Pod koniec ubiegłego roku dotarły do nas pierwsze informacje o sytuacji Andrzeja Mazurka, polaka, który od grudnia 2008 roku znajduje się w niewoli greckiego państwa (patrz: Inny Świat nr 1(36)/2012, dział ACK s.29, http://grecjawogniu.info/?p=5921). Towarzysze współosadzeni z Andrzejem pokrótce przedstawili jego sytuację, jednak opis ten był fragmentaryczny i pozostawiał wiele niedomówień. Dzięki greckim anarchistom, udało się nam nawiązać bezpośredni kontakt z Andrzejem i namówić go do przedstawienia szeregu okoliczności, które doprowadziły do jego pojmania i uwięzienia.
Andrzej pochodzi z niewielkiego miasta na Podkarpaciu, Nowej Dęby. Polskę opuścił w 2007 roku z powodu konfliktu z prawem. W Grecji wiódł proste i spokojne życie zarobkowego imigranta. Do czasu. 6 grudnia 2008 roku, dwóch policjantów, Epaminondas Korkoneas i Wasilios Saraliotis, zastrzeliło na jednej z ateńskich ulic młodego anarchistę Alexandrosa Grigoropoulosa. Zdarzenie to dało początek niespodziewanej reakcji łańcuchowej, która splotła ze sobą codzienne doświadczenie wielu tysięcy młodych greków, imigrantów oraz wszystkich innych grup egzystujących na marginesie „normalnego życia”. Ulice większości greckich miast wypełnił krzyk wściekłości skierowany przeciwko kapitalistycznej cywilizacji śmierci. Wydarzenia te do dziś nazywa się Grecką Rewoltą 2008/2009. Również Andrzej nie został obojętny na policyjne morderstwo, będące manifestem antagonizmów czających się pod powierzchnią kapitalistycznej normalności. Przyłączył się do grup walczących z policją i wydzierających z miejskiej pustyni życiodajną przestrzeń. Pozwólmy jednak, by to sam Andrzej podzielił się z nami swoimi przeżyciami. Oto fragment listu, który otrzymaliśmy:
„A ze mną to było tak, 7 grudnia 2008 roku siedziałem w jednej z polskich knajp ze znajomymi z pracy i dowiedziałem się o tym, że doszło do morderstwa przez władze, która została stworzona ponoć po to, by bronić społeczeństwa i utrzymywać porządek na ulicach. Zabójstwo to doprowadziło do społecznej rewolty, w której wzięło udział dziesiątki tysięcy ludzi na terenie całej Grecji. Byli to uczniowie, nauczyciele jak i zwykli ludzie, starsi i młodsi, ponieważ każdy z nich mógł być tą ofiarą.
Siedząc tak w tym barze, słuchając rozmów na ten temat, pomyślałem, że nie można tak siedzieć i zostawić to obojętnie. Postanowiłem dołączyć do ludzi, którzy wyszli na ulice, by pokazać, że morderstwo przez władze nie jest nikomu obojętne. Nie znając języka greckiego, nie znając też nikogo z tych, którzy wyszli na ulice, postanowiłem dołączyć do ludzi, którzy walczyli w tym momencie z policją.
Noc stała się dniem, płonące banki, sklepy, przystanki autobusowe, nieustanne wycie syren, smród gazu łzawiącego i ciągłe starcia z policją.
Tego wieczoru, mnie, jak i dosyć sporą grupkę tutejszych anarchistów otoczono i zablokowano w jednej z tutejszych szkół (wtedy szkoły posiadały azyl i policja nie mogła wejść na jej teren. Obecnie ten azyl został obalony przez rząd - chodzi tu o autonomię wyższych uczelni - dop. red.). Jedna z grup znajdująca się na terenie tej szkoły podeszła do mnie z zapytaniem skąd jestem itp. Ja ogólnie greckiego nie znałem, ale jakoś dogadaliśmy się po angielsku. Wyjaśnili mi, że zostaliśmy otoczeni przez policje i dzisiejszej nocy nikt stąd nie wyjdzie. Zaprowadzili mnie do jednej z sal wykładowych, gdzie większość odpoczywała, a niektórzy już spali. Powiedzieli żebym się gdzieś ulokował, odpoczął i przespał się.
Następnego ranka obudził mnie budzik, który miałem ustawiony w telefonie by pójść do pracy. Na sali część ludzi zbierała się do wyjścia, a niektórzy jeszcze spali. Wychodząc z sali zastanawiałem się, co teraz dzieje się na zewnątrz. Gdy doszedłem do drzwi wyjściowych, zobaczyłem grupkę dziewczyn (które widziałem też wcześniejszego dnia w szkole) które rozdawały każdemu wychodzącemu ze szkoły tyropite (typowe greckie śniadanie - taki placek z serem) i gorący kubek herbaty. Bardzo mnie zaskoczył tak zorganizowany poranek.
A na ulicach spokój. Służby porządkowe sprzątały ulice po zeszłym dniu i nocy. W powietrzu unosił się jeszcze smród spalenizny i gazu łzawiącego.
Jak gdyby nigdy nic, poszedłem do domu, przebrałem się i poszedłem do pracy, gdzie dowiedziałem się, że dzisiejszego dnia odbędzie się marsz przez miasto w imieniu zastrzelonego 15-letniego Aleksa. Po zakończeniu pracy poszedłem tylko coś zjeść i ruszyłem w kierunku placu Omonia gdzie zbierali się ludzie i przygotowywali do przemarszu przez miasto. Tego dnia zebrały się dziesiątki tysięcy ludzi.
Gdy zaczęła się demonstracja, dołączyłem do grupy ludzi, którzy byli na zewnętrznej stronie przemarszu i trzymając się pod ręce tworzyli łańcuch tak, aby demo nie zostało rozbite przez policję, która była w każdej bocznej uliczce. Policja wielokrotnie starała się rozbić demonstrację wyskakując z tych uliczek, używając gazu łzawiącego i granatów hukowych. Po jakimś czasie odłączyłem się od grupy, która spokojnie maszerowała i dołączyłem do grup, które były bardziej skoncentrowane na walce z oddziałami policji, która chciała rozbić przemarsz. Gdy policja wychodziła z bocznych ulic i ruszała w kierunku marszu, my odpowiadaliśmy butelkami z benzyną i kamieniami. Wielokrotnie dochodziło do starć twarzą w twarz. Oni uzbrojeni od stóp po sam czubek głowy, a my z deską z jakiejś ławki w jednej ręce, a w drugiej z kawałkiem marmuru, z nienawiścią w oczach, która nie pozwalała nam cofnąć się ani jednego kroku w tył. Tak było przez całą noc. Wielokrotnie odłączałem się od jednej grupy, dołączając do drugiej.
Gdzieś koło godziny trzeciej nad ranem kierowałem się w stronę szkoły, gdzieniegdzie napotykając się na grupy, które wciąż walczyły z policją. W pewnym momencie idąc bocznymi uliczkami, tuż przed szkołą policja zamknęła mi i paru innym osobom drogę z każdej strony. Byliśmy otoczeni. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to ruszyć w ich stronę starając się rozbić i przeskoczyć ich blok. W sumie była to jedyna możliwość wydostania się z tej zasadzki. No, ale niestety nie udało mi się, odbiłem się od ich tarczy i padłem na ziemię i automatycznie zaczęło się pałowania. Leżałem na drodze otoczony przez nieznaną mi ilość psów pałowany i kopany przez jakiś czas. W końcu przestali, podnieśli mnie, bo osobiście nie mogłem ustać na nogach po tym wpierdolu. Zaprowadzili mnie na jeden z pobliskich placów, który był pełen policji.. Założono mi kajdanki i posadzono na trawniku gdzie było już kilku zatrzymanych. Po jakimś tam czasie wsadzono mnie do policyjnego jeepa i odwieziono na komisariat.
