Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

A+ R A-

W sobotnie popołudnie pod kawiarnią Starbucks zebrała się kilkudziesięcioosobowa grupa działaczy i działaczek Inicjatywy Pracowniczej, między innymi zrzeszonych w nowo powstałej Poznańskiej Międzyzakładowej Komisji Pracujących W Gastronomii.

 

Wydarzenie motywowane było ostatnimi działaniami sieci Starbucks, która oferowała polskim pracującym w sieci wyjazd do Niemiec na okres od 1 do 4 dni i pracę za niemiecką stawkę minimalną, celem zastąpienia na stanowiskach tamtejsze pracownice i pracowników, którzy w przypadku ewentualnego strajku mieliby opuścić stanowiska pracy.

 

Gewerkschaft Nahrung-Genuss-Gaststätten (NGG)- Związek zawodowy zrzeszający pracujących w gastronomii, hotelarstwie i branży spożywczej, ze względu na opór ze strony niemieckich pracodawców prowadzi strajk przygotowawczy. Niemieccy pracownicy i pracownice walczą o 6% podwyżki płac, które w tej chwili kształtują się na poziomie płacy minimalnej 8,84 euro za godzinę pracy.

 

Wydarzenie cieszyło się zainteresowaniem ze strony mediów relacjonujących wydarzenie.
Związkowcy zaznajomili przybyłych ze stanowiskiem związku odnośnie do próby złamania protestów niemieckich pracowników i zadeklarowali swoją solidarność z protestującymi, zaznaczyli, iż nie można pozwolić na równanie płac w dół do norm polskich, a trzeba doprowadzić do tendencji odwrotnej, doprowadzić do znacznych podwyżek płac na terenie kraju.

 

Po zakończeniu pikiety pod lokal przybyła wezwana grupa interwencyjna w postaci wynajętej ochrony, kiedy jednak dowiedzieli się, że pikieta zakończyła się oddalili się z miejsca.
Następnie działacze udali się do wszystkich kawiarni sieci w mieście celem zaznajomienia pracowników z obecną sytuacją i zachęcenia do wstępowania w szeregi związku.

 

PS. Solidarność pracownicza zwycieża

Jeszcze tego samego dnia Starbucks wycofuje się z rekrutowania łamistrajków do pracy w Niemczech:

 

Firma AmRest, która jest operatorem sieci kawiarni Starbucks w Europie Środkowej, Wschodniej i w Niemczech, przesłała wczoraj do mediów następujące oświadczenie podpisane przez Iwonę Sarachman, dyrektorkę PR AmRest Holdings

 

"Jest nam bardzo przykro, że cel oferty dobrowolnej pracy czasowej w Niemczech, jaką złożyliśmy naszym pracownikom w Polsce, został mylnie zinterpretowany przez część opinii publicznej. Podkreślamy, że naszą jedyną intencją było zapewnienie prawidłowego funkcjonowania naszych kawiarni i niezakłócona obsługa odwiedzających nas gości. Informujemy również, że nie podjęliśmy żadnych działań związanych z realizacją tej oferty dla pracowników i nie zamierzamy ich podejmować"

 

Jak widać akcje solidarnościowe organizowane tego dnia m.in w Poznaniu jak i w Warszawie, mogą być doskonałą bronią wspierającą walkę pracowników.

 

Poznańska Międzyzakładowa Komisja Pracujących w Gastronomii
Inicjatywa Pracownicza

 

W Amazonie trwają protesty pracowników. Strajkiem grożą załogi w Niemczech, Francji i w Polsce. To jeden z większych ruchów pracowniczych w Europie. W Poznaniu i Wrocławiu związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza wszedł z pracodawcą w spór zbiorowy. Kiedy dyrekcja Amazonu zerwała rozmowy, ogłoszono pogotowie strajkowe.

 

Każdego roku Amazon zatrudnia tysiące pracowników i pracownic tymczasowych w Polsce i w ponad 150 magazynach na świecie. Korzysta z pośrednictwa agencji: Manpower, Randstad, Adecco i inne. W danym roku agencje zwolnią zdecydowaną większość pracowników lub nie przedłużą im umów, często z dnia na dzień, za pośrednictwem SMSa czy godzinę przed końcem zmiany. Strajk w Amazonie to także strajk pracowników agencyjnych, bo ich sytuacja jest najtrudniejsza, prawa najczęściej łamane, dochody niższe, a umowy śmieciowe zawierane na bardzo krótkie okresy.

 

Wszyscy powinniśmy mieć takie same wynagrodzenia, takie same prawa i umowy na czas nieokreślony. Podobnie jak Inicjatywa Pracownicza żądamy, aby firmy zaprzestały zatrudniania poprzez agencje pracy tymczasowej i zatrudniały wszystkich pracowników bezpośrednio.

 

Praca tymczasowa, wyzysk stały!

Federacja Anarchistyczna s. Poznań

Zachęcamy do zapoznania się z poniższym tekstem dotyczącym Marcela Szarego oraz do wzięcia udziału w wydarzeniach związanych z rocznicą Poznańskiego Czerwca 1956 r. oraz Wydarzenia w ramach Weekendu Związkowego Inicjatywy Pracowniczej


Żeby dobrze zrozumieć czym była i jest „płyta”, musimy się cofnąć o prawie sto lat. Do momentu przekształcenia się zakładów Hipolita Cegielskiego – Poznań (HCP) z niewielkiej rodzinnej fabryki w ogromną, zatrudniającą tysiące pracowników, spółkę akcyjną.

Przyjęcie

Po Powstaniu Wielkopolskim, Poznań zaczęli opuszczać obywatele narodowości niemieckiej, którzy – w liczbie kilkudziesięciu tysięcy – stanowili wówczas blisko połowę mieszkańców stolicy Wielkopolski. Wyjechali prawie wszyscy. Także ci, którzy mieszkali w Poznaniu od kilku pokoleń. Uciekli również właściciele niemieckich fabryk metalowych, produkujących w czasie pokoju na potrzeby rolnictwa i kolejnictwa, a w czasie wojny przestawionych na produkcję militarną. Z okazji tej skorzystali polscy akcjonariusze zakładów Cegielskiego – producenta maszyn i urządzeń rolniczych. W latach 1919-1921 postanowiono nabyć m.in. fabrykę wagonów Paulusa oraz przedsiębiorstwo metalowe Mögelina i Lössera. Niemieccy właściciele byli „pod ścianą”: przegrana wojna, zmiany polityczne, przesunięcia granic, kryzys ekonomiczny (hiperinflacja), wisząca w powietrzu rewolucja. Cena – jak łatwo jest się domyślić – była przystępna.
    Zakłady Cegielskiego z niewielkiego producenta pługów i bron, zatrudniającego przed wojną nie więcej niż 300 (a często nawet mniej) pracowników, urosły do rangi potentata produkującego lokomotywy, wagony i wyposażenie armii, najpierw z ponad 2 tys. pracowników, a w szczytowym momencie okresu międzywojennego - ponad 7 tys.

    Robotnicy Cegielskiego rekrutowali się w wielu przypadkach z grona tych, którzy po wojnie powrócili z terenu Niemiec, głównie z Westfalii, dokąd wcześniej wyemigrowali za pracą. Tam brali udział w kilku falach strajków generalnych, a potem w niemieckiej Rewolucji Listopadowej w 1918 r. Należeli często do Zjednoczenia Zawodowego Polskiego, związku powstałego głównie na terenie Niemiec i organizującego polskich pracowników. Po powrocie do kraju nie podobała im się polityka endeckich elit, które zdobyły władzę w mieście i regionie. To za sprawą reemigrantów w kwietniu 1920 roku pracownicy poznańskich zakładów naprawy taboru kolejowego wyszli na ulicę z żądaniami socjalnymi i płacowymi. Na rozkaz lokalnych władz policja otworzyła ogień do demonstrantów. Zginęło dziewięć osób. W całym Poznaniu doszło do zamieszek, szturmów na komisariaty i na więzienie. Wprowadzono stan wyjątkowy. Ten scenariusz powtórzy się 36 lat później – w czerwcu 1956 roku. W latach 20. poprzedniego stulecia na ulicach Poznania jeszcze wielokrotnie dochodziło do wielkich demonstracji. Rozwścieczony tłum demolował wystawy sklepowe. Bezrobotni ścierali się z konnicą. Robotnicy rozbijali wiece organizowane przez Narodową Demokrację, która – by nie stracić swoich wpływów politycznych - myślała o ogłoszeniu secesji Wielkopolski. Na wsiach wokół Poznania dochodziło do masowych strajków robotników rolnych. Endecka władza i ziemianie nie pozostawali dłużni, systematycznie wysyłali na robotników żołnierzy i policjantów. Padały kolejne ofiary.
    W okresie międzywojennym, zakładami kupionymi przez Cegielskiego systematycznie wstrząsały wystąpienia pracownicze. W przedsiębiorstwie działało kilka związków zawodowych. Konkurowały one ze sobą w wyborach do Wydziałów Robotniczych, których kompetencje były niewielkie, ale i tak frekwencja przekraczała 60%. Robotniczy aktywizm odżył po II wojnie światowej. Najpierw pracownicy Cegielskiego (było ich już 10 tys.) przejęli i zaczęli odbudowywać zakład. Na wiecach wybierali dyrektorów. Kontrolowali produkcję. Kiedy stalinowskie prawo pozbawiło ich realnego wpływu na samorząd robotniczy, jeszcze jesienią 1945 roku doszło do kilku strajków w kwestiach socjalnych.
    Nic zatem z szerzonego stereotypu o ugodowości czy nawet uległości wielkopolskiego robotnika nie jest prawdą. Również czerwiec 1956 roku nie był dziełem przypadku, lecz konsekwencją trwającego od kilku dekad oporu oraz doświadczenia przekazywanego między robotnikami kolejnych pokoleń.

