zjawisko polityczne w kraju ma zaledwie kilka lat”.
Jeden z najczęściej powtarzanych we wszystkich materiałach zarzutów dotyczył ukrywania twarzy pod kominiarkami, ponieważ „tworzy idealne możliwości dla socjopatów, maniaków, radykałów, ideowych fanatyków...”. Ze względu na zakaz zasłaniania twarzy podczas demonstracji, używane przez „anarchistyczne bojówki” kominiarki „szokują” Białorusinów, a siejący „chaos”, swoimi przemarszami demonstranci przypominają nazistów. Poza tym pokojowe akcje opisano jako te, które wywołały zamieszki wybuchające w ostatnich latach na Ukrainie. Euromajdan, będący natchnieniem dla anarchistów, doprowadził kraj do upadku. Właśnie Ukraina jest głównym destabilizatorem w regionie, ponieważ tam się znajdują obozy treningowe dla białoruskich anarchistów, którzy ściśle współpracują z bojówkami ukraińskich nacjonalistów. Stamtąd białoruscy „anarchochuligani” przywieźli wiedzę o wytwarzaniu materiałów wybuchowych. Klasyczny zabieg stosowany przez białoruskich propagandystów to gra kontrastów. Głos lektora mówiący o anarchistach uzupełnia się ujęciami z Majdanu, tu i ówdzie pojawiają się osoby z bronią, swastyki oraz inne symbole ukraińskich nacjonalistów.
Rewolucja na sprzedaż

Kolejny wątek to kwestia finansowania, które anarchiści – według białoruskiej propagandy − otrzymują zza granicy na każdą akcję. Na przykład od „międzynarodowej organizacji ACK z szeregiem siedzib w Europie” regularnie dostają 100—600 euro. W 2010 r. białoruscy aktywiści mieli dostać nawet 6 tys. euro na organizowanie akacji solidarnościowych z rosyjskimi towarzyszami, z którymi zdemolowali budynek administracji miejskiej w podmoskiewskich Chimkach. Najciekawszą informacją jednak jest to, że w latach 2014 —2015 mityczna organizacja Spaces for Radicals proponowała mińskim anarchistom aż 50 tys. euro. Co się stało z tą sumą niewiadomo, ale za to media białoruskie wiedzą o funkcjonowaniu kilku białoruskich grup anarchistycznych, w nazwach których pojawiły się wyrazy o dość pejoratywnym skojarzeniu: „narodowi socjaliści” lub „platforma bolszewicka”. Tylko jeden autor (mogilev.by) trafnie zauważył, że na Białorusi istnieją przynajmniej trzy skonfliktowane między sobą grupy, które nawet bez wtrącenia się państwa osłabiają się nawzajem.
Milicja

Pojawiły się również analizy anarchizmu określane jako naukowe. Anna Werusz, Wykładowczyni w Akademii Zarządzania przy Prezydencie Republiki Białoruś, pokusiła się o historyczno-politologiczną analizę anarchizmu pt. Anarchia matka porządku? Czyli komu jest potrzebny taki „porządek”. Znamienne, że jej artykuł ukazał się na stronie białoruskiego MSW (mvd.gov.by). Mimo braku nawet pobieżnej wiedzy na temat anarchizmu na Białorusi, autorka podkreśla, że ta „mglista i niebezpieczna” teoria zawsze towarzyszyła zrujnowaniu i rewolucjom. Dzisiaj takie procesy odbywają się w „najbiedniejszym kraju UE” Grecji, skąd generuje się młodzieżowa moda na anarchizm. Jej zdaniem, anarchizm jako idea jest dość ciekawa, ale wśród anarchistów są przeważnie ludzie bez stałej pracy i rodziny oraz „wolni od obowiązków społecznych”, a ich liderzy aspirujący do roli przyszłej „elity” i wykorzystujący innych do swoich celów, są przestępcami.
Mimo braku jakichkolwiek dowodów, anarchistom stale zarzucano posiadanie broni. W reportażu o rewizji w mieszkaniu 22-letniej anarchistki z Mozyrza, pokazano kamizelkę kuloodporną (nie powiedziano, że nie miała wkładów), dwa pistolety (ani słowa o tym, że jeden pneumatyczny, drugi airsoftowy), kominiarkę, nóż (gumowy), paralizator, broszury i czarno-czerwone flagi. Zapomniano tylko napomknąć, że rzeczy nie były objęte zakazem. Dziewczynę wkrótce uwolniono bez postawienia żadnych zarzutów, ale o tym widzów również nie poinformowano.
Wprowadzeniu odbiorców w błąd służy także powołanie się na autorytet „ekspertów”. W jednym z programów TV naczelnik mińskiej milicji Aleksander Barsukow oświadczył, że jeden z anarchistów był trzykrotnie karany z kodeksu karnego. W rzeczywistości aktywista ten tylko raz dostał karę grzywny za uszkodzenie mienia. Z kolei słowa „atakowi ogniem zostały poddane budynki Ministerstwa Obrony” dotyczyły rzucenia zwykłej racy dymnej na teren Sił Zbrojnych w Mińsku. Podsumowania propagandystów są dość przejrzyste anarchistyczne bojówki mogą doprowadzić do tragedii, która miała miejsce w Odessie 2 maja 2014 r., kiedy zginęło kilkadziesiąt osób, a setki zostały ranne.
„Nasza Niwa”
Ciekawie prezentuje się wizerunek anarchistów, kreowany przez tzw. media niezależne. Bodajże najwięcej wzmianek pojawiło się w najstarszej białoruskiej prawicowo-liberalnej gazecie „Nasza Niwa” (nn.by). Tekst pt. Pięć faktów o nowym więźniu politycznym Dmitrze Polijence na temat więzionego anarchisty pokazał, że redakcja wbrew etyce dziennikarskiej, bojąc się posądzenia o ekstremizm, nie podała źródła, z którego korzystała anarchistycznego portalu pramen.io. Z kolei w jednym z artykułów nazwę „Czarny Blok”, który został zaatakowany przez służby w mińskim trolejbusie 15 marca zamieniono wkrótce na bardziej łagodną „młodzież”. Niezwykle powierzchownym okazał się również artykuł pt. „Promień” przeciwko „Poszuh”, „Czarna Róża” і „Czarny Krzyż” — informator o grupach białoruskich anarchistów. W tekście redakcja zaznaczyła, iż anarchizm jest ideą „utopijną”, a próby jej realizacji w XX w. doprowadzały do konfliktów zbrojnych i ukształtowania reżimów totalitarnych. Z materiału wynika, że sympatie redakcji są po stronie etno-anarchizmu utożsamionego z lewicowym nacjonalizmem. Wspomniano też o marginalnych okolokibicowskich grupach na portalach społecznościowych, które z anarchizmem nic wspólnego nie mają. W artykule zabrakło jakiejkolwiek analizy programów i działalności różnych grup, m.in. zabrakło komentarzy od ważnej i znanej grupy ACK, a sam tekst pstrzy się od błędów wynikających z niewiedzy autora.
Przychylne głosy

Pierwszy taki artykuł pojawił się jeszcze przed rozpoczęciem protestów. Gruntowny reportaż pt. „Kiedy zięć krzyczy o bestiach, wychodzę z domu”. Jak aktywiści karmią bezdomnych dotyczył inicjatywy FNB. Tekst ukazał się na najczęściej odwiedzanym białoruskim portalu Tut.by. Tam również opublikowano stosunkowo rzetelny tekst pt. „Nie można się z nami dogadać”. Kim są anarchiści i po co wyszli na ulice. Inny neutralny materiał pt. Kolor protestu: czarny. Anarchiści są gotowi do użycia siły przygotowali reporterzy telewizji Biełsat (belsat.eu). W tych tekstach zaznaczano, że chociaż ruch nie jest jednolity, to współcześni białoruscy anarchiści nie są terrorystami. Podkreślono, że dla anarchistów ważny jest nie narodowy, ale społeczny kontekst i że nie popierają żadnego z liderów opozycyjnych. Dodawano, że wśród anarchistów są dorosłe osoby, panuje wysoka kultura bezpieczeństwa, a protest przeciwko dekretowi anarchiści rozpatrują w kategoriach walki o prawa pracownicze. Na zarzuty o „majdanomanię” odpowiedziano, że anarchiści byli tam nieznaczną siłą. Interesujące, iż pod jednym z tekstów znajduje się krótki komentarz Julii Nikitinej z Narodowej Akademii Nauk Białorusi o tym, iż anarchizm jako ruch społeczno-polityczny zawsze był aktywny, ale nie najbardziej radykalny. Nazizm w tej kwestii go wyprzedza.
Bardziej przychylne teksty ukazywały się także na mniej znanych portalach. W artykułach pt. Brześć: „darmozjady”, anarchiści, urzędnicy i dziecięcy pociąg do „jasnej przyszłości”… (Białoruska Prawda: belprauda.org) oraz pt. Odpowiedzi na pytanie dlaczego media państwowe zajęły się anarchistami (Trzeźwe Spojrzenie: spasemstranu.com) autorzy podkreślili, że anarchistom udało się bez zachodnich grantów i marketingu politycznego zdobyć duży kredyt zaufania społecznego. Władza, bojąc się jakiejkolwiek inicjatywności inicjatywy, a tym bardziej radykalnej i niekontrolowanej, poprzez media tworzy z anarchistów wizerunek „wroga”, siejąc strach i manipulując społeczeństwem.
Anarchiści się bronią