9 grudnia, z samego rana zaprowadzono mnie na przesłuchanie, na które przyprowadzono tłumaczkę z tutejszej Ambasady Polskiej. Pytali mnie, co robiłem wtedy na ulicy i że oskarżają mnie o atak na policjantów, rzucanie w nich kamieniami i butelkami z benzyną itp. Oczywiście do niczego się nie przyznawałem, mówiłem, że byłem zwykłym przechodniem, który wracał do domu z jednego z pobliskich barów. Złożyłem swoje zeznania i zaprowadzono mnie do aresztu.
10 grudnia zawieziono mnie i parę innych osób do prokuratury. Gdy czekałem na swoją kolej, podszedł do mnie koleś pochodzenia arabskiego albo z Pakistanu (do dziś nie wiem skąd on był) i po polsku zagadał do mnie, że zna polski i będzie mi tłumaczył. Zaczął mi mówić jak sprawa wygląda, że dołączono mnie do 5-osobowej grupy: trzech Greków, jeden Palestyńczyk i ja. Przyprowadził też adwokata z urzędu, który bronił mnie, jednego Greka i tego Palestyńczyka. Tłumacz powiedział mi, żebym zostawił to w jego rękach, bo on rozmawiał z adwokatem i wie, co ma powiedzieć. Ja miałem mówić cokolwiek, żeby tylko wyglądało, że on tłumaczy.
Weszliśmy na salę całą piątką i pierwsze pytanie ze strony prokuratury brzmiało, czy oskarżeni się znają. Nikt nikogo nie znał, więc zaczęli nas przesłuchiwać osobno. Ja miałem numer 4. Gdy czekałem na swoją kolej ten tłumacz mówił mi, że nie ma się czym przejmować, że wszystko będzie dobrze, przesłuchają nas tutaj i wypuszczą do domów.
Przyszła moja kolej. Wszedłem na salę, przedstawiłem się i zaraz zaczęli zadawać pytania: co robię w Grecji, gdzie mieszkam, czy pracuję i takie tam. Gdy pytali o to, co i jak było na zamieszkach, mówił za mnie ten arabski tłumacz i kazał mi pokazać ślady pobicia przez policjantów, a była to cała prawa strona ciała (na głowie miałem na szczęście kask, który wziąłem z jednego za zdewastowanych i okradzionych sklepów). Prokurator zaraz po przesłuchaniu kazał odwieźć mnie do szpitala na prześwietlenia, co w konsekwencji nie nastąpiło. Przesłuchanie się zakończyło, czekaliśmy na odpowiedź, czy nas wsadzą czy wypuszczą. Arab w dalszym ciągu z uśmiechem na twarzy powtarzał mi, że wszystko będzie dobrze.
Później wołają nas do środka. Czytają nasze nazwiska i coś tam po grecku. Widząc miny Greków, którzy byli ze mną w grupie zrozumiałem, że czeka nas sankcja. Prokurator w dalszym ciągu coś tam czytał i wtedy ten Arab powiedział mi, że zostaniemy zatrzymani do czasu rozprawy. Zawieziono nas z powrotem do aresztu, gdzie przesiedzieliśmy jeszcze jedną noc i następnego wieczoru zawieziono nas do więzienia.
W więzieniu jak to w więzieniu, wszystko przychodzi z czasem. Z początku było troszeczkę ciężko, ponieważ byłem jedynym Polakiem na oddziale i miałem problemy z porozumiewaniem się. W greckim więzieniu jest zupełnie inaczej niż w polskim. Tu jesteśmy otwarci cały dzień i możemy korzystać z telefonów. Bardziej to przypomina akademik niż więzienie.
Po sześciu miesiącach przyszedł mi papier na sprawę, czy mają mnie trzymać dalej czy wypuścić. Odrzucono to, tak samo było po 12 miesiącach. Pod koniec grudnia przyszło mi wezwanie na rozprawę, która miała się odbyć 16 stycznia 2010 roku.
Na kilka dni przed rozprawą przyszedł do mnie ten adwokat, który był ze mną z początku w prokuraturze i kazał zebrać na sprawę papiery, które udowodnią to, że mieszkałem w Grecji od jakiegoś czasu, że pracowałem i takie tam. Powiedział mi, że będzie ciężko, bo zarzucają mi sporo oskarżeń, ale wierzy w to, iż mnie wypuszczą z wyrokiem w zawieszeniu.
W dniu sprawy dowiedziałem się, że tylko ja pozostaję w więzieniu, że całą resztę zwolniono do czasu rozprawy. Tego dnia sprawa się nie odbyła z jakiegoś tam powodu - nie przyszedł któryś ze świadków czy coś takiego. Przełożono ją na 1 marca, później znów na 11 marca i tak przekładano 11 razy! Sprawa główna odbyła się w końcu w dniach 18-19 maja.
18 maja byłem przesłuchiwany jako numer czwarty. Za tłumacza miałem znów tego Araba, który nic a nic mi nie tłumaczył. Powiedział mi, że rozmawiał z adwokatem i wie, co ma powiedzieć. Ja miałem tylko improwizować, że składam zeznania.
Ogólnie w ich oczach, tak jak oni to sobie stworzyli, to ja przyjechałem z Polski tylko i wyłącznie na tą rewoltę. By udowodnić to, że żyłem tu od dłuższego czasu i pracowałem, przyniosłem wszystkie papiery, które zażyczył sobie wcześniej adwokat i przyszedł też na świadka szef, u którego pracowałem. Okazało się to darmową robotą, ponieważ adwokat nawet ich nie wyciągnął w czasie rozprawy. W ogóle nie miał za dużo do powiedzenia w mojej obronie.
Następnego dnia, 19 maja, pojechałem usłyszeć wyrok. Sędzia zaczął czytać: numery jeden, dwa i trzy - oskarżeni niewinni. Numery cztery i pięć (ja i jeden z Greków) i zaczął czytać zarzuty oraz wyroki z których nic nie rozumiałem, widziałem tylko jak Arab liczył lata i miesiące po grecku. Adwokat sprzeciwił się wyrokowi sądu i poprosił o zmniejszenie wyroków. Wtedy cała ława przysięgłych wyszła na naradę. Gdy już wyszli, tłumacz powiedział mi, że proponują 12 lat za usiłowanie zabójstwa policjantów poprzez rzucanie w nich butelkami z benzyną, kamieniami i około 100 miesięcy za resztę zarzutów. Adwokat sprzeciwiał się wielokrotnie z wyrokiem sądu do czasu, gdy wyrok spadł do 7 lat i pozostawieniu tego Greka na wolności do czasu odbycia się apelacji (odwołania od wyroku). I na tym zakończyła się walka adwokata. Gdy po sprawie zapytałem go, jaki w końcu mam wyrok, powiedział, że 7 lat i że porozmawiamy o tym później, że przyjdzie do mnie do więzienia i porozmawiamy. Do dzisiejszego dnia go nie zobaczyłem.
Po kilku miesiącach przewieziono mnie do innego więzienia, gdzie poznałem kilku anarchistów, którzy zainteresowali się moją sprawą. Byli zaskoczeni, że ktokolwiek znajduje się jeszcze w wiezieniu za rewoltę z grudnia 2008 roku. Tu dowiedziałem się, że mój wyrok jest znacznie większy niż myślałem: 7 lat i 55 miesięcy i że oskarżyli mnie o:
- używanie ładunków wybuchowych z usiłowanie pozbawienia życia policjantów
- posiadanie ładunków wybuchowych (butelki z benzyną)
- produkcja ładunków wybuchowych (butelki z benzyną)
- niszczenie mienia
- dewastacja banków, sklepów i innych obiektów
- kradzież
- i jeszcze jeden, którego w tej chwili nie pamiętam
W sumie jest siedem zarzutów. Teraz czekam na odwołanie, które odbędzie się 11 czerwca 2012 roku. Prawdopodobnie tego dnia zbiorą się tutejsi anarchiści pod sądem z żądaniem natychmiastowego zwolnienia mnie z więzienia.
Być może pójdę na tą sprawę z nowym adwokatem, którego załatwiają mi tutejsze organizacje. Za jakiś czas dowiem się dokładnie, co na rozprawach mówił za mnie ten arabski tłumacz.
