Zaangażowanie zamiast głosowania

Problem bojkotu nadchodzących wyborów do parlamentu i prezydenckich wydaje się z perspektywy ruchu anarchistycznego oczywistością. Tymczasem sprawa nie jest tak jednoznaczna. Część luźniej związanych z naszym środowiskiem osób, wcale nie jest przekonana, czy w obliczu ofensywy skrajnie prawicowych ugrupowań, nawoływanie do bojkotu jest słuszną decyzją.

Za takim poglądem przemawia przede wszystkim obawa przed obyczajowymi represjami. Fakt jednak, że środowiska LPR, Młodzieży Wszechpolskiej, Radia Maryja, PiS są niechętne niektórym mniejszościom społecznym (i odmawiają im np. prawa do wolności wypowiedzi i zgromadzeń), nie świadczy, że inne ugrupowania, które mogłyby praktycznie powstrzymać rosnącą siłę skrajnej prawicy, jak PO, SDPL czy odradzająca się SLD, są wolne od uprzedzeń. To pod rządami liberałów spod znaku tych partii (jak też dzisiejszej Partii Demokratów), na masowo naruszano prawa pracownicze i związkowe. Skala łamania tych praw w porównaniu do problemów jakie dały się poznać przy okazji Parad Równości, jest niewspółmiernie większa. Różnica pomiędzy jednym (skrajnie prawicowym) i drugim (centrowo-liberalnym) łamaniem wolności polega (czasami, bo nie zawsze) na doborze "grupy docelowej" oraz sposobie przedstawiania tego problemu przez media. Przychylna w większości przypadków liberałom prasa reaguje, na fakty łamania wolności pracowniczych i związkowych, wyszukiwaniem tzw. racjonalnych uzasadnień. Równocześnie zdecydowanie piętnuje ona inne przypadki naruszania swobód. Ta wybiórczość jest dość charakterystyczna dla współczesnego świata mediów; stwarza pozory, że prasa w dalszym ciągu opowiada się za podstawowymi prawami obywatelskimi - niestety tylko w wybranych obszarach życia społecznego.

Inaczej mówiąc przed nadchodzącymi wyborami większość gazet i rozgłośni "ustawia" wyborców w tym mocno wyreżyserowanym konflikcie nazywanym: "Wybory 2005", gdzie 30 osobowa manifestacja ONRu urasta do rangi problemu społecznego, a fakt że w Polsce 2/3 robotników nie ma wypłacanych pensji na czas (co jest poważnym naruszeniem prawa stwierdzonym przez Państwową Inspekcję Pracy) jakoś nie staje się sednem debaty politycznej. Dodatkowo postraszenie konserwatywnym ciemnogrodem społeczeństwa gwarantuje jakiś ruch w medialnym interesie, gdzie oczywiście opowieści o prześladowanych "pedałach" (bo do tego poziomu media najchętniej sprowadziłyby problem) są lepszymi "niusami", od tuzinkowych problemów dotykających zdecydowaną większość polskich rodzin. I wreszcie walka z hordami "kamienującymi homoseksualistów i feministki", dobrze wpisuje się w nastroje rozhisteryzowanej zachodniej opinii publicznej, której liderzy wydali wojnę religijnym fundamentalizmom, tropiąc wszędzie terrorystyczny spisek i jakoby przy okazji uderzając represjami (jak we Włoszech czy Grecji) w środowiska anarchistyczne i wolnościowe.

Nie chcę przez to powiedzieć, iż nie dostrzegam problemu narastającego znaczenia skrajnej prawicy i kryjących się za tym zagrożeń. Uważam jednak, iż media umiejętnie grają na nastrojach społecznych, wykorzystując - gdzie się da - różne (częściowo być może nawet uzasadnione) lęki i zwykłe fobie. Dodatkowo jednego można być pewnym  - głosując na liberałów spod znaku PO, SLD, SDPL i licznych ich wyborczych przybudówek, nie zdołamy tak naprawdę powstrzymać rosnącej siły prawicy. Dlaczego? Bowiem siła elektoratu prawicy bierze się ostatecznie nie z ortodoksyjnych (względem kwestii obyczajowych) poglądów społeczeństwa polskiego, ale z faktu że rządzące przez ostatnie 15 lat elity, sprzyjające liberalizmowi, doprowadziły do dramatycznego zubożenia całych warstw społeczeństwa, większego  jego rozwarstwienia, bezrobocia, wzrostu samobójstw, chorób psychicznych i alkoholizmu.  (Jeżeli ktoś temu nie wierzy, może spojrzeć w oficjalne statystyki np. GUS). Oczywiście w takich okolicznościach - podobnie jak w Niemczech w latach 20 i 30-tych - ruchy skrajnie prawicowe i faszyzujące znajdują wielu sfrustrowanych sympatyków, zwłaszcza jeżeli wymagają od nich tylko głosu w wyborach.