Anarchiści okazali się nieprzygotowani do wojny informacyjnej. Niemniej starali się zwalczać i prostować propagandę z obu stron białoruskiej medialnej dychotomii politycznej. M.in. na stronie bandaluki.info zamieszczali wzmianki o propagandystach. Co więcej, dwaj bardzo znani aktywiści niezależnie od siebie szukali sprawiedliwości przez pozwy sądowe przeciwko mediom państwowym. Bezskutecznie.
Najbardziej konsekwentnie broniła się grupa „Promień”, która opublikowała około dziesięciu odpowiedzi na medialne ataki wobec anarchistów. Problem polega na tym, że na Białorusi strona grupy jest zablokowana. Z kolei najciekawsza, chociaż spóźniona, inicjatywa należała do kolektywu „Anarchia mózgu”, który dopiero latem nakręcił dwa filmiki. W jednym z nich anarchiści wyjaśniali, czym dla nich jest anarchizm, drugi przedstawiał mini-sondę mieszkańców Mińska z wiedzy o anarchizmie.
Wyniki wojny informacyjnej

Białoruska propaganda państwowa poprzez techniki tworzenia wizerunku „wroga wewnętrznego” narzuca społeczeństwu wizerunek radykalnych młodzieńców z chaotycznymi i utopijnymi poglądami. Medialna informacja często przekształca się w kłamstwa i oszczerstwa, a państwowa manipulacja krzyżuję się z dezinformacją w mediach „niezależnych”. I chociaż brakuje danych socjologicznych do określenia, w jakim stopniu media wpłynęły na wizerunek anarchistów i na wiedzę społeczeństwa o ruchu i jego ideach, to można stwierdzić, że wraz z zakończeniem protestów zainteresowanie anarchistami zmalało. Mimo, że na pewien czas anarchistom udało się stworzyć pozytywny wizerunek, ani masowego rozwoju ruchu, ani szerokiego rozpowszechnienia idei nie odnotowano. Z pozytywnych tendencji można wymienić zainteresowanie „szeregowymi” aktywistami, m.in. przeprowadzenie wywiadów z kobietami uczestniczącymi w ruchu anarchistycznym. Niezależnie od ideologicznych preferencji mediów poza nielicznymi wyjątkami można odnotować brak wiedzy ogólnej na temat historii, różnorodności nurtów, a nawet elementarnej orientacji we współczesnym wolnościowym ruchu na Białorusi. Wydaje się, że ogrom analizowanych materiałów medialnych nie tylko nie przybliżył Białorusinom, kim są anarchiści, lecz zrobił ten temat jeszcze bardziej kontrowersyjnym i zagmatwanym.
Aleksander Łaniewski
@-TAK nr 8
09 maja 2018 | Dział: Publicystyka
Nie od dziś wiadomo, że wszelkiego rodzaju „autorytety” (naukowe, społeczne itd.) do wyrażania własnych poglądów wykorzystują możliwości przemawiania z katedr na uczelniach oraz publikowania swoich wypowiedzi na łamach prasy specjalistycznej. Skutkiem tego są niekiedy treści, które na pierwszy rzut oka mogłyby się wydawać rzetelne i eksperckie, ale w rzeczywistości są przesiąknięte materią publicystyczną – czyli byle widzimisię. Z kolei niektóre ważne dla sprawy kwestie są albo w cieniu, albo zupełnie się je pomija.


Wykład z dyskryminacji


Do napisania tego felietonu skłoniła mnie sytuacja w trakcie moich studiów, która miała miejsce podczas wykładu z prawa karnego (przedmiotu, w ramach którego można poznać wiele zagadnień irytujących anarchistów). Prowadzący, poza tytułem doktora habilitowanego przed imieniem, może się pochwalić nie tylko stanowiskiem kierownika katedry, ale od niedawna także stołkiem w trybunale konstytucyjnym — brzmi dumnie. Wykład tamtego dnia polegał przede wszystkim na zaprezentowaniu przez prowadzącego danych, które dotyczyły przestępstw zarówno w Polsce, jak i na świecie. Kiedy już przebrnięto przez morderstwa, pobicia, kradzieże itp. na ekranie wyświetlającym prezentację pojawił się wykres, na którym przedstawiono statystyki na temat gwałtów. Wykres ten sytuował na pierwszym miejscu Szwecję z wynikiem, którego słupek był dwukrotnie wyższy od kolejnych państw.
Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie komentarz prowadzącego, który jako przyczyny takiego wyniku Szwecji wskazywał nieprzystosowanie seksualne migrantów do standardów europejskich. Gdy tylko to usłyszałem, niemal od razu zerknąłem do Internetu i w przeciągu kilkunastu minut znalazłem trzy raporty w języku szwedzkim i angielskim. Były tam uwagi na te same zarzuty, które funkcjonują w dyskursie prowokowanym przez skrajną prawicę, wyjaśniające przyczyny tak dużego wyniku figurującego w statystykach. Głównym powodem tego stanu jest sposób „liczenia” gwałtów, np. jeśli osoba zgłosi, że była gwałcona przez dwa miesiące, to liczy się to jako sześćdziesiąt przestępstw.
Definicja gwałtu w Szwecji jest bardzo szeroka, przez co mieści się w jej ramach najwięcej czynów. Odmienny jest również sposób, w jaki mieszkańcy tego kraju reagują na tego typu akty, a także świadomość i odwaga walki z tym zjawiskiem (przez co problem nie jest zamiatany pod dywan jak na przykład w Polsce). Co więcej, nie ma żadnych badań, które w jakikolwiek sposób odnosiłyby się w tej kwestii do migrantów. Danych takich nie zawierał również zaprezentowany przez doktora wykres, który niewątpliwie pochodził z jakiegoś zewnętrznego źródła.
Poddawaj krytyce

W świetle tego wszystkiego nie trudno dojść do wniosku, że wypowiedź prowadzącego wykład była podręcznikowym przykładem mowy nienawiści (tu fabrykowanie zarzutów), mającym na celu pogorszenie wizerunku już i tak ostro krytykowanej grupy społecznej.
Problem niestety nie dotyczy tylko tej jednej sytuacji. Tak zwane autorytety często wykorzystują możliwości przekoloryzowania obrazu, jaki przedstawiają swoim słuchaczom, dla własnych celów. Widać to szczególnie w polityce historycznej. Posługując się dalej przykładem wykładowcy/nauczyciela/prowadzącego ćwiczenia – problem ten polega na tym, że często studentom/uczniom nie chce się sprawdzać, czy to, czego się ich uczy, jest rzetelne. Natomiast ci, którzy to robią, boją się szerzej to zakomunikować z uwagi na konsekwencje jakimi mogą być na przykład dodatkowe problemy przy egzaminach.
Fałszywy przekaz z czasem dociera do coraz szerszego grona odbiorców, którzy będą go powtarzać i choć może sami nie poczują jego konsekwencji, to poczują je ludzie, których ta wypowiedź dotyczy i możliwe, że będzie to dla nich miało tragiczne skutki.
Skoro wspomniałem już, że takie sytuacje nie są jednostkowe, nasuwa się również refleksja dotycząca tego, jaką kondycję ma nauka i do czego doprowadza funkcjonując w takiej formie? Czy publiczne przekłamanie może swobodnie rozwijać się na arenie analiz? Musimy myśleć samodzielnie, nie dajmy się przekonywać tytułami i pozycjami w strukturach. Niekiedy można poznać (na przykład po tonie), co jest po myśli autora i wówczas temat należy drążyć. Przed manipulacją ochroni nas krytyczne myślenie.
Martes Zibellina
Tekst ukazał się w 8 nr Ataku.
22 kwietnia 2018 | Dział: Publicystyka

Przedstawiamy niewielki fragment wstępu Davida Graebera do książki „Rewolucja w Rożawie. Demokratyczna autonomia i wyzwolenie kobiet” autorstwa Michaela Knapp, Anji Flach i Ercana Ayboga, która ukaże się nakładem Oficyny Bractwo Trojka. Przypominamy też o trwającej wciąż zbiórce środków, dzięki której ta ważna pozycja będzie mogła się ukazać.