Co do zarzutów które dostałem to wygląda to tak:
- w momencie aresztowania nie posiadałem przy sobie żadnej butelki z benzyną, pałki czy kamienia. Nie miałem też zasłoniętej twarzy.
- w czasie, gdy nas otoczono nie dochodziło do żadnych starć z policją. Normalnie spacerowałem, gdy zostałem otoczony i aresztowany.
- wszystkie zarzuty nie są w żaden sposób udowodnione i opierają się tylko i wyłącznie na zeznaniach policjantów, którzy mnie aresztowali”.
Z opisu wydarzeń, przedstawionego przez Andrzeja rysuje się obraz sprawy w której wyrok był z góry ustawiony. Imigrant nie znający języka, zdany na łaskę urzędowych przedstawicieli, których zachowanie podczas wykonywania procedury wydaje się co najmniej niejasne, był w zasadzie bezbronny wobec greckiego wymiaru (nie)sprawiedliwości. Zgodnie z zasadą, że prawo jest pajęczyną w którą wpadają głównie płotki, pojedynczy buntownik, odizolowany od innych, został mściwie wrobiony przez władze sądownicze w długoletni wyrok. Mimo wcześniejszych problemów z prawem, Andrzej nie wahał się z wyjściem na ulicę i solidarnie dołączył do młodych gniewnych, do anarchistów, do niekontrolowanych, odpowiadających protestem na policyjną przemoc autorytarnego systemu „bankowej junty”.
Dziś, gdy zbliża się data rozprawy apelacyjnej Andrzeja, nadchodzi dobry moment, abyśmy to my okazali solidarność ostatniemu więźniowi Grudniowej Rewolty. Żaden zamknięty za kratami uczestnik społecznej wojny nie może być zapomniany i zostawiony sam sobie. Wszystkich, których obchodzi los Andrzeja, którzy pragną dołączyć swój głos nieposłuszeństwa do burzliwych fal greckiej walki, zachęcamy do podjęcia działań solidarnościowych, dzięki którym greckie władze przekonają się, że Andrzej nie jest sam! Solidarność to wielokształtny nurt możliwości działania na różnych płaszczyznach. Tym, którzy chcieliby wyrazić swoje zdanie przy pomocy papieru lub meila, podajemy adresy greckich placówek dyplomatycznych w Polsce, do których możecie słać listy protestacyjne, upominające się o wypuszczenie naszego towarzysza. Rozprawa apelacyjna odbędzie się 11 czerwca 2012. Warto postarać się by nasz głos dotarł do nich wcześniej, aby zdążyli przekazać go swoim szefom. I nawet jeśli pozostanie on zignorowany, niech dowiedzą się, że wiemy, że nie zapominamy oraz że nie uda im się bezkarnie ukrywać swoich represyjnych posunięć przeciwko wolności.
WZYWAMY DO NATYCHMIASTOWEGO UWOLNIENIA ANDRZEJA MAZURKA!
SOLIDARNOŚĆ ZE WSZYSTKIMI UWIĘZIONYMI BOJOWNIKAMI SPOŁECZNEJ WOJNY!
ZNISZCZYĆ WSZYSTKIE WIĘZIENIA!
Redakcja kwartalnika anarchistycznego INNY ŚWIAT
Redakcja portalu grecjawogniu.info
Redakcja portalu raf.espiv.net
Anarchistyczny Czarny Krzyż
Namiary na greckie placówki dyplomatyczne w Polsce:
Ambasada Grecji w Polsce
ul. Górnośląska 35, 00-432 Warszawa
tel. (0-22) 622 94 60, 622 94 61
fax (0-22) 622 94 64
e-mail:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Wydział Konsularny:
tel. (0-22) 622 94 62; fax (0-22) 622 94 63
e-mail:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Biuro Ekonomiczne i Handlowe:
ul. Krakowskie Przedmieście 47/51
00-071 Warszawa
tel. (0-22) 826 48 28; fax (0-22) 826 40 08
e-mail:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Biuro Prasowe:
ul. Bagatela 11/6, 00-585 Warszawa
tel. (0-22) 849 37 77; fax (0-22) 849 38 11
e-mail:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Autonomiczni Nacjonaliści pojawili się w Niemczech już blisko 10 lat temu. To młodzi neofaszyści niemieccy, którzy nie chcąc wstępować w szeregi NPD postanowi wcielać swoje rasistowskie idee na swój własny sposób. To nowe oblicze skrajnej prawicy, które zdążyło w ostatnich latach zasłynąć ze swojej szczególnej brutalności, zaintrygowało oczywiście i polskich neofaszystów. Około roku 2009 trend zawitało i do nas. Krok po kroku zadomowiło się już w kilku większych i paru mniejszych miastach. Polscy skinheadzi spod znaku NS znudzeni już samymi sobą przejęli z entuzjazmem nową stylistykę niemieckich neofaszystów. I skopiowali ją 1:1. Wystarczy spojrzeć na zamieszczone obok fotografie niemieckich i warszawskich Autonomicznych Nacjonalistów aby się zorientować, że nie pokusili się nawet na wymyślenie własnego pomysłu na banery. A skoro przejęli modę to starają się także nadążyć na nowymi trendami ideowymi wytyczanymi przez niemieckich AN.
I tak, Polska skrajna prawica, zorganizowana w grupach AN (zwanych w środowiskach wolnościowych “Anabolicznymi Naziolami”) i reklamująca się jako „nowoczesny nacjonalizm”, próbuje ostatnio wzorem swoich kolegów z Niemiec wymyślić anty-kapitalizm z prawej strony. Przykładem tego jest wezwanie do marszu w dniu 1 maja przeciwko „globalizacji, wyzyskowi i multikulturalizmowi”.
Wymyślanie skrajnie prawicowego anty-kapitalizmu znamy już z przeszłości i przeszło ono do niej pod nazwą narodowego-socjalizmu. To zresztą jest też idea z której wywodzą się i pod którą w dużej części podpisują się środowiska organizujące skrajnie prawicową majówkę pod obłudną nazwą „Młodzież potrzebuje alternatywy”.
Cóż, nie będę tu przypominała dorobku narodowego-socjalizmu. Raczej przypomnę jakim to nie lada wyzwaniem natury społeczno-filozoficznej jest próba krytyki kapitalizmu z perspektywy nacjonalistycznej. Wystarczy przyjrzeć się zarówno genezie jak i samej naturze kapitalizmu, aby zrozumieć, że zarówno doktryny skrajnie prawicowe jak i sam kapitalizm budują na tych samych hierarchicznych wartościach podporządkowania słabszych silniejszym czy na tych samych pryncypiach wykluczenia, negując tym samym idee społecznej solidarności i walki właśnie z wszelkimi wykluczeniami, dyskryminacją i o sprawiedliwość społeczną, które są podstawą antykapitalistycznego oporu.
Pozorowanie anty-kapitalizmu ze strony skrajnej, narodowej prawicy, to nic innego jak znana już z historii ponowna próba zredukowania problemu kapitalizmu do pewnej wytypowanej grupy ludzi, którzy za nim stoją (to PO! to żydzi! To imigranci! …). To kolejna próba utożsamienia anty-kapitalizmu z antysemityzmem, albo inaczej: budowania owego „anty-kapitalizmu” na antysemityzmie.
Polscy narodowcy bardzo lubią pozorować swój dystans w stosunku do innych ruchów faszystowskich (tych współczesnych jak i tych historycznych). Jednak w swoich ideach i propagandzie niczym się od nich nie różnią, może poza wpisywaniem owych neofaszystowskich, radykalno-narodowych haseł w polski kontekst. Akurat ich wersja „anty-kapitalizmu” najlepiej to uwidacznia.
Jednym z filarów skrajnie prawicowej wersji „anty-kapitalizmu” jest swoisty „antyglobalizm” z perspektywy nacjonalistycznej. Sprowadza się on do spłaszczonej do granic wytrzymałości analizy, która brzmi mniej więcej tak: skoro przyczyną pogłębiającego się kryzysu kapitalizmu jest cyrkulacja międzynarodowego kapitału, to jedynym wyjściem z sytuacji jest nacjonalizm. Albo jeszcze krócej: skoro kapitalizm jest zjawiskiem ponadnarodowym, to anty-kapitalizm musi mieć wymiar narodowy/nacjonalistyczny.