Związek

Z Marcelem Szarym byliśmy rówieśnikami. Wchodziliśmy w działalność polityczną i związkową w tym samym czasie – Marcel jako uczeń przyzakładowej szkoły zawodowej, ja jako licealista. On tworzył podziemne struktury zdelegalizowanej „Solidarności” na terenie HCP, ja kolportowałem w tym czasie związkową bibułę i współpracowałem z Radiem Solidarność. Poznaliśmy się jednak dopiero wiosną 2002 roku. Na fali antyglobalistycznych protestów łączyły się siły ruchów społeczno-politycznych i związków zawodowych. W Polsce w tym czasie demonstrowały dziesiątki zakładów, których komitety protestacyjne spotkały się w lipcu tego samego roku w Szczecinie. Pojechaliśmy tam małą grupą pracowników z Marcelem Szarym na czele. Jego radykalne w treści przemówienia spotykały się z aplauzem szeregowych stoczniowców i zdecydowanie mniejszym entuzjazmem etatowych działaczy związkowych. Tym niemniej Szary został wybrany członkiem prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego. Jeździliśmy po całej Polsce – wszędzie tam, gdzie protestowali robotnicy. Namawialiśmy do wspólnej walki i połączenia wysiłków. W listopadzie 2002 roku doszło do głośnych zamieszek pod bramą Fabryki Kabli w Ożarowie. Komitet wspierał ten protest wszystkim siłami.
    Spiętrzenie walk w tamtym okresie nie skończyło się jakimś efektownym sukcesem. W 2004 roku fala protestów wyraźnie opadła. Z Marcelem Szarym wielokrotnie dyskutowaliśmy na te tematy. W historii zakładów Cegielskiego szukaliśmy przede wszystkim odpowiedzi na pytanie dotyczące pracowniczych zrywów i okresów całkowitej apatii, której winne były m.in. same związki zawodowe. Szary nie był zadowolony z działalności „tradycyjnych” organizacji. W 1999 roku, po licznych konfliktach z liderami, odszedł wraz z grupą ok. 100 pracowników Cegielskiego z NSZZ Solidarność i przystąpił do KNSZZ Solidarność’80. Jednak ostatecznie i te ramy wydały się nam obu za ciasne. Chcieliśmy przekształcenia związku w organizację nowego typu, lecz opór części działaczy był zbyt duży. W czerwcu 2004 roku, z grupą dosłownie 15 osób, Szary wystąpił z Solidarności’80 i założył związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza. W nazwie nawiązali do powołanej niespełna trzy lata wcześniej przez środowiska anarchistyczne grupy wspierającej protesty pracownicze. Odmówił jednocześnie przyjęcia biura. Związek nie miał etatów, nie ujawniał nazwisk swoich członków, a wszystkie „papiery” Inicjatywy Pracowniczej Szary nosił w czarnym neseserze. Ludzie przychodzili do niego tam, gdzie pracował. Rozmawiali przy tokarce, nie przy biurku. Wówczas było to tym bardziej osobliwe, że Szary przez załogę został wybrany na członka zarządu przedsiębiorstwa. Spodziewano się, że będzie miał garnitur, gabinet, sekretarkę i limuzynę. Naszym celem było jednak pozostać jak najbliżej pracowników i pokazać, że nie chodzi nam o osobiste interesy i przywileje. Istotne było odzyskanie zaufania ludzi, zawiedzionych wielokrotnie przez swoich liderów.

Protest

Czym jest „płyta”? W sensie fizycznym to płyta traserska, sporej powierzchni podest odlany z metalu, wysoki na ok. półtora metra. Było ich w Cegielskim kilka, ale ta konkretna znajdowała się w dużej hali, w samym sercu wydziału produkującego silniki okrętowe – od początku lat 60. należące do podstawowego asortymentu przedsiębiorstwa. Z racji swojego umiejscowienia była dogodnym miejscem na masówki. Zwoływano je tam z różnych powodów, na przykład gdy dyrekcja miała coś szczególnego do przekazania załodze lub gdy chciała – jak co roku – złożyć życzenia z okazji świat Bożego Narodzenia. Ale wiece zwoływano również wtedy, gdy to załoga miała coś ważnego do zakomunikowania dyrekcji. Porzucano wówczas pracę przy maszynach i wszyscy stawali w milczeniu wokół płyty. Był to znak, że wśród pracowników panuje niezadowolenie i ma się pojawić dyrekcja. Czasami liderzy związków lub kierownicy próbowali opanować sytuację i namawiali do powrotu do pracy. Załoga nie ustępowała. Stali w milczeniu dalej. Poważnie traktowano jedynie przyjście samego szefa firmy. Jego forpocztą była ekipa montująca nagłośnienie. Wchodził na płytę zwykle w otoczeniu kilku osób. Wszyscy starali się ukryć zdenerwowanie, choć napięcie było duże.
- Czy ktoś mi powie o co chodzi?
Po chwili głos z tłumu.
- Dlaczego podnosicie normy?
Podnosi się tumult. Dyrektor uspokaja. Szybko zapada cisza.
- Dobrze! Kto to powiedział? Proszę bardzo przyjść tu – wskazuje palcem na „płytę” – i wyjaśnić. O co dokładnie chodzi?
Dłuższa cisza. Nikt się nie rusza. Inny głos z tłumu.
- Już ty wiesz o co! Gadaj co z tymi normami! Chcecie żebyśmy zdechli przy tych maszynach?
I kolejne głosy:
- I co z podwyżkami, ostatnie były trzy lata temu? A inflacja?
- Mamy za darmo, kurna, pracować?
Zrywają się oklaski.
- Panowie! Związki zawodowe już negocjują z dyrekcją tę sprawę. Musimy zmienić normy, ale obiecuję Wam, że będzie to związane ze wzrostem wynagrodzenia. No może nie dla wszystkich jednakowo, dla tych najlepszych, rzecz jasna… Bo chodzi przecież o wydajność…
- Konkrety!
- Konkretnie to jeszcze nie wiemy, jak to będzie. Ale jutro od rana jesteśmy umówieni z przewodniczącymi związków i będziemy negocjować. Musicie zrozumieć, ostatni rok był dla przedsiębiorstwa bardzo trudny.
- Ciągle gadacie i nic z tego dla nas nie wynika!
Znowu podnosi się tumult.
- Obiecuje! Obiecuję – powtarza dyrektor ponownie uspokajając gestem ręki zebranych – że będzie porozumienie, będą podwyżki, a teraz wracajcie do pracy. Są przecież związki zawodowe i one powinny się tym wszystkim zająć. Spotkajmy się tu jutro o godz. 13.00. Dobrze? Zachowajmy wszyscy spokój.
Cisza. Ludzie się rozchodzą. Następnego dnia nie dochodzi już do „płyty”, gdyż od rana związki zawodowe kolportują podpisane porozumienie płacowe. Nie wszyscy są zadowoleni. Może nawet większość nie jest. Inni jednak przekonują, że dobre i to, co dała dyrekcja. Na majstrów dyrekcja naciska, żeby zrobili listy tych, którzy poprzedniego dnia odeszli od maszyn. Większość decyduje się wpisać wszystkich „swoich ludzi” (wszystkich przecież nie ukarzą). Ludzie sami chcą, aby ich zapisać, nawet jeśli z jakichś powodów ich tam nie było. Wiedzą, że bez „płyty” nie uzyskaliby niczego.
    Nie wszystkie „płyty” kończyły się tak polubownie. Nieraz po prostu wychodzono na ulicę. Jednak protesty załogi nie były czymś nagminnym. Czasami, podczas oficjalnych spotkań z dyrekcją – wspominają bliscy znajomi Marcela Szarego z HCP – właził na „płytę’’ i zadawał tzw. trudne pytania. „Płyty” miały dla robotników urok niedopowiedzianego statusu, najczęściej dyrekcja nie uznawał ich za coś nielegalnego, a zatem nie wyciągała wobec uczestników konsekwencji, choć zdarzały się próby zastraszenia.

Strajk

Próbowałem ustalić, od jak dawna robotnicy w Cegielskim wykorzystywali „płyty” w swojej walce. Płyty traserskie zaczęto stosować w HCP prawdopodobnie dopiero pod koniec lat 50., a najpewniej – z początkiem lat 60. „Pracuję w wydziale silników okrętowych od 1971 roku, ‚’płyta’’ już tam była” – mówi mi jeden z pracowników. (W latach 70. zatrudnienie w HCP przekraczało niekiedy 20 tys. osób.) Nie przypomina on sobie, by wybuchały tam wówczas spontaniczne masówki; jedynie dyrekcja zwoływała zebrania załogi. Ale oczywiście wiece pracownicze zdarzały się w zakładach także wcześniej. Przed II wojną światową i tuż po niej. Przed pamiętnym 28 czerwca 1956 roku w Cegielskim odbyło się przynajmniej kilka pełnych napięcia masówek, akceptowanych przez dyrekcję lub nie, aż któraś skończyła się wyjściem z fabryki. Rozgromienie protestujących na ulicy (zginęło ponad 70 osób), wcale nie poskutkowało ustaniem niepokojów w zakładach HCP - trwały one przynajmniej do końca roku. Dopiero wtedy dyrekcji udało się opanować sytuację, m.in. poprzez realizację postulatów płacowych. W latach 80., po wprowadzeniu stanu wojennego, w Cegielskim wybuchło szereg krótkich strajków, z reguły milczących: ludzie stali, często przy swoich maszynach – nie pracowali i nie odzywali się do nikogo, nawet prowokowani
przez przełożonych.
    Obecnie większość znanych mi pracowników Cegielskiego zgodnie przyznaje, że płytę, jako „płytę”, zaczął świadomie wykorzystywać dopiero Marcel Szary, w latach 90. Osobiście uważam, że początkowo traktował ją jako jeden z możliwych wariantów protestu, wcale nie najważniejszy. Głównym celem Marcela Szarego było zawsze zorganizowanie strajku tak, jak to sobie wszyscy wyobrażamy: wyją syreny, ludzie odchodzą od maszyn, zbierają się w jednym miejscu, wybierają komitet strajkowy, a ten przedstawia żądania. Po wielu dniach okupowania fabryki (zgodnie z polską tradycją strajk powinien mieć charakter okupacyjny), na którejś ze stołówek lub świetlic, w obecności licznie zgromadzonych pracowników, podpisuje się porozumienie z pokonaną dyrekcją, a najlepiej premierem lub choćby ministrem gospodarki. Robotnicy odzyskują nie tylko pieniądze, ale też swoją dumę. Ale takie strajki, jeżeli w ogóle, zdarzają się rzadko. Kulisy odsłaniają przeważnie bardziej prozaiczną stronę tej walki.
    Inicjatywa Pracownicza przeprowadziła w Cegielskim dwa referenda strajkowe (w 2006 i 2007 roku), oba minimalnie przegraliśmy. Mimo to była to duża presja na władze przedsiębiorstwa. Dyrekcja nawoływała do bojkotu referendum, a przy urnach kazała stanąć majstrom i kierownikom. Pracownicy bali się, że będą szykanowani za sam udział. Wymagane było uczestnictwo 50% załogi, licząc także tych na chorobowym, urlopach i w delegacjach. Połowa z nich (w dużej mierze pracowników biurowych, znajdujących się pod największą presją ze strony dyrekcji) nie wzięła udziału w głosowaniu. Zawsze brakowało niewiele. Ci, którzy głosowali, w 95% opowiadali się za strajkiem. Pomimo formalnej przegranej naszego związku, władze firmy wiedziały, że realnie mamy duże poparcie.
    Działania dyrekcji można było potraktować jako utrudnianie prowadzenia sporu zbiorowego – co teoretycznie, według ustawy, jest przestępstwem – i ogłosić strajk, ale rezultat ewentualnej konfrontacji przed sądem zawsze był niewiadomą. Przy niekorzystnym obrocie sprawy mogło się okazać, że strajk ogłoszono jednak nielegalnie, a organizatorzy i uczestnicy mogliby ponieść poważne konsekwencje. W ten sposób od marca 2007 do początku 2008 roku w Inicjatywie Pracowniczej postanowiono zorganizować wiele „płyt”. W sumie jedenaście i nie zawsze pojawiały się na nich tłumy. Jednego dnia, w szczytowym momencie protestu, wszyscy pracownicy HCP, na wezwanie Inicjatywy Pracowniczej, wzięli tzw. urlop na żądanie. W ostatecznym efekcie, przez 12 miesięcy protestu załoga otrzymała ok. 30% podwyżki. Szarpana walka, w której grożono strajkiem, organizowano pikiety i demonstracje, systematycznie rozdawano ulotki, ale przede wszystkim zwoływano „płyty”, zakończyła się niekwestionowanym sukcesem.