Link do zbiórki: http://bit.ly/zrzutka-rojava

WYDAJ Z NAMI KSIĄŻKĘ!

 

Jestem antropologiem, Rożawe odwiedziłem bardzo przelotnie – przebywałem tam, bez znajomości języka, nieco ponad tydzień - jednak fakt bycia antropologiem wyostrza moje zmysły na wszystko co dotąd nieznane. Zajęłoby mi lata aby pojąć, co tak naprawdę tam się dzieje, a w międzyczasie pewnie i tak wiele by się zmieniło. Jednak to, co udało mi się zobaczyć, było wystarczające aby zrozumieć, że to nie jest tylko uzasadniona i autentyczna rewolucja społeczna - w tym sensie, że istniała oczywista potrzeba nowo odkrytej wolności, godność i radość u napotkanych ludzi - ale również to, czego doświadczyłem było rzadko spotykanym, najlepszym scenariuszem dla masowej rewolucyjnej mobilizacji. Klasa rządząca w przeważającym stopniu uciekła, rząd dokonał samorozwiązania opróżniając swoje gabinety, komputery, niszcząc dokumenty i narzędzia tortur. Duży odsetek strategicznych budynków, zakładów przemysłowych oraz użytków rolnych wszedł w posiadanie społeczeństwa. Jednocześnie, należne pensje były cały czas wypłacane przez (w znacznym stopniu nieobecny) rząd centralny. W związku z tym, nawet najbardziej konserwatywne rodziny postrzegały organizatorów rewolucji jako część legalnego ruchu wyzwolenia narodowego.
Z drugiej jednak strony, sytuacja Rożawy była beznadziejna – ze wszystkich stron otoczona przez siły nieprzyjaciela, na rejon nałożono całkowite embargo, do tego rząd Turecki, który bez zawahania dąży do całkowitego zniszczenia Rożawy przy jednoczesnym wsparciu prawicowych Kurdów w Iraku, którzy gotowi są zagłodzić swoich Syryjskich krewnych byle tylko zadowolić swojego tureckiego sojusznika, Partia Baas przygotowująca się do zrekonstruowania swoich tajnych służb policyjnych, Państwo Islamskie gotowe zrobić wszystko aby zwyciężyć, cyniczne mocarstwa światowe takie jak Stany Zjednoczone i Rosja, gotowe wykorzystać poświęcenie i odwagę Rożawy w walce z Państwem Islamskim tak długo, jak długo będzie to korzystne dla ich celów po czym, jak wszystkim wiadomo, bez zawahania wbiją im nóż w plecy (jedyną niewiadomą jest to, które z mocarstw będzie pierwsze).
Sam fakt, że Rożawa przetrwała, ciągle się rozwija a nawet rośnie w siłę, pomimo wszystkich tych okoliczności przytoczonych powyżej, jest dowodem na to, że przypływ energii, odwagi i czystej ludzkiej zdolności kreowania może mieć swój upust w rewolucji. Ponad dziewięćdziesięciu pięciu procentom populacji na co dzień wmawiano, że nie ma żadnych perspektyw i szans na lepsze jutro, nagle zaś te dziewięćdziesiąt pięć procent populacji zdobywa się na odwagę aby wszystko zmienić. Niedookreślona masa ludzi doświadcza wpływu „kolektywnej mądrości” podczas, gdy dotychczasowe uciemiężenie przez władzę znika, jak ręką odjął.
David Graeber
Tłumaczenie: Patrycja
10 kwietnia 2018 | Dział: Publicystyka

Kiedy po pierwszej wojnie światowej rozpadało się Imperium Osmańskie jednym z krajów powstałych na jego gruzach miał być początkowo Kurdystan. Miał, ale tak się nie stało. Zawarty w 1920 roku traktat z Sevres zakładał stworzenie w Turcji kurdyjskiej autonomii z zagwarantowanym prawem do secesji w ciągu roku .[1] Trzy lata później zawarto jednak nowy traktat, w Lozannie, w którym nie było już mowy o Kurdystanie.

 

Ta zmiana była wynikiem wojny jaką toczyły siły tureckie pod wodzą Mustafy Kemala „Ataturka” z państwami Ententy. Wojny której efektem było powstanie współczesnej Republiki Turcji. Trzeba zaznaczyć, że w jej trakcie wielu Kurdów poparło Ojca Turków (to oznacza przydomek Ataturk). Dziś są zazwyczaj uznawani za zdrajców, ale Witold Repetowicz zwraca uwagę, że wczesna retoryka Ataturka mówiła o dwóch równoprawnych narodach w ramach jednego państwa. Sytuacja uległa drastycznej zmianie dopiero kiedy Ataturk wygrał.[2]

 

pkk-kurdistan-workers-party-patrol-makhmour-iraq-guerrilla_fighters_of_kurdistan_joey_l_photographer_014-1.jpg

Patrol PKK.

 

Turcja miała być teraz krajem monoetnicznym, a Kurdowie stali się „Turkami górskimi”, którzy chwilowo zapomnieli o swoich korzeniach. Kurdyjska tożsamość etniczna, język, kultura miały umrzeć. A jeżeli Kurdowie mieli coś przeciwko temu, to mieli umrzeć razem z nimi. Zaczęła się trwająca już blisko wiek z przerwami wojna Turcji z Kurdami. Wojna o podłożu ideologicznym w imię tureckiego nacjonalizmu i totalitaryzmu przeciwko, początkowo kurdyjskiej tożsamości etnicznej, a z czasem przeciwko rewolucyjnym ideom ruch kurdyjskiego. Wojna w której agresorem zawsze była Turcja. I choć okresowo to inni z czterech zaborców dopuszczali się większych represji przeciwko Kurdom (vide ludobójstwo Al-Anfal w Iraku), to w skali całego tego okresu to Turcja była największym zagrożeniem.

Kurdowie nie pozostawali obojętni na represje. Pierwsze wystąpienie, powstanie w Koczgiri (Koçgiri) miało miejsce w 1920 roku.  Jego uczestnicy domagali się realizacji ustaleń traktatu z Sevres.[3] W 1921 zostali spacyfikowani.  Między 1923 a 1938 rokiem wybuchło 17 większych i mniejszych powstań kurdyjskich.[4] Zostały utopione we krwi, a władze tureckie rozpoczęły program deportacji ludności, który zrealizowano tylko częściowo – Kurdów było zbyt wielu.  Koniec tych wystąpień wiąże się z „Masakrą Dersin” w której turecka armia zamordowała nawet 40 tysięcy mieszkańców „niepokornego” regionu Dersin. Użyto między innymi broni chemicznej.[5] Nastał czas turkifikacji.

 

cxuopmgw8aeamze.jpgMoże i górscy, wszak „Kurdowie nie mają przyjaciół, tylko góry”, jak powtarzają z rozgoryczeniem, ale na pewno nie Turcy.

 

Ponowne „przebudzenie” Kurdów to druga połowa lat 60tych, czas kiedy na całym świecie budzą się ruchy niezależne. Aktywizują się głównie studenci. Działalność jest pokojowa i nastawiona na propagowanie kultury kurdyjskiej. Rząd reaguje represjami. Całe lata 70 te to coraz większe przykręcanie śruby, którego kulminacją staje się wojskowy zamach stanu w 1980 roku. Mimo to część ruchu kurdyjskiego będzie cały czas szukać pokojowych rozwiązań.