Czy można być aż tak głupim, aż tak naiwnym, żeby samemu w to wierzyć? Otóż nie.
Z faktu, iż kapitalizm jest relacją opierającą się na formach własności oraz organizacji produkcji i zarządzania własnością społeczną, a przez to jest motorem wyzysku i niesprawiedliwości społecznej funkcjonującym niezależnie od aspektów narodowo-tożsamościowych, nasi narodowi-radykałowie doskonale zdają sobie sprawę. Tak, tak.
A więc to nie głupota. A jeśli nie głupota to co? Odpowiadam. To brak logicznych możliwości i podporządkowanie logiki potrzebom propagandy.
Powyższego paradoksu nacjonaliści starają się nie dostrzegać gdyż uznanie go, grozi nie tylko obnażeniem bezsensowności anty-kapitalizmu z pozycji narodowo-radykalnych, ale też konsekwentnym dopisaniem idei nacjonalistycznych do tych, które nomen-omen podbudowują kapitalistyczny byt, z którym tak bardzo chcieli by walczyć (no właśnie, czy aby na pewno?!). Zresztą to datego, w swojej odezwie, nacjonaliści maskują swoje „anty-kapitalistyczne” zapędy za sloganem „anty-systemowości”. Kwestię tego jak mają się ciasne i opresyjne idee nacjonalistyczne do anty-systemowości pozostawię bez komentarza.
Dodatkowo nacjonaliści, zdając sobie sprawę z własnej krytyki kapitalizmu, wzywają w swojej pierwszomajowej odezwie do oporu przeciwko przemocy policyjnej. Oczywiście pomijają już jakąkolwiek analizę przyczyn obecnej aktywności aparatu policyjnego, gdyż musieliby wówczas wezwać do oporu wobec wszelkich prawicowych, autorytarnych, pro-państwowych ideologii, a przede wszystkim do anty-kapitalistycznego oporu z pozycji wolnościowych.
Anty-kapitalizm skrajnej prawicy jest więc mieszanką trzech elementów:
- wezwaniem do odbudowy silnego autorytarnego państwa regulującego w sposób biurokratyczno-nacjonalistyczny kwestie gospodarcze;
- posegregowaniem kapitalistycznego wyzysku w Europie na narodowe segmenty;
- ponownym rozbudzeniem ksenofobicznej i rasistowskiej nagonki w kraju, przede wszystkim o anty-semickim i anty-imigracyjnym zabarwieniu, chociaż pojawiają się też pierwsze elementy islamofobii;
Uważny obserwator dostrzeże tu zarówno nawiązania do historycznych idei NS (jeszcze tych z przed holokaustu) jak również do PRL-owskiej wizji „anty-kapitalizmu” gdzie kapitalistyczny wyzysk także nie był rozwiązany a właśnie funkcjonował w sposób stricte narodowy, scentralizowany, podporządkowany państwu i nie raz sięgał do argumentów nacjonalistycznych i antysemickich.
Co to ma wspólnego z anty-kapitalizmem? Co z anty-systemowością? Co ze sprawiedliwością społeczną? Co z jakąkolwiek alternatywą dla ludzi młodych?
Kompletnie nic. To zagrożenie dla wolności – przynajmniej tej sfery, której ludziom nie odebrał jeszcze kapitalizm.
„Anty-kapitalizm” w wykonaniu nacjonalistów może się przysłużyć tylko jednej pozytywnej sprawie: odkrywając ich obłudę. W tym sensie warty jest opisywania czy wręcz reklamowania z odpowiednim komentarzem.
Skrajna prawica nigdy nie miała żadnych godnych uwagi społecznych rozwiązań w kontekście kapitalizmu (ani zresztą w żadnym innym kontekście). Wyjście z sytuacji prowadzi u niej zawsze albo do zamknięciem się na obcych (imigrantów, żydów…) albo wręcz ataku na nich. Z kolei „solidarność”, do której nacjonaliści również obłudnie się odwołują, dotyczy tylko i wyłącznie osób wybranych, należących do zamkniętego na obcych „narodowego klanu zaakceptowanych”. W rzeczywistości owa nacjonalistyczna „solidarność” i ów skrajnie prawicowy „anty-kapitalizm” prowadzą do podtrzymania i ponownej legitymizacji samych mechanizmów wyzysku, a więc kwestii własności oraz formy kontroli i zarządzania własnością społeczną.
I jeszcze jedno zasadnicze pytanie.
Jak wygląda zaangażowanie nacjonalistów w walkę z agresywnym kapitalizmem poza próbą postawienia pierwszomajowego propagandowego akcentu?
Odpowiedź. Nie wygląda w ogóle.
Środowiska wolnościowe, anarchistyczne, antyfaszystowskie i lewicowe prowadzą od lat intensywną działalność społeczną, m.in. lokatorską i pracowniczą, blokują eksmisje i współorganizują strajki. Natomiast nacjonaliści? Oni tymczasem zajmują się dzieleniem pracowników na bardziej i mniej polskich, przyklaskiwaniem rozwojowi coraz bardziej policyjnego państwa a przede wszystkim atakowaniem środowisk anarchistycznych i antyfaszystowskich propagujących antykapitalistyczne alternatywy do wszechobecnego konsumpcjonizmu czy terroru płacowego i czynszowego (m.in. squaty, spółdzielnie, kooperatywy spożywcze, kolektywy pracownicze, niekomercyjne centra kultury, autonomiczne projekty społeczne, etc). Swoimi atakami na te projekty (do których dochodzi w ostatnim czasie w wielu miastach kraju – Lublinie, Warszawie, Poznaniu…) narodowi-radykałowie pokazują, że to nie o anty-kapitalizm im chodzi ile o ukierunkowanie swojej nienawiści. Raz na lewaków, raz na żydów, raz na homoseksualistów, raz na imigrantów. Akurat właśnie warszawscy AN starają się być szczególnie „anty-kapitalistyczni” na tym polu…
Tyle o 1 maja organizowanym przez „nowoczesnych nacjonalistów”.
Może jeszcze trzy słowa komentarza:
Jeden wielki szwindel!
I jeszcze cztery podsumowania:
Brunatne gówno w nowym opakowaniu.
xxx
Dwa tygodnie temu antyfaszyści na demonstracji w Białymstoku ogłosili:
„Nacjonalizm oddajemy na złom!”
Lukrecja dodaje:
A razem z nim najlepiej od razu i kapitalizm. Jeden drugiego wart.
Tekst ukazał się na : www.lukrecjasugar.wordpress.com
3,20 zamiast 2,80 za normalny oraz 1,6O zamiast 1,40 za ulgowy – o tyle od dziś drożeją bilety MPK. Jak ograniczyć swoje wydatki na komunikację miejską? Jako, że Kraków nie ma zamiaru iść za przykładem estońskiej stolicy Tallina i wprowadzićdarmowego transportu, pozostaje przekazywanie sobie nawzajem skasowanych biletów.
Po zeszłorocznej wakacyjnej podwyżce cen biletów MPK władze naszego miasta zdecydowały, że od16 kwietnia za przejazdy będziemy płacić jeszcze więcej. Za bilety normalne o 40 groszy więcej a za ulgowe o 20. Bez zmian pozostaną jak na razie ceny 15-minutówek oraz biletów okresowych. Po decyzji o likwidacji szeregu placówek edukacyjnych, komercjalizacji stołówek, wyprzedawaniu miejskich nieruchomości to kolejne postanowienie, która godzi w interesy mieszkańców Krakowa. Czy na prawdę powinniśmy spłacać zadłużenie w jakie wpędziła nasze miasto ekipa Jacka Majchrowskiego?