Ostatnia skarga

Fala największych protestów przypadła na 30 marca i pierwszą połowę kwietnia 2007 roku. Każdego dnia wiele się działo, co wszystkich działaczy i działaczki kosztowało dużo nerwów i pracy. Protest powoli tracił dynamikę. Po kilku tygodniach byliśmy już wymęczeni, ale postanawialiśmy jeszcze zwołać manifestację na 1 maja. Przyszło trochę ponad 200 osób. Mało - zwłaszcza pracowników Cegielskiego. Nie załamaliśmy się jednak, gdyż byliśmy przygotowani na frekwencyjne trudności. Marcel Szary w trakcie protestu nie wyglądał dobrze. Krwawił z nosa i dziąseł. Ostatecznie wylądował w szpitalu, z którego nie wyszedł przez kilka miesięcy. Podejrzenie – rak. Zorganizowaliśmy jeszcze dwie „płyty”, żeby udowodnić, że spowodowana chorobą nieobecność naszego lidera, nie kończy zmagań. Na przełomie czerwca i lipca zdiagnozowano u Szarego białaczkę.
    To jednak nie koniec opowieści. Kuracja Marcela Szarego początkowo przebiegała pomyślnie. Miał w sobie wiele siły. Na wiosnę 2008 roku wrócił do fabryki i zorganizował kolejne „płyty”, wprawiając wszystkich w osłupienie. Tym razem dyrekcja uznała je za jednoznacznie nielegalne. Prokuratura wszczęła śledztwo, a wiele miesięcy później sąd uznał Szarego, w obecności przybyłego na ogłoszenie wyroku tłumu pracowników Cegielskiego, winnym organizowania nielegalnego strajku. Karą była grzywna w kwocie kilku tysięcy złotych.
    Wiosną 2009 roku odbyły się kolejne wybory przedstawiciela załogi do zarządu Cegielskiego. Wygrał je po raz trzeci z rzędu Marcel Szary. Przy bardzo wysokiej frekwencji, głosowało na niego 72% załogi. Nigdy wcześniej nie miał tak silnego poparcia, jak w tym momencie. Jednak szykany trwały, a Rada Nadzorcza zawiesiła go w funkcji członka zarządu.
    Wreszcie dyrekcja nakazała zdemontować „płytę”. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to przejaw słabości. Robotnicy najpierw usiłowali ją bronić – symulując prowadzenie na niej prac, opóźniali demontaż. Wreszcie wykonano coś w rodzaju „płyty” zastępczej. Na terenie zakładów, z pięciu wsporników i blachy, zespawano niewysoki podest o powierzchni ok. jednego metra kwadratowego. Konstrukcję wywieziono z fabryki w tajemnicy. Szary stanął na niej w czasie dużej pikiety zorganizowanej 20 lipca 2009 roku przed brama główną Cegielskiego. Mówił wówczas: „Płyty były, są i będą”.
    Bezpośrednim powodem tego protestu była niezgoda na porozumienie, jakie pozostałe związki zawodowe podpisały z kierownictwem przedsiębiorstwa w sprawie za tzw. godziny postojowe. Prawie cała załoga nie miała już bowiem zajęcia i dyrekcja, niegodnie z przepisami, chciała obciąć wynagrodzenia o jedną trzecią. Nad zakłady Cegielskiego nadciągnęły czarne chmury. Wejście do Unii Europejskiej oznaczało koniec dla polskiego przemysłu stoczniowego. Nałożył się na to kryzys gospodarczy, który wybuchł jesienią 2008 roku. We wrześniu 2009 roku dyrekcja zakładu ogłosiła plan masowych zwolnień. Szary znowu był na pierwszej linii, a Inicjatywa Pracownicza i inne związki zawodowe odpowiedziały serią demonstracji. Redukcji nie udało się jednak powstrzymać i setki osób straciły pracę (obecnie HCP liczy niewiele ponad 500 osób załogi, od 2009 roku nie wyprodukowano żadnego silnika okrętowego). Rozebranie „płyty” zbiegło się z początkiem końca zakładów Cegielskiego.
    Pod koniec 2009 roku Marcel Szary poczuł się gorzej i wrócił do szpitala, gdzie zdiagnozowano u niego nawrót choroby. Jak pisały poznańskie media, zanim stracił przytomność, napisał jeszcze skargę do Inspekcji Pracy na warunki pracy pielęgniarek w szpitalu. Zapadł na sepsę.
20 marca 2010 roku, półtoratysięczna, anarchistyczna demonstracja w obronie skłotu Rozbrat stanęła nieopodal szpitala skandując jego imię i nazwisko. Nie mógł już tego usłyszeć. Zmarł 30 marca 2010 roku.

Jarosław Urbański


Tekst powstał w związku z wystawą „A Place Where We Could Go” (kurator: Stanisław Ruksza), w ramach projektu „Metropolis” w Centrum Sztuki Współczesnej Kronika w Bytomiu, w kontekście pracy Rafała Jakubowicza pt. „Płyta”.

Robotnicy sztuki. Komentarz do „Płyty” Rafała Jakubowicza

Bunt robotników buntem artysty, czyli co może sztuka? Rozmowa z Rafałem Jakubowiczem oraz Mikołajem Iwańskim

Poszkodowane przez firmę FMD Marcin Działowski sprzątaczki z poznańskiego uniwersytetu po raz kolejny przypomniały o sprawie swoich zaległych wynagrodzeń. 23 czerwca 2014 r. wspierane przez Inicjatywę Pracowniczą, poznańską sekcje Federacji Anarchistycznej oraz społeczność studencką udały się do Prezesa Sądu Okręgowego w Poznaniu, by zwrócić uwagę na to, że również za sprzątanie budynków sądu jest odpowiedzialna firma, która prowadzi szereg antypracowniczych i kontrowersyjnych praktyk. Przed budynkiem przedstawiono sprawę mediom oraz rozwinięto baner z hasłem: "Sprzątnąć wyzysk. Dość umów śmieciowych". Pismo zostało przyjęte przez wiceprezesa, który zapowiedział, że przyjrzy się warunkom pracy w sądzie.

 

FMD Marcin Działowski od listopada 2013 r. odpowiedzialna jest za utrzymanie czystości w obiektach Sądu Okręgowego w Poznaniu. Ta sama firma nie wypłacała wynagrodzeń pracownicom sprzątającym uniwersytet im. Adama Mickiewicza w pierwszej połowie 2014 roku. Po ujawnieniu sytuacji przez media, działaniach protestacyjnych podejmowanych przez związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza oraz Liście Otwartym w sprawie warunków zatrudniania wystosowanym przez doktorantów i pracowników naukowych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, kanclerz uniwersytetu Stanisław Wachowiak oświadczył, że uniwersytet rozwiązał umowę z FMD Działowski Marcin oraz wyraził oburzenie praktykami tego przedsiębiorcy, dodając, że „niestety jest to zjawisko powszechne w naszym kraju, zasługujące na szczególne potępienie społeczne oraz na potrzebę wystąpienia z inicjatywą ustawodawczą(...).”

 

Pod presją mediów oraz podejmowanych protestów w lutym i marcu 2014 r. część pracowników i pracownic, otrzymała zaległe wynagrodzenia z prywatnego konta Marcina Działowskiego. Jednak kolejne dziewięć poszkodowanych osób wciąż nie uzyskało zaległych wypłat.

 

Wykorzystywany przez firmę FMD Marcin Działowski wielostopniowy system podwykonawstwa utrudnia prawne dochodzenie roszczeń przez poszkodowane. Mimo że firma, która wygrała przetarg, jest zarejestrowana w Mielcu (ul. Zygmuntowska 12, 39-300 Mielec, gdzie jednak nie prowadzi biura i nie ma żadnych informacji wskazujących na siedzibę firmy), to szereg pracownic podpisywało umowy z firmą Smith Paper Limited zarejestrowaną w Londynie (pod adresem 28-29 Broadway Ealing Brodway London W5 2NP – gdzie również nie funkcjonuje żadne firmowe biuro) lub z innymi powiązanymi firmami, przykładowo FMD CLEANING, FMD SECURITY i inne. Niektóre pracownice otrzymały umowy bez podpisu pracodawcy lub wcale. Marcin Działowski poprzez swojego prawnika w odpowiedzi na wezwania do zapłaty wynagrodzeń, utrzymuje, że są one „całkowicie bezzasadne i bezpodstawne”, ponieważ dotyczą innego podmiotu (jednej z powiązanych i nieuchwytnych firm) mimo że – powtórzmy – to firma FMD Marcin Działowski wygrywała przetargi.

 

W złożonym do Prezesa Sądu piśmie Inicjatywa Pracownicza pisze, że: „z powyższych powodów jesteśmy przekonani, że presja społeczna, publiczne napiętnowanie praktyk firmy oraz zrywanie umów z firmą FMD Marcin Działowski przez społecznie odpowiedzialne instytucje publiczne – wydają się być najbardziej skutecznymi sposobami na zmuszenie firmy FMD Działowski Marcin do respektowania podstawowych praw pracowniczych”.
Sąd Okręgowy w Poznaniu i Uniwersytet im. Adama Mickiewicza nie są jedynymi instytucjami publicznymi, które korzystają lub korzystały z usług firmy FMD Działowski Marcin. Firma wygrywa wiele przetargów w instytucjach publicznych na terenie całej Polski. Dotyczy to sądów rejonowych (min. w Lublinie, Łodzi, Radomiu), budynków prokuratury (Prokuratura Apelacyjna w Białymstoku, Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu), uczelni wyższych (min. Politechnika Lubelska, Politechnika Śląska, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej), urzędów miasta (min. miasta Warszawy dla Dzielnicy Praga Południe, Urząd Dzielnicy Bemowo Miasta Stołecznego Warszawy), Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej, urzędów skarbowych, miejskich bibliotek i ośrodków sportu, a nawet Biura Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Na nieprawidłowości wskazywano nie tylko w przypadku personelu pracującego na rzecz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Według doniesień medialnych czy relacji samych pracowników – są też inni poszkodowani, którzy z ramienia tego przedsiębiorcy lub firm z nim powiązanych wykonywali prace sprzątając np. w biurowcu ZUS w Ostrowie Wlkp, w Płocku, Gorzowie czy Łodzi. Pracownicy skarżyli się, że zmuszeni byli finansować środki czystości z własnych funduszy. Nie otrzymali oni umów o pracę, lecz o dzieło, mimo że charakter ich pracy często mógł wypełniać kodeksową definicję stosunku pracy. Pracownicy dbający o porządek w Sądzie Rejonowym i Uniwersytecie Technologiczno-Humanistycznym w Radomiu zostali zwolnieni z dnia na dzień bez słowa wyjaśnienia. Posiadali umowy bez podpisu, podpieczętowane przez londyńską firmę. Gdy pod koniec lutego miała miejsce kontrola Państwowej Inspekcji Pracy na terenie Sądu Rejonowego Radomia, nie można było nawiązać kontaktu z lokalną koordynatorką FMD Działowski Marcin.

 

Inicjatywa Pracownicza poprosiła o zabranie stanowiska przez Prezesa Sądu Okręgowego w niniejszej sprawie, potępienie praktyk firmy FMD Marcin Działowski oraz wywarcie presji na FMD Działowski Marcin jak i firmy z nim powiązane, by te wypłaciły poszkodowanym przez nią sprzątaczkom zaległe wynagrodzenia. Ponadto wniosła o sprawdzenie, czy na terenie Sądu nie dochodzi do naruszeń praw osób podzatrudnianych przez wyżej wskazanego przedsiębiorcę.