Część jednak zacznie się bronić. W 1984 roku Partia Pracujących Kurdystanu (PKK – Partiya Karkerên Kurdistanê) rozpocznie akcje zbrojne przeciwko Turcji. Trzeba tu wyjaśnić jedną rzecz. PKK przeszła na przestrzeni lat olbrzymią ewolucję. Zarzucanie obecnie PKK terroryzmu, czy separatyzmu jest bezpodstawne. Ale PKK ze swoich początków jak najbardziej była organizacją terrorystyczną. Atakowała nie tylko cele wojskowe, ale i cywilne (np. obiektami ataków byli nauczyciele), oraz prowadziła przymusową rekrutację w swoje szeregi. Tak wyglądało pierwsze dziesięć lat walki. Na swoim piątym kongresie,  w styczniu 1995 roku, PKK oficjalnie odrzuciła terroryzm i zobowiązała się przestrzegać Konwencji Genewskich:

 

„1. W konflikcie z tureckimi siłami państwowymi PKK zobowiązuje się przestrzegać konwencji genewskich z 1949 r. i pierwszego protokołu z 1977 r. dotyczących prowadzenia działań wojennych i ochrony ofiar wojny oraz traktować te zobowiązania jako mające moc prawną w ramach swoich sił i na obszarach znajdujące się pod ich kontrolą.

2. Aby rozstrzygnąć wszelkie niejasności, PKK postrzega następujące grupy jako część tureckich sił bezpieczeństwa, a zatem jako uzasadnione cele ataku:

a – członkowie tureckich sił zbrojnych;

b – członkowie tureckich sił antypartyzanckich;

c – członkowie Tureckiego Agencji Wywiadowczej (MIT);

d – członkowie tureckiej żandarmerii;

e – strażnicy wiejscy.[6]

PKK nie traktuje urzędników służby cywilnej jako członków sił bezpieczeństwa, chyba że wchodzą oni w zakres jednej z powyższych kategorii.

3. PKK będzie traktować pojmanych członków tureckich sił bezpieczeństwa jako jeńców wojennych.”

Oświadczenie PKK na konferencji prasowej w Genewie 24 stycznia 1995 r.[7]


c4yodufw8aeplsy.jpg

 

I PKK tych zasad przestrzegało, co potwierdzają między innymi zeznania tureckich żołnierzy, którzy dostali się do kurdyjskiej niewoli. Jednym z nich był Yannis Vasilis Yaylali, snajper armii tureckiej, który dostał sie do niewoli we wrześniu 1994 roku (czyli jeszcze przed publicznym ogłoszeniem nowych zasad). Opowiada:

„Zabrali mnie do małego obozu. Partyzanci przygotowywali posiłek nad wodą, korzystając z brzegu rzeki. Mieli ogień, ale ukryty, żeby nie było widać z daleka. Şerif Goyi przyszedł do mnie i powiedział: „Jesteś jeńcem wojennym i postępujemy zgodnie z konwencją genewską”. W 1994 roku PKK wprowadziło przestrzeganie Konwencji Genewskiej, a rok później oficjalnie do niej przystąpiło. (…) W grudniu 1996 r., po dwóch latach i trzech miesiącach, zostałem zwolniony.”[8]

 

yannis-1024x768-2-teliko-21

 

Yannis Vasilis Yaylali dzisiaj.

Zgoła inaczej postępowała armia turecka. Ten sam Yannis wspomina:

 

„Na moich oczach wojsko zabiło partyzanta PKK zrzucając go z helikoptera. Widziałem odcinanie uszu partyzantom. Widziałem członka MHP (Milliyetçi Hareket Partisi – turecka partia nacjonalistyczna) z naszyjnikiem zrobionym z uszu partyzantów.”

 

Jesienią 2016 roku wypłynęło nagranie, na którym armia turecka zabija dwie wzięte do niewoli partyzantki YJA-Star (Yekîneyên Jinên Azad ên Star, Oddziały Wolnych Kobiet – Gwiazda, kobiece oddziały PKK, męskie to Hêzên Parastina Gel‎). Schwytanym dziewczętom strzelono w tył głowy. Tak jak NKWD polskim jeńcom w Katyniu.[9] Celem  byli nie tylko partyzanci. Także cywile. Ponownie oddaje głos Yannisowi:

 

„Naciskaliśmy na kurdyjskich wieśniaków, aby nie pomagali partyzantom PKK. Nie pozwoliliśmy im zbierać plonów z pól. Zabieraliśmy ich jedzenie, ponieważ mogliby dać nadmiar partyzantom. Chcieliśmy aby mieszkańcy wioski byli głodni. (…)Ludność dwóch wiosek uciekła i  wioski zostały spalone przez wojsko. Ale ludzie z innej powiedzieli: „cokolwiek zrobicie, nie odejdziemy.” Wiec biliśmy ich dopóki nie opuścili swoich domów. Druga drużyna przybyła za nami i spaliła wioskę.”

 

1b8be66f-fdc6-466c-9c5b-fdb146e0b703Turecki oddział specjalny popełniający zbrodnie na konto PKK. W lewym dolnym rogu późniejszy generał Aydoğan Aydın.

 

Operacje przeciwko ludności cywilnej prowadziły także specjalne tajne jednostki wojskowe podległe   JİTEM (Jandarma İstihbarat ve Terörle Mücadele – Wywiad i Antyterroryzm Żandarmerii). Oddziały te przeprowadzały tajne operacje, w tym zbrodnie na cywilach, przebrane za PKK, które miały w ich zamyśle iść na konto partyzantki.[10] Kiedy w marcu 2017 roku zginął turecki generał Aydoğan Aydın, jeden z jego dawnych podwładnych ujawnił zdjęcie takiego oddziału w którym obaj służyli.

 

Jedną z głośniejszych zbrodni na ludności cywilnej była tzw. „Masakra Roboski”. 28 grudnia 2011 roku tureckie lotnictwo zaatakowało grupę 38 osób, 34 z nich, głównie nastolatków zostało zabitych.[11] Grupa ta zajmowała się przemytem, co było częstym zajęciem ludności kurdyjskiej wobec sytuacji celowego utrzymywania regionów przez nią zamieszkałych na niskim poziomie rozwoju gospodarczego. Władze tureckie stwierdziły, że atak był pomyłką i lotnictwo myślało, że atakuje oddział PKK. Jednak Frederike Geerdink, holenderska dziennikarka, która dokładnie zbadała sprawę i napisała o niej książkę uważa, że to kłamstwo, że siły tureckie doskonale wiedziały, że nie atakują partyzantów.[12]

 

20171227-roboski-victims2c05d7-imageOfiary „Masakry Roboski”.

 

Rankiem 8 marca 2017 roku turecka policja zniszczyła, wzniesiony cztery lata wcześniej, pomnik ofiar w Amed.[13] Amed możecie nie znaleźć na mapie. Szukajcie Diyarbakır. To jedna z wielu tureckich nazw nadanych kurdyjskim miejscowościom. To, że mimo to ten pomnik stanął było wynikiem zawieszenia broni i rozmów pokojowych, które toczyły sie od 2012 roku (oficjalnie ogłoszone 21 marca 2013 roku).

 

Wynikało to z dwóch rzeczy. Po pierwsze Ocalan i co za tym idzie PKK, odrzuciły koncepcję niepodległego państwa kurdyjskiego na rzecz rozwoju samorządu i demokracji wewnątrz istniejących organizmów państwowych. Juz od 1999 roku w kurdyjskich miastach i dzielnicach zaczęły dochodzić do głosu kurdyjskie samorządy.[14] Z drugiej strony rządząca od 2002 roku w Turcji partia Recepa Erdogana – Adalet ve Kalkınma Partisi (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju) złagodziła dotychczasową politykę turecką wobec Kurdów. Nie zrobiła tego z dobroci serca. AKP to partia o charakterze religijnym i liczyła na poparcie mocno konserwatywnej kurdyjskiej społeczności na prowincji.

 

DYld1fqXUAA7U4v

 

Turecka armia obwiesiła tureckimi flagami zniszczone przez siebie kurdyjskie miasto Nusaybin w Turcji i pozuje do zdjęć na tle morza ruin.

Okazało się jednak, że odwilż doprowadziła do rozwoju kurdyjskich samorządów na południowym wschodzie kraju. Wspomniana przeze mnie pokojowa część ruchu kurdyjskiego zaadoptowała wiele z nowych rozwiązań ideowych Ocalana. Najbardziej widocznym tego przejawem było przyjęcie systemu współburmistrzów w kurdyjskich miastach, czyli jednoczesnego sprawowania tego urzędu przez kobietę i mężczyznę. Po wyborach samorządowych w 2014 roku takich miast i miasteczek było 102.[15] Jednym z nich było Amed. Dziś jego współburmistrz, Gültan Kışanak, siedzi w więzieniu, a turecka prokuratura chce ją skazać na… 230 lat więzienia.[16] Podobny los spotkał wielu innych kurdyjskich samorządowców.