Postanowiliśmy przypomnieć o akcji “Wędrujący bilet”. Sprawa jest niezwykle prosta kupując np 60-minutowy i przejeżdżając na nim 40, pozostaje do wykorzystania jeszcze 20. Analogiczna sytuacja występuje, gdy korzystamy z biletu jednorazowego który dotyczący całej trasy i np. jadąc z Placu Centralnego na Dworzec Główny, przekazujemy go na przystanku pod dworcem wsiadającemu, który udaje się do Bronowic. W taki oto sposób wykorzystujemy całość usługi, za którą zapłaciliśmy, a w tramwaju jest cały czas jedna osoba.
Tani czy wręcz darmowy transport (bez biletów) wbrew lamentowi, że i tak ktoś za to musi zapłacić, może opłacać się wszystkim. Dowodzą tego władze blisko 400 tysięcznego Tallina gdzie w referendum zdecydowano o zniesieniu opłat za przejazdy. – Dzięki bezpłatnej komunikacji miejskiej ograniczymy korzystanie z samochodów, zwiększymy mobilność biednych rodzin i przyczynimy się do ochrony środowiska w wymiarze lokalnym oraz globalnym – tłumaczył burmistrz miasta Edgar Savisaar. Dodatkowo miasto zaoszczędzi na kosztownych inwestycjach w sieć dróg i ich remontach. Przejazdy darmowe będą jednak tylko dla zameldowanych w estońskiej stolicy. Pozostali nadal będą zobligowani do kasowania biletów. W ten sposób planuje się również zachęcić przyjeżdżający do pracy, by meldowali się w Tallinie i tam płacili podatki.
Przekazywanie biletów jest formą obywatelskiego nieposłuszeństwa. Gdy władze Krakowa wycofują się z kolejnych świadczeń na rzecz mieszkańców ci mają prawo protestować. Podobny protest kilka lat temu doprowadził do ugięcia się władz Lublina i cofnięcia decyzji o podwyżkach. Ponadto solidarna akcja przekazywania umożliwia każdemu zaoszczędzenie na biletach – dziś ja przekaże bilet jutro ktoś przekaże mi. Jednak bez masowego udziału mieszkańców, nie tyle na facebooku co w tramwajach i autobusach, akcja nie przyniesie żadnych rezultatów. Im bilety droższe tym większa szansa na to że zaczną wędrować…
Słyszałem anegdotę o tym, jak to przy wprowadzaniu new dealRoosevelt spotkał się z działaczami związków zawodowych – wysłuchał, zgodził się, zaś na zakończenie powiedział: „A teraz panowie wyjdźcie na ulice i mnie do tego zmuście”. Anegdota jak anegdota – trochę śmieszna, trochę prawdziwa, oddaje jednak w pewnym przybliżeniu mechanizmy, panujące w tak zwanych demokracjach.
Wszystko jest bowiem rachunkiem kosztów i zysków. Kosztem w tym wypadku są wydatki publiczne – zyskiem możliwość prowadzenia interesów w atmosferze pokoju społecznego. Nikt nie poniesie kosztów, jeśli te nie są niezbędne. Innymi słowy społeczeństwo będzie miało zawsze tyle, ile sobie wywalczy – dokładnie tyle, ile będzie kosztował pokój społeczny. Najwyższe ceny kapitał był zmuszony ponosić w czasach zimnej wojny – epoce tzw. państw opiekuńczych.
Polski sejm widział wiele, były sceny patetyczne – i te się przyjęły jako „norma” – oraz sceny komiczne i zabawne. Budynek zaś od wielu pokoleń kojarzy się bardziej z cyrkiem niż z „Najwyższą Izbą”. Tak było i niedawno, gdy sejm odrzucił projekt referendum w sprawie wieku emerytalnego. Wszystko działo się na dużych koturnach i przy pełnym patosie. Solidarność, niczym Rejtan rozdzierała szaty – choć część związkowców spośród licznie zwiezionych „wycieczek”, mając świadomość w czym uczestniczą, wolała wcześniej się znieczulić, poprawiając humor już na miejscu w okolicznych knajpach. (Nie wiem więc, skąd narzekania warszawiaków na demonstracje – toć walnie przyczyniają się one do wzrostu obrotów handlu i gastronomii). Wszak odgrywanie na trzeźwo tak umownych scen, jak udawanie protestu przed sejmem, musi budzić zażenowanie i narażać na ból głowy – gorszy od porządnego kaca.
Naprawdę zabawnie zrobiło się jednak, gdy premier Tusk w ferworze aktorskiej gry nazwał przewodniczącego Dudę pętakiem. Pani marszałek przerwała posiedzenie – niepotrzebnie, jak bowiem mogliśmy się później dowiedzieć, pan Duda się nie obraził – nie takie rzeczy podobno mu ludzie mówią (czemu nie dziwię się wcale) – a zaniepokojenie wzbudziła w nim myśl, jak te słowa odbiorą związkowcy, zgromadzeni pod sejmem… Wszyscy bowiem mieli wrócić z zakładowej wycieczki bez przygód. Ludzie odebrali to jak należy – wszak z góry wiedzieli, w jakiej zabawie biorą udział.
Przewodniczący Duda zaś w pełni sprawdził się w roli odpowiedzialnej przedszkolanki, potrafiącej zaopiekować się nawet najbardziej rozbrykanymi podopiecznymi. Trudno jednak stwierdzić, by była to rola rzeczywistego przywódcy związkowego, mającego prowadzić skuteczną walkę w obronie praw społecznych. Skąd tedy szczególne pretensje do Tuska i Rosatiego? Robili wszakże to, czego od nich wymaga UE – nie można było spodziewać się po nich niczego innego, jak tylko tego, iż będą realizować polecenia rynków finansowych.
Biedne natomiast jest społeczeństwo, które zawierza swą obronę w ręce takich speców, jak Piotr Duda. Nietrudno bowiem przejrzeć grę, jaką przewodniczący Solidarności prowadzi i która ma na celu przede wszystkim zyskanie punktów wyborczych dla PiS-u. Choć sposób, w jaki Duda „łasił się” do Donalda Tuska wskazuje, że jest otwarty na wszelkie propozycje. Jeśli więc premier powiedział mu „pętak” – powiedział mu naprawdę mało. Społeczeństwo może – tak jak w przypadku ACTA – powstrzymać niekorzystne zmiany, jednak nie poprzez spektakle „protestów”, ale przez skuteczne przeciwstawienie się rządowi. Czyli poprzez strajki, demonstracje, a przede wszystkim blokady dróg, linii kolejowych, portów i przejść granicznych. O ile bowiem w dzisiejszych czasach rząd jest w stanie naprawdę przetrzymać masowe strajki, to blokada transportu (przy roli, jaki ten spełnia w współczesnej gospodarce i przy strategicznym położeniu naszego kraju) szybko zmusi rząd i tzw. rynki do poważnego zastanowienia się, czy warto nadal igrać z ogniem.
Artur Kielasiak
31 marca w ramach globalnego dnia protestu w Warszawie odbył się Dzień Gniewu Społecznego. Ponieważ dzień wcześniej, także w stolicy, protesty organizowali działacze związkowi przeciwko reformie emerytalnej, postanowiliśmy jako FA Częstochowa uczestniczyć w tym wydarzeniu i pogniewać się również z nimi ;)
Do stolicy dzięki wcześniejszemu zaklepaniu miejsc dojechaliśmy wraz ze związkowcami z Solidarności, atmosfera powszechnego wkurwienia na rząd nastrajała nas optymistycznie. W swej naiwności wierzyliśmy ze taka masa ludzi nie jedzie na piknik, nie będą prosić na kolanach rząd o danie nam wypowiedzenia się w referendum co mamy do powiedzenia na temat kolejnego skoku na kasę społeczeństwa ze strony Tuska i jego bandy.
W trakcie jazdy mogliśmy wysłuchać przemówienia w sejmie przewodniczącego Dudy, jak i kilku przemówień posłów. Mimo merytorycznego przygotowania pana Dudy, jego przemówienie zdominował głos tzw. Opozycji. Szczególnie wystąpienie prezesa PISu było oderwane od rzeczywistości, obietnice tego że "gdy nas wybierzecie to reforma emerytalna PO pójdzie do kosza" brzmi jak kiepski żart.