 

W liście czytamy również: „Stoimy na stanowisku, że szereg kontrowersyjnych, antypracowniczych praktyk stosowanych przez FMD Działowski Marcin nie może być akceptowany w instytucjach publicznych, stąd – naszym zdaniem – zasadnym, odpowiedzialnym i godnym społecznej aprobaty działaniem byłoby zrywanie umów z tym przedsiębiorcą. Równocześnie pragniemy wyrazić nasze zaniepokojenie tym, że Sąd Okręgowy w Poznaniu, jako instytucja zaufania publicznego, która powinna dawać przykład tego, jak powinny wyglądać relacje zatrudnienia, w przypadku personalu sprzątającego korzysta z systemu podwykonawstwa i firm podwykonawczych takich jak FMD Działowski Marcin, których praktyki bezpośrednio uderzają w pracowników i pracownice”.

Inicjatywa Pracownicza wraz z osobami z poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej, zorganizowała w Poznaniu protest pod sklepem Apple. Odbył sie on w ramach Europejskich Dni Akcji. Podobne protesty miały miejsce również w innych miastach Europy, a także w Warszawie. Protestowano przeciwko nieludzkim warunkom pracy w fabrykach Foxconn - producenta sprzętu marki Apple. Chodzi o ukazanie realnego obrazu działalności koncernu, którego głównym komunikatem wizerunkowym jest społeczna odpowiedzialność. Tymczasem istnieje rozdźwięk pomiędzy marketingową iluzją a rzeczywistą praktyką wyzysku i przemocy.

 

Pikieta miała miejsce w centrum handlowym Stary Browar pod sklepem iSpot. Uczestniczyli w niej członkowie OZZ Inicjatywa Pracownicza, a dałączyli także związkowcy z Sierpnia 80 oraz aktywiści Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Podczas przemówień przypominano, że jedynie 2 proc wartości produkcji iPhonów i iPadów przeznaczane jest na wynagrodzenia dla pracowników w Chinach, a zysk operacyjny koncernu wynosi blisko 60 proc. W związku z tym skandowano: „Apple zyskuje, Foxconn wyzyskuje”, „Stop wyzyskowi” i „Żaden iPhone nie pomoże Ci w strajku”.

 

Uczestnicy protestu zwrócili również uwagę na problem niskopłatnej pracy i wyzysku w przemyśle elektronicznym w Polsce. Była pracownica fabryki Chung Hong Electronics przypomniała strajk w firmie z sierpnia 2012 r. na terenie podwrocławiskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Podwykonawca LG dokonał wtedy nielegalnego lokautu. Koncerny elektroniczne obrały na celownik również kraje Europy Środkowo-Wschodniej, przykładowo Foxconn zbudował swoją fabrykę w Czechach.

 

Podczas akcji zaprezentowano książkę „Niewolnicy Apple’a”, wydaną przez poznańskie wydawnictwo Bractwo Trojka, opisującej walki społeczne w Chinach. Od samego początku uczestnicy byli obserwowani przez ochroniarzy Starego Browaru. Po pół godzinie na miejscu pojawili się funkcjonariusze policji, którzy następnie otoczyli i wylegitymowali część osób biorących udział w proteście.

 

Podobną akcję IP zorganizowalo 15 maja w Warszawie pod sklepem iSpace na Nowym Świecie. Podczas protestu na chodniku pojawił się obrys ofiary samobójstwa mający przypomnieć falę samobójstw wśród pracowników Foxconna w 2010 r. Rozdawano ulotki i rozwinięto transparent z hasłem „Precz z wyzyskiem”. Akcja spotkała się z przychylnym odbiorem przechodniów oraz klientów opuszczających sklep Apple'a.

12 marca pięć osób sprzątających uniwersytet w Poznaniu, w których imieniu występowała Inicjatywa Pracownicza, dostały zaległe wynagrodzenia. Przelew na ich kontach wpłynął po interwencji prawnej związku oraz dwa dni po pikiecie na Wydziale Nauk Społecznych.

 

Co ciekawe, pieniądze na ich konta wpłynęły nie od firmy Smith Paper Limited z Londynu, z którym sprzątaczki miały podpisane umowy, lecz z prywatnego konta Marcina Działowskiego. Jest on szefem firmy FMD Marcin Działowski, która wygrała przetarg na UAM oraz kontroluje również wspomnianą firmę z Londynu. Jeszcze przed tygodniem zrzucał z siebie odpowiedzialność – tak samo jak rektor uniwersytetu – tłumacząc, że firma, która wygrała przetarg nie była faktycznym pracodawcą. Inicjatywa Pracownicza otrzymała list od pełnomocnika FMD Marcin Działowski, który pisał: „Działając w imieniu i na rzecz Marcina Działowskiego prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą FMD Marcin Działowski w odpowiedzi na wezwanie do zapłaty wynagrodzeń, wskazuję, że jest ono całkowicie bezzasadne i bezpodstawne”. Pełnomocnik straszył również związek sądem za podawanie fałszywych informacji. Firma FMD Marcin Działowski obsługuje wiele instytucji publicznych, w tym sądy czy biuro rzecznika praw obywatelskich.
W tym wypadku drabina podwykonawstwa służyła do tego, by utrudnić pracownikom dochodzenie swoich praw i roszczeń. Na tym przykładzie widać też, że poza drogą formalną-prawną skuteczną metodą walki o prawa pracownicze jest uderzenie w tę instytucje, która czerpie korzyści z wielokrotnego outsourcingu kosztem pracowników – w tym wypadku UAM. Wywieranie presji na te podmioty – poprzez protesty, opinię publiczną i budowanie szerszych koalicji – przynosi efekty dla tych, którzy stoją na dole podwykonawczej drabiny.

 

Problem jednak nie został rozwiązany całościowo, dlatego że pieniądze otrzymały tylko te osoby, w imieniu których bezpośrednio występował związek. Firma z Londynu jednak zatrudniła blisko 20 osób. Do związku zgłaszają się kolejne poszkodowane osoby. Wciąż nierozwiązana zostaje również kwestia umów śmieciowych oraz tego, że 60 proc. personelu technicznego wykonującego pracę na rzecz uniwersytetu zatrudniona jest przez podwykonawców. W maju 2014 r. UAM ogłosi kolejne przetargi na usługi sprzątające. Inicjatywa Pracownicza zapowiada, że będzie śledzić, jakie warunki pracy zostaną zaoferowane tym razem. Wciąż również będziemy zachęcać pracowników merytorycznych i technicznych pracujących dla i na rzecz UAM do wspólnego organizowania się w miejscu pracy.

 

W imieniu pracownic dziękujemy wszystkim osobom, które je poparły na pikietach oraz poprzez podpisanie Listu Otwartego w sprawie zatrudniania na UAM. Szczególnie ten ostatni – podpisany przez pracowników naukowych – był ważnym gestem solidarności i pokazał, jak pilna jest dyskusja o prawach pracowniczych na uniwersytecie. Razem jesteśmy silniejsi!

Na Wydziale Nauk Społecznych poznańskiego uniwersytetu odbyła się pikieta pod hasłem „Sprzątnąć wyzysk z UAM” - zorganizowana przez Poznańska Komisja Międzyzakładowa Inicjatywy Pracowniczej i Federacje Anarchistyczną - sekcja Poznań. Przypomnijmy, w zeszłym roku jesienią UAM zlecił podwykonawcy FMD Marcin Działowski z Mielca sprzątanie pomieszczeń Wydziału Nauk Społecznych. Sprzątaczki jednak podpisywały umowę z firmą SMITH PAPER LIMITED z siedzibą w Londynie
Miały pracować na umowy o dzieło na kwotę ok. 800 zł miesięcznie. Nie dostały jednak żadnych wynagrodzeń od grudnia 2013 r., po czym część z nich została zwolniona. Zostały bez pracy i dochodu, nie mają również szans na zasiłek. Dla części praca ta była jedynym źródłem utrzymania rodziny, w tym małych dzieci. Do związku zgłaszają się kolejne poszkodowane osoby.

 

Na pikiecie przypominano, że uniwersytet jako ważna instytucja publiczna i jako jeden z największych pracodawców w Poznaniu powinien dawać przykład tego, jak mają wyglądać relacje zatrudnienia. To tego typu placówki wyznaczają standardy stosunków pracy. Tymczasem UAM korzysta z niejasnych i uderzających w pracowników praktyk firm podwykonawczych. Decydenci doskonale zdają sobie sprawę, że największe oszczędności uzyskuje się nie na cięciu kosztów środków czystości, ale pracy, poprzez wprowadzenie np. śmieciowych umów. Zauważano, że personel sprzątający powinien mieć umowę o pracę – wykonuje swoją pracę w wyznaczonym miejscu i czasie, pod kontrolą przełożonych, co wypełnia kodeksową definicję stosunku pracy. Skandowano: „Dość łamania praw pracowniczych”, „UAM wyzyskuje” oraz „Stop umowom śmieciowym”.

 

W imieniu pracowników naukowych, który podpisali „List otwarty w sprawie warunków zatrudniania przez Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu” wypowiedział się doktorant socjologii, zwracając również uwagę na trudną sytuację doktorantów oraz innych akademików, którzy również coraz częściej nie mają stałej umowy o pracę. Sygnatariusze listu piszą: „(...) z całą stanowczością sprzeciwiamy się dopuszczaniu przez Uniwersytet możliwości umywania rąk w sytuacji, gdy szkodę – częściowo za jego własną sprawą – ponoszą członkinie jego wspólnoty. Uważamy, że uniwersytet ma etyczny (nie prawny – z tym się wszak potrafił łatwo uporać) obowiązek zadośćuczynienia za poniżenie zatrudnianych na jego zlecenie pracownic, jak również realnego wsparcia ich działań związanych z odzyskiwaniem niewypłaconych wynagrodzeń i zapewnienia im bezpłatnej pomocy prawnej. Domagamy się także włączenia do warunków ewentualnych przyszłych przetargów obowiązku zatrudniania przez firmy zewnętrzne pracowników na umowy o pracę. Uniwersytet nie może, z jednej strony, wyrażać ustami swego kanclerza oburzenia na istniejący stan prawny, a z drugiej, próbować czerpać z niego zysków. Wprowadzanie dobrych, prospołecznych praktyk powinien rozpocząć od siebie. Potem zaś, zgodnie ze swoją historyczną rolą, dawać przykład innym”.

 

Odczytano również list solidarnościowy od pracowników i pracownic Galerii Miejskiej „Arsenał”, w którym piszą: „Komisja Zakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu wyraża solidarność z pracownicami sprzątającymi pomieszczenia Wydziału Nauk Społecznych UAM w Poznaniu od 1 grudnia 2013 roku. (…) Uważamy, że tak znacząca, również na rynku pracy, instytucja publiczna, jaką jest Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, powinna wziąć odpowiedzialność za niesprawiedliwą sytuację, jaka dotknęła pracowników wykonujących swoje obowiązki na terenie uczelni. Apelujemy do władz Uniwersytetu o pomoc w odzyskaniu przez poszkodowanych zaległych wynagrodzeń oraz wprowadzanie w życie przy kolejnych przedsięwzięciach dobrych praktyk w obszarze relacji pracowniczych i warunków pracy”.