Bodźcem do wznowienia wojny (trzeba tu podkreślić, że represje złagodzono, ale nie zaniechano w ogóle[17]) były wybory parlamentarne 7 czerwca 2015 roku. W wyborach tych AKP straciła bezwzględną większość w parlamencie. Dalej była najliczniejszą partia, ale nie mogła samodzielnie rządzić. Jednocześnie do parlamentu po raz pierwszy w historii weszła partia prokurdyjska. Do tej pory ruchowi kurdyjskiemu udawało się wprowadzać pojedynczych działaczy, ale wyśrubowany, dziesięcioprocentowy próg wyborczy uniemożliwiał wejście jako zorganizowana siła. Halkların Demokratik Partisi (Ludowa Partia Demokratyczna) zdobyła 13,12% głosów.

 

sur 04 07 2015 - 11 07 2017Skala zniszczeń w kurdyjskim Sur w Turcji. Zdjęcia wykonano 4 lipca 2015 roku i 11 lipca 2017 roku.

 

Reakcją Erdogana było wznowienie wojny. Wiele wskazuje jednak, że planowano ją wcześniej. Tzw. „Plan Kolaps” został opracowany już rok wcześniej.[18] Inaczej niż poprzednio, ta wojna była w znacznej mierze (choć nie tylko) wojną miejską, pierwszym celem stały się miasta z kurdyjskimi samorządami. A raczej prokurdyjskimi, bo nie tylko Kurdowie w nich zasiadali. Kiedy rozpoczęła się pacyfikacja miast do walki z turecką armią stanęła kurdyjska młodzież, która zrzeszyła się w oddziałach Yekîneyên Parastina Sivîl (Oddziałach Obrony Cywili) i ich kobiecym odpowiedniku Yekîneyên Parastina Sivîl Jin.[19] Nie mogli tej wojny wygrać.

3 października 2015 roku 24 letni Haci Birlik został najpierw raniony przez policyjnego snajpera, a kiedy ranny założył sobie opaskę uciskowa, dobity z bliska. W jego ciele było 28 kul. Następnie jego ciało wleczono za tureckim samochodem policyjnym. Haci był początkującym aktorem, jedyną jego zbrodnia było posiadanie szwagierki, posłanki z ramienia HDP.[20]

 

hb

 

Ciało Haci Birlika wleczone za samochodem policyjnym.

57 letnia Taybet İnan’ın została zamordowana 19 grudnia 2015 roku na ulicy w Silopi przez siły tureckie. Jej ciało leżało na tej ulicy przez tydzień. Jej szwagier, który usiłował odciągnąć zwłoki także został zabity.[21]

25 grudnia 2015 roku w Sur, gdzie nie było żadnych barykad, ani grup samoobrony, członkowie tureckich sił bezpieczeństwa zabili 3 miesięczną Miray İnce i jej 82 letniego pradziadka, Ramazana İnce. Miray została najpierw raniona, a następnie, podczas transportowania do szpitala pod biała flagą osoby niosące ją (dwóch mężczyzn i kobieta) zostały ponownie zaatakowane mimo telefonicznego uzgodnienia z policją transportu rannego dziecka. Dziewczynka ponownie trafiona zmarła, jej dziadek został śmiertelnie ranny i zmarł po kilku godzinach, ranna została też matka.[22]

 

nusaybin

 

Tureckie czołgi i transportery opancerzone w ruinach Nusaybin.

14 stycznia 2016 roku w dzielnicy Dağkapı turecka armia ostrzelała z moździerzy bawiące się dzieci. Zginęli Yusuf Akalın, lat 13 i Büşra Yürü, lat 11, Dilan Akalın, lat 10 została ciężko ranna. W okolicy nie było barykad.[23]

19 kwietnia 2016 roku w Van została śmiertelnie raniona przez turecką policję Remziye Bor. Remziye  była w ciąży. Cesarka uratowała dziecko, matka zmarła nie odzyskawszy przytomności.[24] To tylko kilka z wielu podobnych przypadków.

 

M60 Sirnak

 

Turecki czołg M60 Patton ostrzeliwujący Sirnak, kurdyjskie miasto w Turcji. Maj 2016.

Raport Human Rights Watch z lipca 2016 roku podaje między innymi:

– 22 miasta, lub dzielnice miejskie objęte represjami.
– Ponad 355 000 ludzi wygnanych z domów.
– Co najmniej 338 cywili zabitych do końca kwietnia (obliczenia Tureckiej Fundacji Praw Człowieka).
– Tylko pomiędzy 14 grudnia a 11 lutego 2016 władze tureckie zamordowały 66 mieszkańców Cizre, w tym 11 dzieci.
– Partia HDP ocenia liczbę zabitych w Cizre na 251osób, ale identyfikacja ofiar jeszcze trwa.
– Potwierdzone strzelanie do cywilów pod biała flagą.
– Potwierdzone zabijanie rannych.
– Potwierdzone umyślne zabijanie dzieci.
– Potwierdzone wykorzystywanie przez armię turecką szpitali do prowadzenia operacji militarnych.
– Potwierdzony ostrzał cywilów przez armię turecką z moździerzy.
– Potwierdzony ostrzał ludzi pomagających rannym.
– Cywile ginęli także w dzielnicach gdzie nie było żadnych walk z kurdyjską samoobroną.
– Niszczenie całych dzielnic na rozkaz rządu.
– W Cizre zidentyfikowano 95 000 m2 (9,5 hektara) zniszczonych domów.
– Brak reakcji rządu tureckiego na żądanie Wysokiego Komisarza ONZ d/s Praw Człowieka wpuszczenia komisji ONZ.
– Blokowanie dostępu organizacjom praw człowieka.
– Prawo z 23 czerwca zapewniające bezkarność popełniającym zbrodnie żołnierzom i funkcjonariuszom państwowym.
– Komisja Wenecka uznała przepisy na podstawie których wprowadzono godzinę policyjną za niezgodne z turecką konstytucją i umowami międzynarodowymi.
– Naruszenie godziny policyjnej miało być w teorii karane grzywną 100 lirów, ale w praktyce groziło zastrzelenie, lub więzienie.[25]

Opublikowany w marcu raport Biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka[26] obejmujący okres od lipca 2015 do grudnia 2016 mówi już o 1200 zabitych, oraz od 355 tysięcy do pół miliona wygnanych z miejsca zamieszkania.  W jednym masowym mordzie w trzech piwnicach Cizre tureckie siły rządowe zamordowały do 189 osób (wg raportu ONZ, inne źródła podają inne dane, dokładna liczba jest trudna do ustalenia, bo władze tureckie dokładnie wyczyściły miejsce zbrodni).


Kampania terroru nie zakończyła się jednak 1 listopada 2015, kiedy to odbyły się ponowne wybory, które przywróciły AKP większość bezwzględną, ale trwała dalej.


Nagranie ostrzelania przez armię turecką grupy cywili w Cizre poruszających się pod białą flagą bo uprzednim ustaleniu ich przejścia z władzami.

W tej chwili trwa niszczenie kurdyjskich dzielnic w miastach i przesiedlenia ludności. Tyle tylko, że już z użyciem spychaczy i koparek, a nie czołgów i artylerii. I tak World Heritage Watch, organizacja monitorująca obiekty Światowego Dziedzictwa UNESCO podała, że destrukcja w Sur, wpisanym na listę UNESCO centrum miasta Amed (tureckie Diyarbakır) postępuje i do 4 marca 2017 objęła 35-40 hektarów[27]. Raport ten powstał przed najnowszą falą wyburzeń.[28]

Celem są nie tylko miasta ale i regiony wiejskie. W lutym 2017 roku armia odcięła na ponad dwa tygodnie od świata wioskę Xeraba Bavê (Koruköy) pod Nusaybin. Niszczono domy mieszkańców, zamordowano kilku z nich, kilku poddano torturom, uprowadzono dwie młode dziewczyny[29].

 

C4-dGG3WcAAxLAD2

 

Luty 2017 r. W wiosce Xeraba Bavê (Koruköy) turecki żołnierz demonstruje gest wilczego łba, pozdrowienie faszystowskich Szarych Wilków i turecki odpowiednik sieg heil, nad ciałem zamordowanego Kurda.