Ponieważ protest Solidarności dość dokładnie został zrelacjonowany, nie pozostaje nam w tym temacie nic więcej, jak odesłać zainteresowanych do komentarzy na CIA, jak i oficjalnych mediów i wyrobieniu sobie własnej opinii.
Piątek w stolicy upłynął nam pod znakiem podróżowania po mieście, głównie celem wzięcia udziału w kilku pikietach, a tym samym wsparcia naszych znajomych (i nieznajomych) w ich działaniach. Na co dzień w Warszawie akcje protestacyjne są bardzo rozpowszechnione, codziennie odbywa się ich co najmniej kilka. Ma to swoje dobre i złe strony oczywiście. Dobra jest sama idea protestu i cieszy, że niektórym chce się działać. Zdecydowanie na minus jest w takiej sytuacji zainteresowanie ludzi, którzy z powodu braku czasu( tempo poruszania się w stolicy jest co najmniej przyspieszone ;p) czy też po prostu znudzenia ciągłymi akcjami, nie wykazują zbytniego zainteresowania. Akcje, w których braliśmy udział to: protest Wolnej Palestyny oraz pikieta przeciwko prywatyzacji szkolnych stołówek w warszawskich szkołach. Pikietę organizowali działacze ZSP Warszawa a wiec współorganizatorzy Dni Gniewu Społecznego.
Po tak burzliwym dniu resztę dnia spędziliśmy w Infoszopie na Pradze, wieczorem dotarli sympatyczni ludzie z Leszna i mogliśmy sobie na luzie pogadać. Część dyskusji dotyczyła demonstracji. Reszta to luźne rozmowy na tematy wszelakie[sorry Marchewa- Mały].
31 marca Dzień Gniewu Społecznego.
Pomimo kiepskiej i mało wyjściowej pogody, do lokalu zaczęli docierać ludzie spoza Warszawy, głównie z Wrocławia(ZSP, Akcja Lokatorska).Fajnym dla mnie osobiście faktem było spotkanie ludzi którzy kiedyś aktywnie działali w FAŚ-iu.(Michał)
Protest mimo pogody zgromadził około 200 osób z różnych organizacji, między innymi z sekcji FA. Ale tak naprawdę dla nas powodem do dumy jak i zadowolenia był tak liczny udział w demonstracji ludzi z organizacji lokatorskich. Mimo deszczu Ci starsi ludzie byli pełni zapału jak i energii czego mogą im pozazdrościć tak zwani „aktywiści”, którym nie chciało się wyjść tego dnia z domu. Sam protest mimo ze trasa dość długa przebiegał spokojnie i odbył się bez żadnych incydentów. Sporo śmiechu wywołał u nas kordon policji ochraniający pomnik Dmowskiego, szczególnie w momencie, gdy jeden z policjantów zapytał czy będziemy przy pomniku składać kwiaty (pytanie za sto punktów :D).
Ponieważ relacja z Dni Gniewu już widnieje na stronach Centrum Informacji Anarchistycznej, nam pozostaje już tylko krótkie podsumowanie.
Po naszej wizycie w stolicy ciśnie się na usta pytanie: Gdzie są Ci wszyscy wkurwieni? Ci oburzeni na działania rządu? Ci, którym panujący system i rządy nie odpowiadają? I nie mówię tutaj tylko o „wolnościowcach”(choć o nich głównie), ale o wszystkich tych, których można usłyszeć na co dzień na ulicach, w środkach komunikacji, czy też(a raczej głównie) w internecie, narzekających na rząd, podatki itp. Na facebooku łatwo kliknąć w wydarzenie i szpanować, gorzej się na nim pojawić. Wygodniej też siedzieć w ciepłym pokoju i napisać na forum, że się popiera, że spalić sejm i „tak trzymać”, bo „ktoś im musi w końcu pokazać, że się nam nie podoba, co robią”. A może trzeba każdemu z osobna wysyłać oficjalne zaproszenia, jak zasugerował po całej akcji członek lubuskiej komisji IP? Widocznie poczuł się taką osobistością, że bez oficjalnego zaproszenia ani rusz. Może jeszcze taksówkę i catering do tego? Mimo wszystko osób powiązanych z FA i organizacjami lokatorskimi było sporo( wielu spoza Warszawy), a co z jej mieszkańcami? Widocznie nie jest im jeszcze na tyle źle, żeby wyszli na ulice i zaczęli walczyć o swoje prawa…
Smutnym faktem, który kładzie się cieniem na protest jest bojkot(?) skłotersów z Elby i ich nieobecność na demonstracji. Co nimi kierowało? Według jednej z wersji ich bojkot spowodowany był zatargiem z jednym z organizatorów protestu (ZSP Warszawa). Naszym celem nie jest dociekanie przyczyn konfliktu, to sprawa ludzi, których ten konflikt dotyczy bezpośrednio. Wszakże są dorośli, przynajmniej wiekowo. Ale pozostaje niesmak i zażenowanie krótkowzrocznością osób związanych z Elbą. W ostatnim czasie doszło do wydarzeń na skłocie, szeroko komentowano wjazd policji, szykany, pobicia itp. Wsparcie jakie zostało udzielone mieszkańcom można było zaobserwować podczas demonstracji w ich obronie. W tym proteście brali również udział prascy lokatorzy z KOL-u. Nie wiem jak wy "aktywiści" z Elby ale mnie jest za Was wstyd, zapewne dla was ważniejszym jest poparcie gazety wyborczej, Żakowskiego czy innych "lewicowych" dziennikarzy od tych steranych życiem wyszydzanych nieraz "moherów". Rozumiem ze teraz kiedy władze stolicy z Wami rozmawiają chcą wam pomóc, nietaktem było by z waszej strony protestowanie przeciwko tej władzy.
Mam nadzieje ze aktywiści którzy Was wsparli w potrzebie również Wam podziękują w odpowiedni sposób. My tym tekstem już to zrobiliśmy:) Nie wiem czy ograniczanie się do działania tylko na swoim podwórku na dłuższą metę Wam się opłaci, bo ludzie, którzy przyjeżdżają Was bronić z drugiego końca Polski(ale i miejscowi) mogą w końcu zrezygnować ze swojej dotychczasowej aktywności i może zabraknąć im chęci, kiedy nie docenia się ich wsparcia i nie mogą liczyć na nie z Waszej strony.
Uwagi groźby itp. przesyłać na adres FA Częstochowa.
Goha, Mały.
P.S. Pozdrowienia dla ekipy z Infoszopu ;)
Chyba większość Polaków zna słowa, wypowiedziane przez J. Piłsudskiego. Jedni widzą w nich dowód pragmatyzmu, inni cynizmu i wyrachowania, jeszcze inni przytaczają jako zdanie, mające świadczyć o tym, że tak naprawdę nikt poważny nie zajmuje się socjalnymi mrzonkami.
A mogło przecież być tak, iż był to wynik zderzenia się marzeń i planów z twardą rzeczywistością. Wszak nie na darmo powiadają, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. W niewielkim stopniu zdajemy sobie sprawę, jak struktura, którą ma władać człowiek – włada człowiekiem i determinuje jego decyzje. Ale do tego jeszcze wrócimy. Można więc by było gdybać: co by było, gdyby z czerwonego tramwaju nie wysiadał a Polska (bądźmy ostrożni) poszła szwedzką drogą. Z tej perspektywy dnia dzisiejszego ciekawsze jest jednak, dlaczego w ogóle w czerwonym tramwaju się znalazł – a nie był to przecież przypadek odosobniony.
Bez wątpienia polski patriotyzm został ukształtowany przez Romantyzm i doświadczenia powstań. A od Powstania Kościuszkowskiego – czyli końca Pierwszej Rzeczypospolitej – jedną z najistotniejszych historycznie kwestii była sprawa chłopska i związana z tym kwestia socjalna. Hasło: „W imię Boga za naszą i waszą wolność”, wymyślone przez Lelewela i użyte po raz pierwszy podczas manifestacji na cześć Dekabrystów nabrało wówczas charakteru wręcz internacjonalistycznego. O ile jednak zachodnie nacjonalizmy nie miały problemu z przyswajaniem romantycznej tradycji, dodając do niej darwinizm społeczny, o tyle w Polsce modernistyczny nacjonalizm stanął do niego w ostrej opozycji.