 

Rektor UAM Bronisław Marciniak obiecał sprzątaczkom 26 lutego 2014 r., że załatwi sprawę „po uniwersytecku”. Oznaczało to jednak tylko to, że do tej pory kanclerz UAM, Stanisław Wachowiak, wyraził na piśmie oburzenie praktykami firmy FMD Działowski, jednak nie uznał sprzątaczek za pracowników UAM i zostawił je same stwierdzając, że „roszczenia podwykonawców podlegają rozpoznaniu przez właściwe sądy” (Czytaj oświadczenie kanclerza)

 

Apelowano do pracowników uniwersytetu, naukowych i technicznych, studentów oraz doktorantów o wsparcie personelu sprzątającego i wspólnego organizowania się przeciwko pogarszającym się warunkom pracy. Przypominano, że w wielu przypadkach pracownicy uczelni występowali przeciwko komercjalizacji np. placówek kultury (jak ostatnio Galerii Miejskiej Arsenał), co oczywiście łączyło się z obroną stabilnych i etatowych form zatrudnienia, na jakich pracuje wciąż większość wykładowców i innych pracowników UAM. I słusznie! Dziś jednak, kiedy problem dotyczy uniwersyteckich sprzątaczek, poza osobami które podpisały „List otwarty” głosów oburzenia na UAM jakoś nie słychać. W rozdawanej ulotce można było przeczytać: „Z jednej strony zatem mamy profesora, przeważnie mężczyznę, zatrudnionego na stałą umowę o pracę, zarabiającego 5700 zł miesięcznie, a z drugiej sprzątaczkę, prawie zawsze kobietę, zatrudnioną na „śmieciową umowę”, zarabiającą 800 zł miesięcznie. Różni ich wszystko: władza, zarobki, prestiż i płeć. Czy dlatego sądzicie, że problemy „Waszych” sprzątaczek mogą być ignorowane?!”.

 

Inicjatywa Pracownicza wspiera poszkodowane osoby prawnie i zapowiada dalsze protesty, aż władze UAM nie poczują się odpowiedzialne za zaistniałą sytuację.

Domagamy się:

(1) Wypłaty zaległych wynagrodzeń przez Uniwersytet, który może mieć z tego tytuły roszczenia do swoich podwykonawców;

(2) Zatrudnienia zwolnionych osób;

(3) Uwzględnienia w zapisach dotyczących przetargów wymogu zawarcia umowy o pracę, jak też mechanizmów gwarantujących, że podwykonawcy regularnie wypłacają wynagrodzenia pracownikom lub zaniechania outsourcingu;

(4) Publicznej dyskusji na temat warunków pracy na uniwersytecie, w tym praktyk zatrudniania personelu technicznego na umowach śmieciowych (np. umowach o dzieło i zlecenie).

W Stanach Zjednoczonych „Union busting is disgusting” – czyli „zwalczanie związków zawodowych jest obrzydliwe” – to dobrze znany slogan. W lutym 2011 r., w Wisconsin, podczas jednego z najbardziej imponujących protestów ostatnich lat, 100 tys. osób zgromadzonych w magistracie krzyczało „What's Disgusting? Union Busting!” do polityków, którzy głosowali za prawem uderzającym w związki zawodowe. To samo zdarzyło się Chicago  – zobaczcie, jak można popsuć możnym dobrą zabawę. W grudniu 2012 r., gdy amerykański ruch Occupy doprowadził do zamknięcia portu w Oakland w odpowiedzi na ataki na związek zawodowy stoczniowców (przez zastraszanie ich, nachodzenie w domach, zatrudnianie łamistrajków) – slogan zjednoczył tysiące.

 

Profesjonaliści do wynajęcia

 

Zwalczaniem związków zawodowych babra się cała rzesza specjalistów: prawników, akademików, socjologów, ekonomistów, dziennikarzy i rzeczników prasowych. Doradzają jak dyscyplinować i zwalniać za pomocą prawnych kruczków, presji, zastraszania (w tym fizycznej przemocy), lokautów, zwolnień czy żółtych związków zawodowych. Fundacje i ośrodki szkoleniowe prowadzą w tym zakresie seminaria dla prezesów, dyrektorów zarządzających, właścicieli firm, dyrektorów personalnych i kierowników działów kadr. Są one prowadzone przez doświadczonych stażem sędziów sądu pracy, inspektorów PiP, autorów artykułów w prawniczych czasopismach i wreszcie tych, którzy tworzą prawo pracy. Pytania, na jakie (tak rzetelnie i profesjonalnie) mają one odpowiadać to min.: jak – sprawnie i skutecznie – rozstać się z pracownikiem, który jest członkiem organizacji związkowej? jakie są tryby postępowania w sprawie ukarania pracownika? Jak uznać strajk za nielegalny? I moje ulubione: kiedy można kreatywnie rozwiązać stosunek pracy w trybie art. 52 KP (czyli poprzez zwolnienie dyscyplinarne)? Czytajcie.
Günter Wallraff w książce „Z nowego wspaniałego świata”, w rozdziale „Wszelkie chwyty dozwolone” opisuje dokonania prawnika Helmuta Naujoksa z Düsseldorfu i innych niemieckich prawniczych korporacji pomagających pracodawcom zwalniać niewygodnych pracowników. Gdy trzeba, nie zawahają się odwołać do terroru psychicznego, wynająć („nieznanych sprawców”) do pobicia związkowców ,izolować „wichrzycieli” od reszty pracowników czy zatrudnić „detektywów”, by nachodzili ich po domach. Wszystko pod mottem: „Osiągamy cele. Prawo silniejszego jest wpisane w naturę każdego działania. Zwycięża ten, kto lepiej opanował technikę i taktykę. Dlatego nie zajmujemy się całą dziedziną prawa, tylko tym, co najważniejsze – prawem pracy. Dla pracodawcy” (tamże, s. 258).
To nie jest specyfika amerykańskich czy niemieckich stosunków przemysłowych. To rzeczywistość walki klasowej, w której jedna ze stron chce spacyfikować narzędzia drugiej. Jeśli samoorganizacja pracowników może zniszczyć balans sił sprzyjający pracodawcom, to ci zrobią wszystko, by temu zapobiec: albo dyskursywnie, jak od lat uczy nas Balcerowicza o tym,  że każda organizacja pracownicza psuje „spokój społeczny” i „harmonię wolnego rynku”, na którym spotykają się równe sobie podmioty; albo faktycznie: przy pomocy represji,  stosując kruczki sądowo-prawne czy rozwiązania siłowe.

 

JP Weber –  union-busting po polsku

 

Moim ulubionym przykładem union-bustingu po polsku już od ponad roku jest JP Weber, spółka komandytowa, firma doradcza Chung-Hong, LG Electornics, S&T Daewoo, Wedla i szeregu innych firm, zwłaszcza koreańskich, w polskich Specjalnych Strefach Wyzysku. Gdy pracownicy Chung Hong latem 2012 r. zorganizowali strajk, to ona doradzała pracodawcy, jak najłatwiej się ich pozbyć – poprzez zwolnienie większości strajkujących, co jest jednym z bardziej bulwersujących przykładów rozprawiania się z protestami pracowniczymi po 1989 r.

W grudniu 2013 r. okazało się, że JP Weber, reprezentując Chung Hong, przegrała sprawy sądowe. Zwolnienia okazały się nielegalne, a firma ma wypłacić słone odszkodowanie i przywrócić jednego ze związkowców. Przedstawiciele JP Weber doradzali pracodawcy jak pozbyć się związku zawodowego od samego początku jego założenia w fabryce.  To w ramach ich konsultacji w momencie zaostrzenia się konfliktu (tuż po wygranym dla związku referendum strajkowym),  dyscyplinarnie zwolniono jedną z osób, która organizowała spór zbiorowy w zakładzie . To na ich wniosek dokonano lokautu, a następnie w sądzie pracy  utajniono obrady. Miało to wyciszyć potencjalne protesty, rozbić ruchu społeczny wokół sprawy i uniemożliwić opinii publicznej śledzenie tego, czy strajkujący pracownicy mogą wygrać. W sądzie prawniczka Chung Hong, Joanna Sułowicz próbowała podważyć wiarygodność członka OZZIP, twierdząc, że „konfabuluje” – na co przedstawiła fikcyjne dowody (min. sfałszowany przez pracodawcę czas pracy jednego z pracowników).

Równolegle, gdy OZZ Inicjatywa Pracownicza wniosła sprawy do sądu pracy, prawnicy Chung Hong donieśli do prokuratury o popełnieniu przestępstwa, jakiego rzekomo dopuścił się związek i strajkujący – czyli „nielegalnego strajku”. Prokuratura już od ponad roku przesłuchuje świadków w tej sprawie i ma zadecydować czy umarza sprawę, czy wnosi ją do sądu karnego. Przesłuchania  ciągną się tak długo, gdyż JP Weber powołuje cały czas nowych świadków w sprawie (obecnie jest ich ok. 50). Początkowo była to ich strategia do tego, by jeszcze bardziej wydłużyć sprawy w sądzie pracy (zwyczajowo sąd pracy nie wydaje wyroku, póki nie rozstrzygnie się sprawa w prokuraturze). Była zatem realna groźba, że postępowanie procesowe w sądzie pracy zostanie zawieszone na czas wyniku sprawy w prokuraturze. Sąd pracy uznał jednak, że jest to niesprawiedliwe wobec zwolnionych pracowników i  kontynuował rozprawy. Te prawne represje, choć odroczone, są nadal aktualne, gdyż przesłuchiwani w prokuraturze członkinie i członkowie OZZIP w formie świadków mogą zostać uznani za podejrzanych. JP Weber próbował szykanować zwolnione/ych i członkinie/ów OZZIP także na inne sposoby. Kilka osób ze strajkujących dostało wezwanie do zapłaty za straty poniesione przez Chung Hong w wyniku strajku (15 tys. zł od osoby). Sprawa nadal nie jest rozstrzygnięta, ale póki co ucichła.

JP Weber próbuje nękać OZZ Inicjatywę Pracowniczą jeszcze innymi sposobami. Obecnie trwa sprawa przeciwko członkom OZZIP, w której (z doniesienia do policji przez JP Weber) oskarżono ich o przeprowadzenie nielegalnej zbiórki publicznej. Na bezpodstawność tych zarzutów wskazał już sąd karny we Wrocławiu, uniewinniając jedną osobę z zarzutu zorganizowania nielegalnej zbiórki podczas kuchni społecznej w klubie Falanster. Zarówno w tej sprawie, jak i w 4 pozostałych, świadkiem była Joanna Sułowicz, prawniczka z JP Weber. Firma prawnicza groziła również OZZIP, domagając się sprostowania, gdy w biuletynie związku ich profesją nazwano pomoc w tłumieniu protestów pracowniczych (na ten temat czytaj więcej: JP Weber poza krytyką związków?.) Ponadto chcieli cenzurować stronę Think Tanku Feministycznego, grożąc kolejnymi pozwami m.in. za oczernianie firmy Chung Hong i marki LG.