Jednocześnie z pacyfikacją miast, Turcja zaczęła ataki na tereny kurdyjskie w Syrii pod pretekstem walki z Daesh (ISIS vel Państwem Islamskim), która oczywiście nie miała miejsca. Aktywność ta nasiliła się w 2016 roku w ramach agresji o kryptonimie „Tarcza Eufratu” mającej na celu zapobiegnięcie połączeniu kurdyjskich kantonów w Syrii. Jej apogeum to agresja na kanton Efrin. Pominę ten temat ponieważ pisałem już o nim w tych dwóch artykułach:

Ostatnim przejawem tureckiej wojny przeciwko Kurdom jest agresja w Iraku. A dokładniej w Basur, „irackim” Kurdystanie. Celem są znajdujące się w pogranicznym rejonie bazy PKK. To znaczy celem oficjalnym, bo jak zwykle Turcja uderza głównie w cywili. Ataki na Basur nie są niczym nowym.[30] Zazwyczaj realizowało je lotnictwo, ale w październiku 2017 roku rozpoczęto działania naziemne.[31] Nasiliły się po zajęciu Efrin. Do 5 kwietnia siły tureckie weszły na głębokość 19 km[32] powodując ucieczkę ok. 120 rodzin.[33] Turcja ma wsparcie rządzącego w Basur klanu Barzanich. Ale to juz temat na osobny artykuł.

 

Paweł Ziółkowski


Muzyczny komentarz do zniszczonych kurdyjskich miast w Turcji.

 

[1] „Artykuł 62: Komisja zasiadająca w Konstantynopolu, w skład której wchodzi po trzech członków wyznaczonych przez rządy: brytyjski, francuski i włoski opracuje w ciągu sześciu miesięcy od wejścia w życie niniejszego traktatu projekt lokalnej autonomii dla obszarów o przeważającej liczbie ludności kurdyjskiej, położonych na wschód od Eufratu, na południe po południowej granicy Armenii, która zostanie w przyszłości wyznaczona oraz na północ od granicy Turcji z Syrią i Mezopotamią, ustalonej w artykule 27, II (2) i (3). Jeśli jakakolwiek kwestia nie zostanie rozstrzygnięta jednomyślnie, członkowie komisji zreferują ją swym rządom. Projekt zabezpieczy ochronę praw mniejszości asyro-chaldejskiej oraz innych mniejszości rasowych i religijnych na tych terenach. W tym celu komisja złożona z przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Persji i Kurdystanu uda się na miejsce, aby zbadać i zadecydować, czy i jakich poprawek należy dokonać na tym odcinku granicy Turcji, gdzie w myśl postanowień niniejszego traktatu zbiega się ona z granicą Persji.

 

Artykuł 63: Rząd turecki niniejszym akceptuje i zgadza się na wykonanie decyzji obu komisji wymienionych w artykule 62. w ciągu trzech miesięcy od zakomunikowania ich rzeczonemu rządowi.

Artykuł 64: Jeśli w ciągu jednego roku od wejścia w życie niniejszego traktatu ludność kurdyjska na ziemiach wymienionych w artykule 62. zwróci się do Rady Ligi Narodów i wykaże, że większość tych terenów pragnie uzyskać od Turcji niepodległość i jeśli Rada uzna, że ludność ta dojrzała do niepodległości i zaleci zagwarantowanie jej tej niepodległości, Turcja zgadza się niniejszym wykonać takie zalecenie, zrezygnuje ze wszystkich praw i tytułów do tych ziem.” cytat za:  S. Dudra, B. Nitschke „Kurdowie i Kurdystan” [w] „Przegląd Narodowościowy” nr 1/2012, wyd. Uniwersytet Zielonogórski, str. 14. Dostęp online: http://www.ip.uz.zgora.pl/index.php/przeglad-narodowosciowy/numery-issues/164-kurdowie-kurds-przeglad-narodowosciowy-journal-of-nations-no-1-2012

[2] W. Repetowicz „Naród i terytorium Kurdów – wymiar egzystencjalny migracji” [w:] „Humaniora. Czasopismo Internetowe, nr 1(17)/2017, str. 176. Dostęp online: http://humaniora.amu.edu.pl/sites/default/files/humaniora/Humaniora%2017/Repetowicz_Hum_1_17_S.pdf .

[3] K.P. Kaczorowski „Kurdyjskie starania o utrzymanie tożsamości kulturowej – przemiany politycznej reprezentacji Kurdów w Republice Tureckiej” [w:] „Władza sądzenia”  nr 4/2014, wyd. Uniwersytet Łódzki, str. 152-153. Dostęp online: http://wladzasadzenia.pl/2014/4/kurdyjskie-starania-o-utrzymanie-tozsamosci-kulturowej-przemiany-politycznej-reprezentacji-kurdow-w-republice-tureckiej.pdf .

[4] J. Niekrasz „Sytuacja Kurdów w Turcji na przestrzeni wieków” [w] „Przegląd…”, str. 28.

[5] H.L. Kieser „Dersim Massacre, 1937-1938”  https://www.sciencespo.fr/mass-violence-war-massacre-resistance/fr/node/3014 .

[6] Tzw “Strażnicy Wiosek” są formacją kolaboracyjną stworzoną przez władze tureckie. Rekrutacja w ich szeregi często (choć nie zawsze) była przymusowa. Więcej o nich: https://www.buzzfeed.com/borzoudaragahi/turkeys-longest-war .

[7] http://hartford-hwp.com/archives/51/009.html .

[8] https://corporatewatch.org/from-fascist-to-anti-militarist-an-interview-with-a-turkish-ex-soldier-2 .

[9] https://twitter.com/TurkeyUntold/status/792333485105115136 .

[10] https://anfenglish.com/features/turkish-special-units-are-prey-to-the-guerrilla-20387 , https://anfenglish.com/kurdistan/jItem-case-soldiers-dressed-up-like-guerrilla-to-commit-murder-22129 .

[11] https://anfenglish.com/kurdistan/stories-of-roboski-victims-23885 .

[12] https://frederikegeerdink.com/2013/04/05/the-truth-about-uludere-3 .

[13] http://ekurd.net/turkey-destroys-roboski-memorial-2017-01-09 .

[14] http://theregion.org/article/13040-from-homicide-to-memorycide-the-cultural-revolution-in-amed-which-led-to-the-decimation-of-sur .

[15] https://www.opendemocracy.net/nadje-al-ali-latif-tas-g-ltan-ki-anak/kurdish-women-s-battle-continues-against-state-and-patriarchy- .

[16] http://www.nrttv.com/En/Details.aspx?Jimare=11246 .

[17] Np. kurdyjska piosenkarka Nudem Durak została w kwietniu 2015 r. skazana na 10,5 roku więzienia. W lipcu 2016 r. wyrok podniesiono do 19 lat. Jedyną zbrodnią Nudem było śpiewanie i nauczanie dzieci kurdyjskich piosenek. http://voiceproject.org/takeaction/free-nudem-durak , https://corporatewatch.org/imprisoned-for-singing-in-kurdish-support-nudem-durak , http://songfornudemdurak.org .

[18] Artykuł po turecku: http://www.nerinaazad.org/columnists/oktay_yildiz/cokturme-plani .

[19] https://www.byline.com/column/57/article/1331 .

[20] http://observers.france24.com/en/20151008-turkey-police-dragged-streets-kurdish-video , http://www.dailymail.co.uk/news/article-3262116/Turkish-officials-defend-shooting-dead-Kurdish-protestor-dragging-body-streets-saying-corpse-booby-trapped.html , https://www.huffingtonpost.com/entry/turkey-dragged-kurdish-man-video_us_56142087e4b022a4ce5fc79e .

[21] https://www.reuters.com/article/us-turkey-kurds/turkish-cleansing-operation-rocks-southeastern-cities-idUSKBN0U80FQ20151226 , http://kurdishquestion.com/oldarticle.php?aid=dead-bodies-on-the-street-and-the-unforgiving-war-in-kurdistan , http://www.demokrathaber.org/guncel/taybet-inan-in-kizi-o-sokaga-her-baktigimda-annemin-yerde-h94332.html .

[22] https://www.hrw.org/news/2016/07/11/turkey-state-blocks-probes-southeast-killings .