Trudno bowiem było pogodzić egoizm etniczny z mesjanistyczną figurą Polski jako Chrystusa narodów, której cierpienie miało służyć zbawieniu ludzkości a także z wciąż żywym sentymentem do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Rząd Narodowy Powstania Styczniowego pieczętował się Pogonią, Orłem Białym i świętym Michałem, pretendował więc do reprezentowania trzech równorzędnych etnicznych bytów – naród pojmując jako wspólnotę polityczną.
Abstrahując od realizmu tego projektu i jego faktycznej reprezentatywności, pokazuje on jednak przepaść, dzielącą ówczesnych powstańców od nowoczesnego XIX-wiecznego nacjonalizmu. Oczywiste w kraju zacofanym ekonomicznie i społecznie była to tradycja w większości konserwatywna, oparta na patriarchalnej utopii ładu społecznego – jednak warto sobie uświadomić, iż co najmniej od czasów Insurekcji Kościuszkowskiej przez tradycję tę przebija się coraz bardziej wątek rozwiązania problemów społecznych w duchu bardziej egalitarnym, dzieląc np. powstańców styczniowych na „czerwonych” i „białych”. Jest też faktem, że prawdziwa radykalizacja społeczna była wynikiem klęski i refleksji z nią związanych, a miała miejsce głownie… na emigracji. Z drugiej strony polskie powstania oddziaływały zwrotnie na formułującą się lewicę, przyczyniając się do jej jednoznacznie internacjonalistycznego charakteru. Udział zaś powstańców styczniowych w Komunie Paryskiej – najważniejszej i najbardziej radykalnej chyba XIX-wiecznej próbie zmiany systemu – dobrze to symbolizuje. Przykłady zresztą można mnożyć…
Niejako w tle Powstania Styczniowego w efekcie zaistnienia kapitalistycznych stosunków produkcji powstawały równocześnie: polski socjalizm i nacjonalizm. O ile ten pierwszy da się jednak wywieść z wątków obecnych już wcześnej w Polsce czy w Rosji, gdzie francuskie czy niemieckie idee stały się językiem, w którym artykułowano problemy społeczne, o tyle nacjonalizm był ideą typowo importowaną, przychodząc z Zachody. Tym samym zyskał poklask, znaczenie i poważanie (tak, niestety, jest niemal ze wszystkim, co stamtąd przychodzi, a co uważane jest za z definicji za lepsze, nowocześniejsze, wartościowsze – Norwidowska „papuga narodów”). Szybko też zdobyły poparcie rodzących się właśnie klas – burżuazji zmuszonej do konkurencji z innymi kapitałami i tych, którzy nieuchronnie tracili na znaczeniu – ziemiaństwa.
Obie te klasy łączyło pragnienie ekspansji – ale i protekcjonizmu – silne dążenie modernizacyjne, chęć najskuteczniejszego zabezpieczenia swych interesów (także od strony żądań społecznych). Jak to z podobnymi ideologiami bywa, miała ona sankcjonować ład społeczny, toteż po krótkim i wstępnym okresie antykościelnym stała się Narodowa Demokracja (pomimo swych „naukowych” i postępowych dążeń) partią kruchty.
Nic dziwnego też, że eNDecja, stając się głosem polskich kapitalistów (pomimo niechęci względem rosyjskiej kultury – ucieleśniała wręcz wszelką małość, pogardę i zawiść, jaka występuje w Polsce względem Rosji – estymą i zapatrzeniem darząc zaś kraje zachodnie i zachodnie kultury, czyli „wyższą cywilizację”) „grała” na Rosję. Polska zjednoczona pod berłem Romanowów – z otwartym dla ekspansji rynkiem wschodnim, rynkiem – co warto sobie uświadomić – chłonnym, bogatym w surowce. Rodząca się polska burżuazja w konfrontacji z zachodnimi „siostrami” wyglądała słabo i rachitycznie.
Trzeba przyznać, że to eNDecja wniosła w polską politykę dużą dawkę pragmatyzmu. Oczywiście lewicy z kolei Rosja – z pogardą dla praw pracowniczych i swobód obywatelskich, z Czarną Sotnią czy oficjalnym wręcz antysemityzmem – była opcją nienawistną – i to pomimo bliskich związków personalnych i organizacyjnych (współpraca z radykalną rosyjską inteligencją była zjawiskiem ciągłym, datującym się co najmniej od czasów Dekabrystów przez Powstanie Styczniowe i spiski Narodnej Woli. Także fakt, że brat Lenina i brat Piłsudskiego brali udział w jednym spisku i byli razem sądzeni, nie jest dziełem przypadku a posiada raczej wartość symboliczną – ukazując wzajemną zależność i oddziaływanie.
Jednak historia wybrała inaczej i nie kierowała się tu duchem pragmatyzmu. Upadły wszystkie czarne orły. Po Romanowach nie został ślad. W Rosji szalała rewolucja, której zwycięstwa nikt się nie spodziewał i nikt nie wierzył w jej przetrwanie, choć jednocześnie budziła powszechną trwogę. Brat Lenina zginął na szafocie, brat Piłsudskiego badał kulturę Ajnów na dalekiej Syberii (także dzięki bratu Lenina, który wziął całą winę na siebie). Bolszewicy zostali powstrzymani nad Wisłą, jednak utrzymali się u władzy wbrew oczekiwaniom Polski i Zachodu. Za cenę nie tylko krwi – także polityczną.
Lenin wszedł w buty Piotra Wielkiego – Piłsudski czuł się z pewnością jak Sobieski. Jednak nic w polityce nie ma za darmo – koszt jakiż trzeba było zapłacić za pomoc aliantów w wojnie z bolszewikami. Za „błękitną armię” Hallera, za francuskie karabiny, mundury, armaty i czołgi (nie miało znaczenia, iż Francuzi i tak nie mieli co z tym wszystkim zrobić). Faktem jest, że II RP zaczynała bardzo lewicowo – wprowadzając 8-godzinny dzień pracy, prawa wyborcze kobiet, czy powołując do istnienia Państwową Inspekcję Pracy…
Droga ta nie była kontynuowana, natomiast kapitał francuski czuł się w Polsce nad wyraz dobrze Były więc też konsekwencje tego stanu rzeczy – i koszty wojny i gwarancje bezpieczeństwa Francji względem Niemiec. Wydaje się, iż polscy badacze za mało poświęcają uwagi tej właśnie kwestii. Wszelkie decyzje, dotyczące życia społecznego w RP, były pochodną decyzji strategicznych i militarnych. Kwestie zaś społeczne, których rozwiązania oczekiwano w wolnej Polsce musiały pozostać nie rozwiązanymi.
Europa zamieniła się w kontynent małych krajów, rządzonych przez sprzeczne egoizmy, gdzie nawet zwycięzcy nie czuli się zadowoleni. Wszystko to bardziej przypominało zagrodę z głodnymi psami, niż trwały ład. Światowy kryzys, który nastąpił niedługo potem, tylko pogłębił te tendencje. Wszędzie wyrastały ideologie, uzasadniające frustracje i dające łatwe oraz fałszywe rozwiązania na strukturalne i fundamentalne problemy. Narodowe radykalizmy i faszyzm doszły do głosu. XIX-wieczne programy asymilacji mniejszości narodowych, przede wszystkim Żydów, zastąpił rasizm. Na nic się zdały frontowe zasługi z I wojny światowej i Krzyże Żelazne wielu niemieckich Żydów czy daleko posunięta asymilacja – teraz stali się przyczyną zła. Warto mieć to na względzie, gdy przyglądamy się bezkrytycznie zachodniej modzie multi kulti – iż może im się „odwidzieć”, często już bowiem tak bywało, a w Holandii właśnie jest). Wszystko to jednak nie na długo, bo do 1939 r. W 1939 r. z przystanku niepodległość odjechały tramwaje a nadjechały czołgi.