Szef JP Weber, Maciej Dudarski i radczyni prawna Joanna Sułowicz myślą, że dobrze wiedzą, jak profesjonalnie zadbać o niewolnicze stosunki pracy, gnębić pracowników, zwalczać działalność związkową, świadczyć profesjonalne usługi w zakresie manipulowania faktami i dowodami. Na swojej stronie przedstawiają się jako specjaliści w dziedzinie doradztwa dla przedsiębiorców, w zakresie takich zagadnień (cytuję za http://www.jpweber.com/advisory-prawo-pracy), jak: „Negocjacje ze związkami zawodowymi, zabezpieczanie interesów pracodawcy w stosunku do pracowników”, „Dopasowanie warunków wynikających z prawa pracy do celów działalności gospodarczej”, „Obsługa przy zwolnieniach grupowych i opracowywanie strategii przy wycofaniu z inwestycji” i „Nowoczesne narzędzia dotyczące elastycznego czasu pracy”.

 

JP Weber – śmieciowe inwestycje

 

Ale to nie wszystko. JP Weber obsługuje prawnie całą specjalną strefę ekonomiczną LG pod Wrocławiem, a także innych inwestorów zagranicznych. Specjalizuje się nie tylko w doradzaniu konkretnym korporacjom, jak kreatywnie przejmować środki publiczne i jak nie płacić podatków, ale także służy pomocną ręką administracji publicznej, o czym informuje w swoich poradnikach pt. „The Things You Have To Know” (przewodnik dla koreańskich inwestorów w Polsce), czy  „Investor's Guide-Poland. How to do Business”. Są to kompendia wiedzy o warunkach prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce kosztem pracownic i pracowników. Ostatnią pozycję zachwala na swojej stronie Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych S.A., następczyni spółki akcyjnej skarbu państwa założonej w 1992 r. W tych poradnikach nie znajdziecie słowa o tym, czy i jak w Polsce mogą działać związki zawodowe, za to wiele przechwałek o tym, jak niskie są tutaj koszty pracy. Przykładowo, we wspomnianym przewodniku dla koreańskich inwestorów  znajduje się tabela porównująca średnią płacę misięczną
w elektronice w Niemczech, Korei, Czechach i Polsce (odpowiednio 4240 dolarów, 2075 dolarów, 1534 dolarów i 1100 dolarów w danym roku). Obok niskich kosztów pracy kluczowym argumentem do rozpoczęcia biznesu w Polsce są zwolnienia podatkowe, w uzyskania których (usłużnie) pomoże JP Weber (obniżka podatku cit i od nieruchomości, granty, kredyty technologiczne itd).

JP Weber wraz pod kuratelą prezydenta Komorowskiego objeżdża Koreę i Mongolię [czytaj tutaj i tutaj ], w poszukiwaniu inwestorów, których można ściągnąć do Polski . Podczas swojej misji promuje to, co w Polsce „najlepsze” : czasowe, śmieciowe umowy czy zgrabne wyprowadzanie środków publicznych do sektora prywatnego. W komunikacie z 17 grudnia 2013 r. pod doniosłym tytułem „JP Weber gains next landmark judgment on labour law”  („JP Weber doprowadza do przełomowego wyroku dotyczącego prawa pracy”), spółka przechwala się tym, że wygrała z pracownikami, którzy (w tej samej strefie LG pod Wrocławiem) założyli związek zawodowy i którym pracodawca nie przedłużył czasowych umów o pracę (zobacz). Z usług JP Weber, w tym również w zakresie zastępstwa podczas negocjacji prowadzonych w ramach spotkań Wojewódzkiej Komisji Dialogu Społecznego (na Dolnym Śląsku), korzysta bowiem także LG Chem czy LG Electronics pozostający w konflikcie z działającą tam organizacją związkową. Pracownik LG, który przegrał sprawę, utrzymywał, że nieprzedłużenie czasowej umowy wynikało z dyskryminacji na gruncie działalności związkowej i domagał się stałej umowy o pracę. Sąd odrzucił roszczenie. Dla JP Weber sprawa jest przełomowa z dwóch powodów: po pierwsze, że do tej pory polskie sądy utrzymywały, że nie należy zawierać czasowych umów na dłuższe okresy czasu pracy. Po drugie, potwierdziło się to, że wolno zawierać wieloletnie czasowe umowy wtedy, gdy dopasowane są do planów inwestycyjnych pracodawcy i gdy pracownik pisemnie i dobrowolnie nie wyrazi wobec tego sprzeciwu. Jakie są tego konsekwencje, dobrze wie ok. 30 proc. pracowników w Polsce, którzy pracują na „śmieciówkach”.

 

Kto sieje nędzę, ten zbiera gniew!

 

Wiele bym dała, by dowiedzieć się ile kosztuje firmy takie, jak LG czy Chung-Hong, otrzymujące dotacje od państwa z tytułu inwestowania w strefie ekonomicznej, obsługa prawna przez firmę JP Weber? Wcale nie dlatego, że troszczę się o kieszenie pracodawców, ale raczej dlatego by wiedzieć, w której dokładnie kieszeni lądują państwowe dotacje.

Inną ciekawą kwestią jest też to, czy w ogóle pracodawca odczułby wzrost kosztów pracy, gdyby zrealizował choć część stawianych przez pracowników żądań podczas strajku (jak np. 300 zł podwyżki dla wszystkich)? A może więcej dostał już JP Weber? Realia w przemyśle elektronicznym są takie, że właściciele marek i fabryk przeznaczają niewielką kwotę na płace, przykładowo  Apple produkujące iPhona przeznacza na koszty pracy przy komponentach i montażu w Chinach jedynie 1,8 proc. wartości produkcji  (zobacz tabela: „Niewolnicy Apple'a. Wyzysk i opór w chińskich fabrykach Foxconna”, Pun Ngai i in, Bractwo Trojka, str. 19). Ile kosztują wydatki pracodawców na ochroniarzy, detektywów i prawników, zapobiegających wybuchom pracowniczego gniewu, po to, by utrzymać ten nierówny i niewolniczy model produkcji? Jedynie dla żartu dobrze byłoby wiedzieć, jaką kwotę, którą dostaje od Chung-Hong, JP Weber przeznacza na organizację corocznego turnieju golfowego dla inwestorów i ich przyjaciół (zobacz zdjęcia)?

 

Na koniec

 

JP Weber na każdą krytykę reaguje pismem przedprocesowym. Wielokrotnie nasyłali też na moich przyjaciół policję i sądy. Będą chcieli i teraz, uzbrojeni w paragrafy i aparat niesprawiedliwości dowiedzieć się, kto teraz psuje im markę. Proponuję, by psuło ją tysiące postów, lajków i okrzyków: "What's Disgusting? JP Weber!” i „Kto sieje nędzę, ten zbiera gniew!”.

PS. Jeśli chcielibyście powiedzieć to osobiście, polecamy: Marcin Dudarski http://www.jpweber.com/pl/kontakt czy na adres: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. . Można też dzwonić: Wrocław: +487136 99 630, Warszawa: +4822630 66 22) i rozsyłać w świat dwa memy:

 

mem 1

mem 2

 

1 maja 2013 r. około 200 osób przeszło ulicami Wrocławia w proteście pod hasłem "Specjalna Strefa Wyzysku: Polska". Wśród demonstrantów znaleźli się też członkowie i członkinie OZZ Inicjatywa Pracownicza min. ze Śląska, Wrocławia, Poznania, Gorzowa Wielkopolskiego czy Warszawy. Protestowano przeciwko niskim zarobkom, głodowym emeryturom, umowom śmieciowym, czy represjom za organizowanie się w miejscu pracy. Manifestanci skandowali: "Najpierw ludzie, później zyski", "Dość terroru pracodawców", czy "Rząd do roboty za 1500 zł". Pojawiły się transparenty: „Jest opresja – jest opór”, „1 maja – walczymy o swoje od 1890” czy „8 godzin pracy i ani minuty dłużej”.

Organizatorem demonstracji była koalicja lokalnych środowisk lewicowych: Klubu Krytyki Politycznej we Wrocławiu, Polskiej Partii Socjalistycznej, Młodych Socjalistów oraz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

 

Przemaszerowano przez centrum Wrocławia, zatrzymując się przed agencją pracy tymczasowej Work Service (skandując „Praca tymczasowa – dyskryminacja stała”), przed biurami Platformy Obywatelskiej (skandując „Wrocław wolny od Platformy”) oraz przy Agencji Rozwoju Przemysłu, instytucji odpowiedzialnej za Specjalne Strefy Ekonomiczne w regionie. Przy tej ostatniej OZZ Inicjatywa Pracownicza protestowała już kilkukrotnie po rozbiciu strajku w Chung Hong. 1 maja przemówił w tym miejscu ponownie Krzysztof Gazda – zwolniony z pracy działacz Inicjatywy Pracowniczej. Pytał: "Po co istnieje ta instytucja, jeśli nie jest w stanie zapewnić przestrzegania najbardziej podstawowych praw pracowniczych na strefach?". Pracownicy nieśli transparent: „Chung Hong wyzyskuje, LG zyskuje”.

 

Wrocławska 1 majowa manifestacja wzbudzała duże zainteresowanie przechodniów, którym organizatorzy rozdawali specjalnie wydrukowany na ten dzień biuletyn (gdzie znalazły się również materiały przygotowane przez Inicjatywę Pracowniczą): Zobacz PDF

 

Zobacz zdjęcia: mmwrocław.pl 1, 2


Manifest Koalicji 1 maja

Specjalna Strefa Wyzysku – Polska

 

Nasza codzienność to redukcje zatrudniania, zamykane zakłady pracy i rosnące bezrobocie; to likwidowane publiczne żłobki, przedszkola i szkoły, to podwyższenie wieku emerytalnego; to upadek kolei i służby zdrowia;to wzrost cen i kosztów życia, to rozbijanie prawa pracy, to nisko płatne nadgodziny, to niedające żadnego poczucia bezpieczeństwa praca czasowa i umowy śmieciowe; to mobbing w miejscu pracy, to obcięcie wydatków socjalnych i tych na edukację i kulturę; to dzieci idące do szkoły głodne; to dyskryminacja kobiet, ich niższe zarobki, ich ciężka niepłatna praca w domu; to emeryci i renciści,oszczędzający na jedzeniu, żeby mieć na leki; to call center i bary, gdzie pracować będzie po studiach nasza wyedukowana młodzież; to emigracja, coraz częściej jedyne wyjście dla wielu z nas.

 

Polska to poligon kapitalizmu w najgorszym w Europie wydaniu. Transformacja ustrojowa, wprowadziła w naszym kraju wyzysk niespotykany od przedwojnia. Polska stała się dla Europy i świata zasobem taniej siły roboczej. Tą tanią siłą roboczą jesteśmy właśnie my ?pracownicy. Zarabiamy mało, bez gwarancji na godną emeryturę, a jedyne co mamy na poziomie Europy Zachodniej, to ceny. Kolejne rządy to nic więcej jak syndyk masy upadłościowej po PRL, wyprzedające za bezcen wypracowany przez naszych rodziców i dziadków majątek,aby pokryć rosnące długi. Dialog społeczny nie istnieje, a demokracja w Polsce to tylko fasada. Dla polityków ważniejszy jest interes zagranicznych i krajowych inwestorów niż obywatele.