[23] tamże.

[24] http://jinha.com.tr/en/ALL-NEWS/content/view/53209 .

[25] https://www.hrw.org/news/2016/07/11/turkey-state-blocks-probes-southeast-killings .

[26] http://www.ohchr.org/Documents/Countries/TR/OHCHR_South-East_TurkeyReport_10March2017.pdf .

[27] http://villa.org.pl/villa/wp-content/uploads/2017/06/WHW-Report-2017.pdf

[28] https://anfenglishmobile.com/kurdistan/latest-situation-in-amed-s-historic-sur-district-25111 .

[29] http://komnews.org/siege-kurdish-village-continues-6-people-killed-2-children-taken-hostage-reports

[30] https://anfenglish.com/kurdistan/clashes-at-southern-kurdistan-border-continue-22399 .

[31] http://www.hurriyetdailynews.com/turkish-army-engages-in-northern-iraq-for-first-time-in-nine-years-121032 .

[32] http://www.nrttv.com/en/Details.aspx?Jimare=19559 .

[33] https://anfenglishmobile.com/kurdistan/120-families-left-their-homes-due-to-turkish-attacks-on-bashur-25958 .

04 kwietnia 2018 | Dział: Publicystyka

W ostatnim tygodniu bardzo dużo mówi się o współczuciu, o pomaganiu. Wszystko za sprawą Dominiki Kulczyk – współwłaścicielki firmy Kulczyk Investments działającej w 30 krajach na świecie oraz prezeski Kulczyk Foundation, również obecnej w 30 krajach (przypadek?). W związku z tą drugą działalnością występuje ona w serialu dokumentalnym „Efekt domina”, w którym, jak opisuje jeden z portali: „'Efektu domina' nie da się powstrzymać. Jeden dobry uczynek pociąga za sobą następny. Ten program to najlepszy przykład na to, iż każde mądre wsparcie może uruchomić serię pozytywnych zmian w życiu całych społeczności. Tym razem Dominika Kulczyk pomaga tam, gdzie problem głodu i niedożywienia, zwłaszcza wśród najmłodszych, jest najbardziej widoczny”. Koncepcja całkiem niezła i idea wydaje się słuszna, zwłaszcza że czas Wielkanocy, a Jezus nauczał o pomocy bliźniemu. W miastach w Polsce pojawiły się billboardy, na których widzimy Dominikę trzymającą czarnoskóre dziecko. Dzieci łapią za serce, więc nie dziwi, gdy w jednym z czasopism szybko pojawia się wywiad z bohaterką. Kulczyk przekonuje w nim, że taka działalność jest jej obowiązkiem. Bo jako nastolatka była bogatsza od innych rówieśników, gdyż miała mandarynki.



No i zaczął się efekt domina. Podczas tegorocznego rozdania Nagród Radia Tok FM im. Anny Laszuk aktywiści Obozu dla Puszczy wspomnieli, że sponsorująca tę nagrodę Kulczyk Investments robi coś niedobrego w Delcie Nigru, że to katastrofa ekologiczna. Z tego samego Obozu jedna z aktywistek rezygnuje z ubiegania się o inną nagrodę, bo nie chce stać ramię w ramię z Dominiką Kulczyk, także do niej nominowaną. W międzyczasie powstają teksty, opinie, felietony, ludzie spierają się w komentarzach. Jedni popierają Dominikę jako wyśmienitą filantropkę, bohaterkę „trzeciego świata” i oskarżają jej przeciwników, że zazdroszczą jej pieniędzy, które przecież ciężko zarobił jej tata. Wojciech Staszewski w swoim komentarzu do sprawy pisze o zawiści zjadaczy ziemniaków wobec zjadaczy mandarynek. Druga strona natomiast krzyczy, że Delta Nigru, że Tunezja. Jako mieszkaniec Poznania, w którym Jan Kulczyk zaczynał swoją biznesową karierę, pozwolę sobie dorzucić swoje trzy grosze.



Aby rozeznać się trochę w kwestii tego, jak Dominika Kulczyk jest w stanie pomagać dzieciom na całym świecie, trzeba zobaczyć, skąd pochodzą dochody jej, jak i prowadzonej przez nią fundacji. W tym celu wystarczy wejść na stronę Kulczyk Investments. Znajdziemy tam wszystkie inwestycje. Połowa z nich związana jest z wydobyciem surowców naturalnych takich jak ropa, gaz, węgiel i złoto w Afryce i Ameryce Łacińskiej, czyli najbardziej kontrowersyjne z punktu widzenia lokalnych społeczności biznesy, które nie bez przyczyny prowadzą do licznych protestów, często krwawo tłumionych. Na tych właśnie kontynentach pomocy udziela Kulczyk Foundation. Oczywiście nie tylko firmy znajdujące się pod kontrolą Kulczyków zyskują na eksploatacji surowców w krajach globalnego Południa. O znaczeniu tego typu przemysłu wydobywczego i jego konsekwencji mówi np. krótki filmy Instytutu Globalnej Odpowiedzialności, który warto obejrzeć przed lekturą następnej części tekstu: „Tajemnica twojego smartfona”.



Przyjrzyjmy się bliżej działalności niektórych konsorcjów rodziny Kulczyków. Zacznijmy od Neconde Energy Limited. Jej opis z wyżej wspomnianego portfolio brzmi: „Konsorcjum, które kupiło od Shell 45% udziału w licencji OML 42 w delcie Nigru, jednym z największych basenów węglowodorowych na świecie. Udział w konsorcjum Neconde daje Kulczyk Investments dostęp do bardzo atrakcyjnych aktywów wydobywczych na terenie Afryki.” Jest. Słynna i głośna w ostatnich dniach Delta Nigru, tak bardzo przywoływana przez ekologów. W 2008 i 2009 roku doszło tam do wycieków, które zanieczyściły wodę, zniszczyły ziemię uprawną, a plama ropy miała 200 km długości. Pozbawiło to wody pitnej i zrujnowało życie dziesiątek tysięcy osób w regionie. Wtedy pojawiło się Kulczykowe Neconde, które odkupiło licencje skompromitowanego Shella. Była to całkiem udana inwestycja – Shell pozostał z konsekwencjami i wyciekiem do posprzątania, a Neconde tanio nabyło „żyłę złota”. Nie było słychać wtedy o akcji humanitarnej z ich strony. Zarobili kosztem zniszczenia domu 30 milionów ludzi, w tym wielu dzieci, podczas gdy „Efekt domina” pomógł 600000 osób, zgodnie z tym, co mówi Dominika.



Kolejna spółka to Serinus, która wcześniej nazywała się Kulczyk Oil Ventures, w ostatnim czasie wykazuje tylko straty. Głównie za sprawą tego, że inwestuje w niestabilnych regionach, szukając ropy i gazu. Były to m.in. Syria przed wojną, Ukraina przed konfliktem zbrojnym oraz Tunezja. O inwestycjach w tym ostatnim kraju głośno było w ostatnim roku, kiedy to spółka straciła dostęp do pól naftowych okupowanych w ramach strajku przez pracowników. Było to spowodowane zwolnieniami w rafineriach. Ktoś powie – no ale chociaż na chwilę dostali pracę. Tylko niestety przemysł wydobywczy ma to do siebie, że pojawia się na jakimś terenie, zanieczyszcza środowisko, daje co prawda na jakiś czas pracę, ale zostawia później mieszkańców z wyjałowioną ziemią, bez perspektyw i możliwości przeżycia oraz ze zdestabilizowanym regionem. Pracownicy w Tunezji, walcząc o godne warunki życia, giną w czasie ataków policyjnych, a wszystko po to, aby spółki takie jak Kulczykowe Serinus mogły odzyskać za cenę krwi kontrolę nad swoimi inwestycjami. Przypomnijmy, że właśnie na tych ludziach i ich pracy w rafineriach i kopalniach ciężko zza biurka dorobili się Kulczykowie.