Oddanie głosów w wyborach na PO, SLD czy SDPL (nie mówiąc o partyjnym planktonie pokroju Partii Zielonych), tak naprawdę stanie się, pod pretekstem walki ze skrajną prawicą, nową legitymizacją obecnego, skorumpowanego i skompromitowanego, systemu sprawowania władzy, który nie liczy się z najbiedniejszymi. Nie można abstrahować również od faktu, że będzie to głos na ludzi, którzy w mediach przedstawiani jako obrońcy demokracji i zdrowego rozsądku, w rzeczywistości odpowiadają za śmierć dziesiątków tysięcy  Irakijczyków. Uczciwie trzeba stwierdzić, iż Lepper i Giertych byli polskiej inwazji na ten kraj przeciwni. Nie dajmy sobie wmówić, że obraz polskiej polityki przedstawia się tylko w biało czarnych barwach.

Wreszcie możemy zapytać o strategiczny sens bojkotu wyborów. Kogo to wezwanie do bojkotu przekona? Zwolennicy głosowania, w obliczu rosnącego zagrożenia ze strony skrajnej prawicy, zdają się sądzić, iż bojkot pozbawi głosu przede wszystkim liberałów i wzmocni konserwatystów. Otóż teza taka jest wielce wątpliwa. Po pierwsze niższa frekwencja sprzyja partiom, które posiadają bardziej zdyscyplinowany elektorat. Mówi się, że taki elektorat posiadają postkomuniści (czyli SLD i SDPL), ale jest nim także merytokracja i do niej pretendujące grupy społeczne (zaplecze wyborcze liberałów i w jakimś zakresie PiSu), wreszcie zdyscyplinowanym elektoratem są słuchacze Radia Maryja. Trudno przesądzić kto tu ma większą silę. Po drugie, zaryzykuję przeciwne twierdzenie, że bardziej skłonni do pozostania w domach będą właśnie przedstawiciele ekonomicznie upośledzonych grup społecznych, które raczej na liberałów głosować nie będą. Zatem akcja bojkotu wyborów, zwłaszcza dobrze przemyślana i skierowana do grup najuboższych, może raczej osłabić prawicę, niż ją wzmocnić. Najuboższe bowiem warstwy społeczne nie mają w obecnych warunkach na kogo głosować, nie mają alternatywy, a przekonywać ich żeby głosowali na PO, Partię Demokratów (której Bochniarz jest kandydatką na prezydenta), czy też na SLD (SDPL), za kadencji której setki tysięcy osób straciło pracę, byłoby przejawem wyjątkowej perwersji.

Podsumowując. Prawda jest taka, że tak czy inaczej dryfujemy ku autorytarnemu systemowi, a zasadnicza zmiana musiałaby oznaczać zwrot w wielu kwestiach o 180 stopni. Ale zwrotu tego nie są w stanie dokonać obecne elity, które dziś żebrzą o każdy głos, by zaraz po wyborach skazać społeczeństwo na nędzę dotychczasowej egzystencji. Elity przeżarte partykularyzmem, korupcją i indolencją. Zwrot może się jedynie dokonać pod wpływem ruchu społecznego, który zażąda głęboko demokratycznych przemian na poziomie nie tylko politycznym, ale także ekonomicznym. Tylko taki ruch zdoła powstrzymać skrajną prawicę. Głosując w wyborach zatem niczego w tym względzie nie zmienimy - potrzebne jest bezpośrednie, codzienne zaangażowanie w tę sprawę.

Jarosław Urbański
W górę