 

Fatalną socjalną sytuację Polaków potęguje tylko trwający właśnie kryzys ekonomiczny. Dlaczego jednak za kryzys płacić mają pracownicy, anie ci, którzy go wywołali – bankowcy, deweloperzy, politycy,wielkie firmy? Koszty ich chorobliwej żądzy zysku, zysku za wszelką cenę, płacimy my. Nie możemy na to pozwolić. Nie może być tak,że najmniej zarabiający fundują wysokie zarobki prezesów,menadżerów i polityków. To oni są przecież odpowiedzialni za aktualną sytuację gospodarczą. Jednak to nie kryzys jest przyczyną naszej sytuacji, to kapitalizm jest właśnie permanentnym kryzysem.Specjalne strefy ekonomiczne, do których nawiązujemy w haśle naszej demonstracji, to tylko wyraźny, namacalny symbol tych zmian,które czynią z naszego kraju raj dla turbokapitalizmu, raj wyzysku.

 

Politycy zasiadający w sejmie nie stoją dziś po stronie pracowników. Są ściśle związani z biznesem, zasiadają w zarządach prywatnych spółek,uchwalając korzystne tylko dla nich prawa. Jeżeli nie zaczniemy protestować, naciskać, żądać, wszystko będzie iść dalej w tym samym kierunku – biedni będą biednieć, bogaci się bogacić, a politycy w parlamencie to wszystko potwierdzą przegłosowując kolejne ustawy. Będą dalej rozmontowywać prawo pracy, likwidować osłony socjalne i uchwalać coraz to większe przywileje dla firm i przedsiębiorców. Dlatego chodźcie z nami świętować Międzynarodowe Święto Ludzi Pracy, bo tylko idąc razem jesteśmy w stanie to zatrzymać i sprawić, że nasz kraj przestanie być specjalną strefą wyzysku, a stanie się przyjaznym dla społeczeństwa i środowiska miejscem do życia dla nas i naszych dzieci, bez różnicy ze względu na płeć, wiek, rasę czy seksualną orientację.

 

Skrajna prawica szuka winnych naszej sytuacji gospodarczej wśród mniejszości, ale przecież to nie mniejszości seksualne płacą nam coraz niższe pensje, to nie mniejszości etniczne rozmontowują prawo pracy i oferują nam tylko umowy śmieciowe. Prawdziwy wróg tkwi w garniturze za biurkiem, przygotowując nam coraz gorsze warunki pracy, płacąc nam coraz niższe pensje, samemu żyjąc coraz wystawniej za wypracowane przez nas pieniądze. Tylko rozmawiając,protestując i współpracując przy prospołecznych inicjatywach możemy zmienić ten kraj. Inaczej grozi nam bieda, rasizm i wykluczenie społeczne. Nie bądźmy krajem – skansenem dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, gdzie wyzysk biednych i pogarda bogatych rządzących są normą. Chodźcie z nami przeciw biedzie i wyzyskowi. Chodźcie z nami i zmieńmy ten kraj. Nikt nie zrobi tego za nas.

29 stycznia podczas sesji budżetowej Rady Powiatu Gorzowskiego protestowali byli pracownicy kostrzyńskiego szpitala. Wsparli ich związkowcy z OZZ Inicjatywa Pracownicza i WZZ Sierpień '80 oraz solidarni z pracownikami mieszkańców Kostrzyna i Gorzowa (łącznie kilkadziesiąt osób). W akcji wzieli udział dzialacze i dzialaczki IP i FA z Poznania. Doszło do spontanicznego zerwania sesji i zablokowania sali obrad. Do interwencji wezwano policję wraz z mediatorami.

 

Podczas obrad protestujących było tak dużo, że zabrakło krzeseł w miejscu przeznaczonym dla publiczności. Pracownice byłego szpitala w Kostrzynie trzymali w rękach kartki z napisami: „Kolejne obietnice, kolejne oszustwo”, „Starostwo musi upaść”, „Dość czekania na nasze pieniądze”. Celem protestu było uzyskanie choć części należnego długu pracowniczego. Zadłużony kostrzyński szpital sprywatyzowano w 2007 r. Wcześniej 382 osoby miesiącami pracowały bez pełnego wynagrodzenia. Starosta i radni obiecywali, że wielokrotnie wydłużana likwidacja szpitala wiązać się będzie ze stopniową spłatą pracowników. Na sesji budżetowej przed miesiącem, w grudniu 2012 r., rada nie chciała jednak przeznaczyć na ten cel ani złotówki. Zgromadzeni obawiali się, że powtórzy się podobny scenariusz.

 

W pierwszej części sesji pokazano prezentację na temat deficytowego budżetu na rok 2013 oraz planowanych inwestycji w gminie (głównie w budynki szkolne oraz drogi). Nie padło w niej ani jedno słowo na temat rosnącego długu pracowniczego. Powiat co dzień generuje 21 tys zł długu, do roku 2017 zadłużenie wynikające z przeciąganej likwidacji szpitala ma wzrosnąć do 40 mln zł. Jest to najbardziej zadłużony powiat w Polsce.

 

Kilku radnych opozycji próbowało wnieść pod porządek obrad punkt dotyczący stworzenia rezerwy celowej, czyli wypłaty miliona złotych dla byłych pracowników kostrzyńskiego szpitala. Przewodniczący wywierając nacisk na prawnika (który przytoczył dwa sprzeczne ze sobą ustępy) i radnych, zdecydował o odrzuceniu wniosku. Wśród zgromadzonych zawrzało.Następnie oddano głos przedstawicielce pracowników szpitala. Zadała ona dwa pytania odnoszące się do wcześniejszych publicznych zapewnień zabezpieczenia środków w budżecie powiatu na zaległe wypłaty dla pracowników. Nikt na jej pytania nie odpowiedział. Zamiast tego rada zaczęła procedować nad budżetem nie obejmującym zobowiązań władz powiatu wobec pracowników. Gdy około godziny 13 większość radnych zagłosowała za budżetem (11 za, 5 przeciwko i 3 wstrzymujących się), przy krzykach „Hańba!”, „Złodzieje!”, „To jest wasza demokracja!”, obrady zostały zerwane.

 

W przerwie protestujący stanęli z transparentem „Dość łamania praw pracowniczych” w drzwiach, uniemożliwiając radnym powrót na salę. Pielęgniarki i osoby je wspierające wykrzykiwali w stronę radnych: „Wstydzimy się za was”, „Czy jesteśmy mniej ważne od dróg powiatowych?”. Doszło do kuriozalnej sytuacji, w której władze powiatu (dłużnik) wezwały policję przeciwko swoim wierzycielom (pracownikom jednostki podległej władzy powiatowej). Prawdopodobnie skład protestujących (duża liczba byłych pracownic), obecność mediów i ogólnopolskie, polityczne znaczenie sprawy zdecydowały o niesunięciu protestujących siłą. Przed budynek zjeżdżały się jednak kolejne radiowozy policyjne, a wejście zablokowało kilkunastu funkcjonariuszy. Blokujący jednak nie ustępowali. Po kilku godzinach na miejsce stawiła się prokurator oraz wyszkoleni mediatorzy policyjni, jednak ich „miękkie” techniki złamania protestu okazały się nieskuteczne.

 

Po trwającym wiele godzin impasie i policyjno-urzędniczej naradzie, włodarze powiatu zdecydowali się obradować w innym gabinecie. Policja broniła dostępu mediom i zgromadzonym ludziom, by po chwili wpuścić tylko media. Wszyscy protestujący zostali przez policjantów spisani.

 

OZZ IP zapowiada dalsze protesty

17 października przed Wydziałem Zdrowia i Spraw Społecznych Urzędu Miasta Poznania, odbyła się pikieta zorganizowana przez Inicjatywę Pracowniczą [w której uczestniczyli również aktywiści i aktywistki FA P-ń]. Kilkanaście osób skandowało hasła: „Dość wyzysku w żłobkach”, „Stępień [wiceprezydent] do roboty za 500 zł”, „Gdzie są nasze podwyżki?”. Celem pikiety było wyrażenie niezgody na podwyżki w wysokości 32 zł netto dla pracowników miejskich żłobków oraz podkreślenie tego, że zanim jeszcze doszło do podwyżek likwidowane są etaty w żłobkach w celach oszczędności. Zwolniona została członkini OZZ Iinicjatywa Pracownicza. Pracownice żłobków żądają godnych wynagrodzeń!

 

Pracownice żłobków weszły w spór zbiorowy ponad pół roku. Są niemal najgorzej wynagradzanymi pracownikami samorządowymi. Żądają 30 proc. podwyżek, aby godnie żyć, tymczasem władze miasta proponują 32 zł. Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza odrzuca taką propozycję.

Co więcej, jeszcze nie ma podwyżek a już są zwolnienia. Etat członkini związku w zespole nr 3 został zlikwidowany a jej wypowiedziano umowę w związku z pracami „grupy ds. oszczędności”.

 

W oświadczeniu zwązku czytamy: "są zwolnienia, gdzie są godne podwyżki?

 

1 października otrzymaliśmy od Zastępcy Prezydenta miasta Jerzego Stępnia informację o przeznaczeniu na podwyżki płac dla pracownic żłobków publicznych kwoty w wysokości  211 054,00  zł brutto. Daje to ok 32 zł netto podwyżki na osobę. Jednocześnie większa część powyższej sumy (202 183,00 zł) została wygospodarowana przez zespół ds. optymalizacji kosztów prowadzenia żłobków, w którym brały udział same pracownice. Nie jest to zatem kwota oferowana przez miasto w celu zwiększenia budżetu żłobków, a finanse pochodzące z cięć wypracowanych w żłobkach m.in. przez pracowników. Wynika z tego, że dodatkowy budżet jaki władze zgodziły się przeznaczyć na podwyżki dla wszystkich (ponad 400) pracownic żłobków wynosi niecałe 9 tys. zł.

 

Biorąc pod uwagę, iż pracownicy żłobków od czterech lat nie otrzymali żadnej podwyżki, kwota 32,00 zł netto absolutnie nas nie satysfakcjonuje. Wręcz przeciwnie, uważamy, iż propozycja Wydziału Zdrowia uwidacznia brak poszanowania władz względem naszej pracy. Dlatego Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza nadal będzie walczył o 30% podwyżki.

 

Zanim podwyżki zostały skonsultowane z pracownicami żłobków i Związkiem Zawodowym Inicjatywa Pracownicza, w ramach oszczędności zwolniono jedną z pracownic Zespołu Żłobków nr 3 – aktywną członkinię naszego związku. Przyczyną zwolnienia jest likwidacja etatu. Decyzja dyrektorki powyższego zespołu, spowodowała iż pozbawiona pracy osoba znalazła się w trudnej sytuacji materialnej. Ponadto zwolnienie nastąpiło zanim Jerzy Stępień oraz Rada Miasta wydali zgodę na podwyżki dla pracownic, oraz zanim zgodzili się na nie pracownicy żłobków.

 

Stanowczo nie zgadzamy się na takie traktowanie!

Wdrażane są oszczędności, likwidowane kolejne etaty, podczas gdy potrzeby pracownic pozostają nie zrealizowane! Mamy dość arogancji władz!

Żądamy godnych pensji, które pozwolą nam godnie żyć! Żądamy także realnego wpływu na decydowanie co dzieje się w naszych miejscach pracy!


Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Zespołach Żłobków w Poznaniu
Działacze i działaczki Rozbratu od wielu dni wspierają protestujących pracowników Chung Hong Electronics. Czterokrotnie braliśmy udział w pikietach solidarnościowych ze strajkującymi przed chińską fabryką pod Wrocławiem. Brali w nich udział również aktywiści samby Rytmy Oporu z Poznania i Wrocławia. W Chung Hong pracodawca dokonał lokautu. Apelujemy o pomoc dla strajkujących.