W czwartej edycji „Efektu domina” Dominika Kulczyk będzie prowadziła działania w obozie dla uchodźców. I tutaj warto przyjrzeć się kolejnej spółce – San Leon Energy. Wpisując tą nazwę w wyszukiwarkę, pojawia się wideo. Widać obóz dla uchodźców, sporo dzieci i protest przeciwko San Leon. Kobieta tłumaczy, że przez działalność tej spółki są pozbawieni podstawowych produktów, takich jak woda i nie chcą ich na swoim terenie. Już nie wspominając o tym, że spółka ta wydobywa dla okupanta, przez którego znaleźli się w tej sytuacji. Ciekawe, czy o nich też będzie program…



No i ostatnia spółka, której chcę się przyjrzeć. Autostrada Eksploatacja SA, czyli spółka posiadająca dużą część autostrady A2 będącej najdroższą autostradą w Europie. Było to sprytne zagranie, ponieważ początkowo Jan Kulczyk ściągał samochody zagranicznych marek do polski. Na tym zbił pierwszy majątek. Aby dodatkowo zarobić na tej inwestycji, dogadał się z polskim rządem i wszedł w budowę A2. Dzięki temu mógł zarobić po raz drugi na wysokich opłatach za przejazdy. A zarobek spory, bo w roku 2011 wynosił 400 mln zł. Kulczyk Investments tłumaczy się, że musi w całości pokrywać koszty utrzymania autostrady i do tego płacić podatek VAT od sprzedaży biletów. W tym czasie taka np. Szwajcaria potrafi skasować od kierowcy za rok tyle pieniędzy za przejazd wszystkimi autostradami, co Autostrada SA jednorazowo za przejazd w dwie strony. I nie jest w stanie oddać państwu 800 mln zł plus odsetki, na które okradła nas wszystkich (w tym szpitale, sierocińce i stołówki, w których działa Kulczyk Foundation), przeszacowując prognozy dotyczące przejazdu ciężarówek autostradą. Tak właśnie uczciwie zarabia rodzina Kulczyków na swoją działalność dobroczynną i na swoje mandarynki kosztem zjadaczy ziemniaków.



Na podstawie danych, które podsuwa sama strona Kulczyk Investments, można jednoznacznie stwierdzić, że Dominika Kulczyk nie jest filantropką. Jest zwykłą hipokrytką, która dorobiła się na nieszczęściu innych oraz na tym, że jej ojciec miał (co mu trzeba oddać) łeb do interesów. I podstawowym problemem nie jest tutaj – jak niektórzy pokroju Staszewskiego twierdzą – zawiść do zjadaczy mandarynek. Niech je jedzą. Problemem jest to, że sok z tych mandarynek wymieszany jest z ludzką krwią i łzami: pracujących w kopalniach oraz zabitych na protestach, a także tych, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swoich ziem, ponieważ na skutek katastrof ekologicznych nie nadają się one do życia. Jeśli faktycznie chce pomóc tym ludziom, powinna zamknąć interesy w krajach globalnego Południa, a pieniądze zarobione na nich zainwestować w rekultywację terenów i pomoc byłym pracownikom i rolnikom. A tak mamy „Efekt domina”: wykorzystać, zarobić, zniszczyć, przekazać ochłap na pomoc, żeby pokazać, jak się jest fajnym. Opowiedzieć o tym mediom, żeby pokazać, jak dzięki zarobionym pieniądzom można pomóc. A w międzyczasie wciąż eksploatować i na koniec porzucić interes, zostawiając ludność w nienadającym się do życia ekosystemie.

Kawka

 

 

www.rozbrat.org

12 marca 2018 | Dział: Publicystyka
Jesteśmy ekoanarchistycznym ruchem „Platforma Ekologiczna” (Экологическая платформа) ze Lwowa (Ukraina). Do głównego kierunku naszej aktywności należy działalność oświatowa: organizowanie pokazów filmowych, wykładów, uroczystości dla wegan, jak również organizacja pikiet i demonstracji na rzecz praw zwierząt. Oprócz tego angażujemy się w obronę lwowskich parków przed zabudową, udzielamy pomocy schroniskom dla zwierząt oraz organizujemy akcje bezpośrednie.
Na przestrzeni ostatnich miesięcy czujemy na sobie ogromną presję państwa oraz radykalnej prawicy. Sytuację komplikują sprzedajne media oraz pasywność społeczeństwa. 28 lutego nasza pikieta przed lwowskim cyrkiem została brutalne rozpędzona przez oddziały specjalne policji. Przyczyną do rozpędzenia była prowokacja ultraprawicowców, którzy rzucali w uczestników akcji racami dymnymi. Rzecz symptomatyczna, że dwa autobusy policyjne i kilka radiowozów przybyły na pikietę wcześniej od organizatorów, a funkcjonariusze zaczęli wszystko nagrywać pół godziny przed rozpoczęciem akcji. Czyli od początku było zrozumiałe, kto zostanie zatrzymany. Od razu po odpaleniu rac przez ultraprawicowców, eko-anarchiści zostali okrążeni przez policję, która ogłosiła, że są zatrzymani. Przy tym funkcjonariusze nie podali przyczyny zatrzymania, demonstrując rażącą nielogiczność. Działania skrajniej prawicy były koordynowane przez generała policji, ponadto widzieliśmy bliską i towarzyską komunikację między neonazistami i szeregowymi policjantami. W trakcie zatrzymania funkcjonariusze policji dopuścili się rażących naruszeń podstawowych praw człowieka - aktywistów bito, rzucano na ziemię, przeszukiwano oraz zatrzymano na więcej niż trzy godziny, co jest niezgodne z prawem.
Aktywiści upublicznili naruszenie swych praw przez policję, na nasze posty umieszczone na portalach społecznościowych zareagował szereg organizacji społecznych, obrońcy praw człowieka, a nawet rzecznik praw człowieka. Wynikiem tego rezonansu społecznego stał się szereg spraw kryminalnych przeciwko funkcjonariuszom policji. W odwecie policja przekazała ultraprawicowcom wszystkie dane osobowe aktywistów Ekoplatformy. Na prawicowych portalach zauważyliśmy swoje zdjęcia, jak też imiona, adresy, rodzaj naszej działalności - całą informację, którą „stróże prawa” otrzymali podczas sporządzania protokołów zatrzymanych aktywistów.
Uczestnicy Ekoplatformy są w niebezpieczeństwie i w każdym momencie mogą zostać napadnięci lub doznać represji. Od tamtego momentu żadne z wydarzeń organizowanych przez Ekoplatformę nie odbyło się bez prób prowokacji ze strony skrajnej prawicy, we współdziałaniu z tymi samymi oddziałami policji. Schemat ich działań wygląda następująco: neonaziści atakują ekoaktywistów podczas dotarcia na wydarzenie lub po rozejściu się po akcji. Jeżeli zechcemy stawiać opór, kilka pojawiających się znikąd radiowozów jest gotowych do naszego zatrzymania. Tak więc jesteśmy w sytuacji nie do pozazdroszczenia i stajemy przed wyborem - albo zostać pobitymi, albo postawić się neonazistom i trafić do więzienia. Dotychczas udawało się nam unikać prowokacji dzięki skoordynowaniu działań, aczkolwiek - jak się wydaje - urazy cielesne lub sprawy sądowe, to tylko kwestia czasu.
Sytuacja robi się coraz bardziej napięta przez działania mediów - największa stacja TV w kraju emituje opłacone materiały o „weganach-terrorystach”, pstrzące się manipulacjami, skażeniem faktów i otwartym kłamstwem. Na przykład jako dowody naszego terroryzmu są wykorzystywane filmiki wspomnianego wyżej odpalenia rac przez prawicowców. Kilka , na pierwszy rzut oka, niezwiązanych ze sobą sił działa w jednym kierunku, ich celem jest likwidacja naszego ruchu. Policja, SBU, radykalna prawica oraz media zjednoczyły się przeciwko nam. Nie jesteśmy pewni, co do przyczyn tej sytuacji. Możliwe, że nasz ruch stoi w gardle prawicowych organizacji „ekologicznych” i „broniących praw zwierząt”, które istnieją tylko nominalnie, w rzeczywistości zaś nie robią nic. Najwidoczniej kogoś denerwuje fakt, że Ekoplatforma zajęła praktycznie wszystkie obszary danej działalności we Lwowie i rozpoczęło się oczyszczanie terenu dla opłaconych ruchów prawicowych, które dążą do uzyskania poparcia społecznego, byle dorwać się do władzy.
Dziękujemy za solidarność oraz za to, że zgodziliście się na opublikowanie tego tekstu. Chcemy, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się o bezprawiu na Ukrainie i postarało się nie doprowadzić do podobnych sytuacji u siebie.
Tekst nadesłany do redakcji Ataku przez aktywistkę Ekoplatformy.
Za tłumaczenie z rosyjskiego dziękujemy Aleksandrowi.