Pracownicy od ponad dwóch miesięcy toczyli spór zbiorowy, przeprowadzili zgodnie z prawem referendum strajkowe, które wygrali. Mimo to prawodawca kpiąc sobie z pracowników i polskiego prawa pracy, 28 czerwca zwolnił dyscyplinarnie Krzyśka Gazdę, wiceprzewodniczącego zakładowej Inicjatywy Pracowniczej. Krzysiek był z nami 10 czerwca na demonstracji „Chleba Zamiast Igrzysk” w Poznaniu i mówił o wyzysku, jaki panuje w Chung Hong. W reakcji na jego zwolnienie solidarnie wybuchł strajk, o którym wielokrotnie pisała Inicjatywa Pracownicza na stronie: www.ozzip.pl.

Pracodawca brnął dalej, aż wreszcie 10 lipca zwolnił 24 strajkujące osoby. To był lokaut. Dziś Chung szuka nowych pracowników u LG i przez agencje pracy. Pracodawca naruszył w ten sposób ustawę o rozwiązaniu sporów zbiorowych i podeptał jedno z najważniejszych praw, które wywalczył masowy ruch społeczny w Polsce w latach 80. – prawo do strajku.

Od lat wiemy, że w specjalnych strefach ekonomicznych łamie się prawa pracownicze, stosuje się śmieciowe umowy, nie przestrzega przepisów BHP i oferuje najniższe wynagrodzenia. Nie bez powodu nazywamy je Specjalnymi Strefami Wyzysku. Jest to celowa strategia cięcia kosztów stosowana przez pracodawców – efektem tej strategii jest traktowanie ludzi jak maszyny.

Tuż po pikiecie 11 lipca przed fabryka LG Electronics, dla którego produkuje Chung Hong, zarząd stwierdził, że protest to „atak anarchistów, których celem jest szerzenie chaosu, wprowadzenie negatywnego klimatu inwestycyjnego w Polsce, zablokowanie rozwoju gospodarczego naszego kraju, pogorszenie stosunków dyplomatycznych z Państwami, z których pochodzą spółki będące największymi inwestorami w Polsce, a w konsekwencji zwiększenie bezrobocia w Polsce", zaniepokoił się też „bezczynnością policji i władz wobec nielegalnych manifestacji o tak negatywnym oddźwięku w śród pracowników i inwestorów" (za: Gazeta Wrocławska)

Aż trudno uwierzyć, że takie słowa mogą paść w sytuacji, gdy to pracodawca kompletnie ignoruje przepisy. I to pracodawca, któremu słono płacimy z naszych podatków za wyzysk ludzi – w strefach ekonomicznych firmy zwolnione są z podatków a samorządy dostarczają im całej infrastruktury potrzebnej do prowadzenia produkcji i biznesu. Znów okazuje się, że „klimat inwestycyjny” jest ważniejszy od naszych fundamentalnych praw, a na rosnącym bezrobociu korzystają pracodawcy, bo dzięki temu łatwiej zamykają nam usta.

Lokaut w Chung Hong jest prawdopodobnie pierwszym tak drastycznym przykładem rozbicia strajku w Polsce. Jeśli nie będziemy reagować, to tak jak nowym standardem mieszkań socjalnych może stać się blaszany kontener, tak nowym standardem relacji między pracodawcami a pracownikami w Polsce będzie wyrzucenie na bruk każdego i każdej, którzy odważą się powiedzieć słowo sprzeciwu.

OZZ Inicjatywa Pracownicza utworzyła Fundusz Strajkowy wspierający protestujących pracowników, którzy w dn. 10 lipca dostali dyscyplinarne zwolnienia. Zgromadzone pieniądze będą wykorzystane w pierwszej kolejności na zapomogi dla strajkujących będących w najtrudniejszej sytuacji finansowej, na pokrycie opłat i kosztów związanych ze strajkiem oraz na  kampanię przeciwko Chung Chong.

Jako Poznańska Komisja Międzyzakładowa Inicjatyw Pracowniczej oraz środowisko związane z Rozbratem apelujemy o finansowe wsparcie dla tych, którzy z powodu oburzającego i nielegalnego postępowania pracodawcy zostali pozbawieni środków do życia.


Prosimy dokonywać wpłat na konto:

Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza
ul. Kościelna 4, 60-538 Poznań
nr konta: 88 2130 0004 2001 0577 6570 0001

W tytule przelewu prosimy wpisać: "Fundusz Strajkowy Chung Hong".

Bank: Volkswagen Bank direct

Adres banku: Rondo ONZ 1
00-124 Warszawa, woj. Mazowieckie, Polska

nr IBAN banku: VOWAPLP1

nr SWIFT: PL88 2130 0004 2001 0577 6570 0001
Od początku tygodnia członkinie OZZ Inicjatywa Pracownicza przy poznańskich żłobkach rozprowadzają między pracownikami oraz rodzicami ulotki podsumuwujące dotychczasowe działania w ramach sporu zbiorowego. Do tej pory udało się wywalczyć szereg kwestii związanych z warunkami pracy. Jeśli chodzi o podwyżkę wynagrodzenia, komisja zawiesiła spór zbiorowy do 20 sierpnia. Do tego czasu oczekuje, że wiceprezydent Stępień przedstawi propozycje podwyżek. Działaczki zapowiadają, że jeśli tak się nie stanie, na jesień może być znów gorąco.

Od wielu miesięcy – piszą związkowczynie w ulotce - domagamy się podwyżek naszych pensji oraz szeregu uregulowań dotyczących warunków pracy. W ostatnich miesiącach odbyło się w ramach sporu zbiorowego szereg spotkań z dyrektorkami zespołów 1, 3 i 4. Dzięki naszym działaniom udało się uzyskać porozumienie co do realizacji wszystkich naszych postulatów, poza podwyżkami. Wywalczyliśmy:

Żłobki blokują ulice!

03 grudnia 2011 r. Dział: Wielkopolskie
Dziś na ulicy Królowej Jadwigi (u wylotu Półwiejskiej) miał miejsce protest pracownic żłobków. Pikietujące usiadły na torach tramwajowych i na 15 minut wstrzymały ruch. Akcja była organizowana przez Porozumienie Żłobkowe, w skład którego wchodzi OZZ „Inicjatywa Pracownicza”. Porozumienie jednocześnie domaga się zaprzestania prywatyzacji i komercjalizacji placówek opiekuńczo-wychowawczych, jak też podwyżek pensji w żłobkach.

Akcję wsparli działacze i działaczki z Poznańskiej Komisji Międzyzakładowej Inicjatywy Pracowniczej, Federacji Anarchistycznej, a także ze Stowarzyszenia Konsola i My Poznaniacy.  Wzięło w niej udział kilkadziesiąt osób. Zapowiedziano dalsze protesty.

W rozdawanych ulotkach protestujące napisały m.in., sprzeciwiają się polityce władz miasta nie traktującej opieki jako kwestii priorytetowej. W jej rezultacie w poznańskich żłobkach brakuje ponad 1600 miejsc, a większość zatrudnionych w nich osób od lat skazana jest na głodowe pensje.

„Domagamy się – czytamy dalej – bezwzględnego zabezpieczenia w budżecie Miasta na rok 2012 i następne lata środków finansowych na podwyższenie wynagrodzeń dla pracowników publicznych żłobków.

Nie zgadzamy się na podniesienie opłat za żłobki miejskie o 104 zł, aby miasto mogło dopłacić po 100 zł miesięcznie rodzicom posyłającym dzieci do żłobków niepublicznych. Fundusze na nowe miejsca w żłobkach należy uwzględnić w miejskim budżecie, a nie sięgać do kieszeni rodziców.

Dofinansowanie do żłobków prywatnych w wysokości 100 zł na dziecko nie jest żadnym wsparciem dla rodziców płacących miesięcznie ok. 1200 zł abonamentu. Pomysł Wydziału Zdrowia nie spowoduje; że więcej osób będzie mogło zapisać dziecko do prywatnej placówki. Ich program jest wręcz kpiną z rodziców, opiekunek oraz właścicieli prywatnych żłobków. Postulujemy, aby władze Poznania poszły śladem Wrocławia i Krakowa, w których znaleziono fundusze na realne dofinansowanie prywatnych żłobków. Nie mogą one jednak być wprowadzone kosztem rodziców korzystających z usług żłobków miejskich.

Domagamy się odstąpienia od planów prywatyzacji, komercjalizacji czy tzw. "uspołeczniania" publicznych placówek opiekuńczo-wychowawczych. Uważamy, że spowoduje to obniżenie jakości opieki oraz pogorszenie warunków pracy w tychże placówkach. Za pomysłem prywatyzacji lub tzw. "uspołeczniania" stoi neoliberalne przekonanie, że instytucje opiekuńczo-wychowawcze mają przynosić zyski. Praktyka pokazuje jednak, że ten argument stosowany jest przez władze Poznania wybiórczo.
Prezydent oraz radni, bez zawahania, przekazali olbrzymie środki z budżetu miasta na przystosowanie stadionu miejskiego do Euro 2012, budowę i utrzymanie Term Maltańskich, postawienie fontanny na Placu Wolności czy organizacje wykwintnych imprez dla elit. Nie pozwolimy na to, aby mieszkańcy Poznania - matki, dzieci, ojcowie, pracownicy opieki, młodzież, nauczyciele i inni, ponosili koszty megainwestycji naszych władz,

Budżet miasta to my - jego mieszkańcy i to my wiemy najlepiej, jak nim zarządzać, aby nasze codzienne potrzeby zostały zrealizowane. Nie potrzebujemy stadionu, na którym regularnie gnije trawa. Potrzebujemy sprawnie działającego systemu opiekuńczo-wychowawczego, tanich miejsc w żłobkach, szkół, gimnazjów, przedszkoli, dobrych warunków pracy oraz godnych pensji. Opieka stanowi fundament sprawnego funkcjonowania każdej indywidualnej jednostki, każdej rodziny, a także całego miasta. Dlatego będziemy walczyć o to, aby w trakcie kształtowania budżetu stała się priorytetem. Domagamy się, aby zaprzestano polityki, w której stadion piłkarski i basen to "inwestycje", a opieka i edukacja to zbędne koszty, których należy się pozbyć.

Jesteśmy zdeterminowane i nie boimy się walczyć o nasze prawa. Forma protestu jaką wybrałyśmy odzwierciedla naszą odwagę oraz upór i zdecydowanie w dążeniu do osiągnięcia celu. Nie poddamy się dopóki nasze żądania nie zostaną spełnione. Dziś nasza walka jest symboliczna, jutro może przybrać bezpośrednie formy. Dostęp do żłobków i godne pensje to nie dobra luksusowe, a prawa dzieci, rodziców i pracowników opieki, które gmina ma obowiązek zrealizować!”

Czego żąda porozumienie?

- zaniechania planów prywatyzacji czy komercjalizacji publicznych placówek opiekuńczo-wychowawczych

- zaniechania planów podwyżek opłat za opiekę nad dziećmi w żłobkach miejskich

-  30% podwyżki od podstawy pensji dla pracowników żłobków miejskich

- dofinansowania każdego dziecka w zarejestrowanych żłobkach prywatnych kwotą 600 zł