Co było dalej – wszyscy wiemy – obłęd wojny, w której brała udział prawie cała Europa i znaczna część świata. Jałtański podział świata, zimna wojna, PRL – który co ciekawe i paradoksalne zrealizował w pełni postulaty eNDecji – piastowskie granice, gospodarka otwarta na wschód (jednak bez własności prywatnej), industrializacja, kraj jednorodny etnicznie… Także w oficjalnej kulturze masowej eksponowało się wątki narodowe zdecydowanie bardziej niż klasowe – wszak nadal przy okazji każdych świąt oglądamy filmy wówczas nakręcone – od Krzyżaków Forda począwszy… Z historycznej perspektywy komunizm okazał się więc o wiele bardziej wydajną ideologią, mobilizującą peryferyjne społeczeństwa do wysiłku industrializacji i rywalizacji ze światowymi potęgami. Ceną za to było zniewolenie, obozy, terror i śmierć milionów. Jednak sowiecka Rosja uniknęła i klęski w II w światowej i peryferyjnego uzależnienia, zaś Chiny skutecznie z tego uzależnienia się podniosły.
W 1989 r. odjechały czołgi (same – wszak nie wystraszyły się chyba naszych ulotek: „Sowieci do domu”) a ludność krajów Europy Wschodniej radośnie wyjechała na zakupy, mając nadzieję na nieustające wakacje w supermarkecie.
Praktyka pokazała, że klamki do salonowych odrzwi są zamontowane bardzo wysoko, na krzesła tez trudno się wdrapać – stoły też szybciej zaś się opróżniają niż wzrasta liczba biesiadników.Bezrobocie, które miało być kosztem racjonalizacji, stało się bezrobociem strukturalnym. Prywatyzacja czy reprywatyzacja prywatyzacja przyniosły deindustralizację a nie inwestycje i rozwój. Co gorsza do tego stołu można się dostać jedynie pojedynczo, a odsuwanym się jest grupowo. Uniwersalizm europejski pod szyldem UE, który miał przynieść kontynentalny pokój i zrównoważony rozwój dobrobyt – w wyniku kryzysu odsłania, które interesy respektuje a jakie pomija i podporządkowuje.
Okazuje się, iż „zjednoczona” Europa nadal posiada swoje centrum i swe peryferia, gdzie jedne gospodarki zyskują na znaczeniu, inne zaś cierpią w wyniku bezrobocia, strukturalnego długu i zależności.Tak więc neoliberalna retoryka utorowała drogę do powrotu do Europy antagonizmów i egoistycznych interesów, sam projekt UE okazał się zaś cynicznym parawanem. Nauka, jaka płynęła z dwóch wojen światowych, została zaprzepaszczona. Kapitalistyczna potrzeba zysku i żądza władzy przeżera państwa i międzynarodowe instytucje finansowe, będące emanacją tych potęg. Pax Americana, który zapanował w miejsce zimnej wojny mocarstw, okazał się kruchy w swych podstawach i szybko ukazał realne oblicze, skrywane za humanitarną pomocą. Udział w irackiej, afgańskiej i libijskiej awanturze wielokroć przewyższa koszta, jakie płaciliśmy za „układ warszawski” – rola kolesia od brudnej roboty, to wszystko, co mają nam do zaoferowania wszystkie elity polityczne w swym geopolitycznym myśleniu o kraju.
UE o ile może, stara się wyzwalać się od zależności wobec USA – widać to w polityce względem Rosji i Chin. Z drugiej strony tendencja ta nie jest tak silna, by w kwestiach istotnych przeciwstawiać się Białemu Domowi – gotowa jest więc, o ile to korzystne, robić za psa pościgowego.
Można tą politykę nazwać „obrotową”, bo zakłada wszelką możliwą zmianę sojuszów i przyłączenie się do tych, którzy będą dzielić łup. Widać też, że głównymi krajami, dominującymi w UE – są Niemcy i Francja. Można się oczywiście zastanawiać, co jest przyczyną zaniku antagonizmu francusko-niemieckiego i powrotowi do imperium Franków – czy to wynik spadku znaczenia Europy, reakcja na wyczuwane załamanie się podstaw hegemoni USA, czy efekt emancypacji krajów Trzeciego Świata, takich jak Indie, Chiny, Brazylia i przesunięcia „centrum” nad Pacyfik?
Powrót do narodowych, partykularnych interesów, jest zrozumiały jako reakcja na upadek fałszywego uniwersalizmu UE. Dziś bunt przeciw dominacji ekonomicznej może przybierać prawicowe formy, tak jak to ma miejsce na Węgrzech, choć jest to forma wygodna dla kapitału, w dodatku nie potrafiąca wyartykułować prawdziwych antagonizmów i przyczyn. Może tak, jak próbuje się w Hiszpanii i Grecji, szukać szerszego międzynarodowego kontekstu. Kryzys jest niczym pętla tramwajowa – są tacy, co uważają, iż należy znów jechać na przystanek niepodległość i to rozwiąże wszelkie problemy. Jednak powrót do antagonizmów państw narodowych nie jest żadną alternatywą w kontekście dwóch światowych wojen, a przy obecnym poziomie technologii militarnych staje się wręcz samobójczy. Nie trzeba być też prorokiem, by już na starcie określić, kto w tym wyścigu zwycięży.
Przerabialiśmy to wielokrotnie w sytuacjach chaosu wieków „ciemnych” (wtenczas, gdy historia toczyła się wolno) albo z nagłymi i gwałtownymi zmianami, z których ma wyłonić się nowy porządek (teraz, gdy historia toczy się szybko). Tak było podczas I i II wojny światowej, kiedy upadała hegemonia Wielkiej Brytanii a głównym pretendentem do roli nowego imperatora była Rzesza Niemiecka. O tym, że powrót do narodowych egoizmów i walk o interes, supremację polityczną i gospodarczą przynosi tylko zbiorowe mogiły – nie trzeba przekonywać.
Jest to konsekwencja i logiczny skutek owego mechanizmu, pewny tak jak w matematyce pewne jest 2×2= 4. Potrzeba globalnego rozwiązania, nowego ładu powinna być jasna nie tylko dla tych, którym drogie są hasła wolności równości i braterstwa i tych, co dość już mają hegemoni mocarstw czy to w sferze politycznej czy ekonomicznej (w MFW 40% głosów należy do krajów zachodnich).
Potrzeba taka powinna być jasna dla wszystkich, którym nie obce jest logiczne myślenie a instynkt samozachowawczy posiedli silniejszy niż dążenie do śmierci..
Sprzeczności, przed jakimi stoimy, są te same, co przed obiema wojnami światowymi. Logika systemu została bowiem zachowana.
Tak więc, jeśli słyszę o obronie suwerenności czy walce o niepodległość, to bardzo dobrze – historia ruchów narodowowyzwoleńczych to naprawdę ta księga, gdzie pełno jest pięknych kart w walce o ludzką podmiotowość. Także w polskiej historii człowiek o wrażliwości społecznej ma naprawdę do czego się odwołać. Ja tylko się pytam: co dalej? Bowiem niepodległość nie rozwiązuje większości problemów – nie rozwiązuje kwestii wyzysku – narodowe gospodarki będą skazane na rywalizację, czyli wzmożoną akumulację (wbrew temu, co się sądzi, to nie zbytek jednych jest główną przyczyną wyzysku i niedoli innych), nie zginą światowe konflikty – te wszak mają swe źródło w antagonizmach i rywalizacji ekonomicznej. Nie zniknie społeczna alienacja, ani kultura, podporządkowana potrzebom ekonomii (XIX-wieczna etyka pracy, socrealizm – to wytwory tak samo wtórne jak kultura konsumpcyjna – w socrealizmie potrzeba było budowniczych i wydajnych robotników, zaś w globalnym kapitalizmie – konsumentów). Nie zniknie dewastacja przyrody – ta wynika bowiem także z potrzeby rywalizacji i wydajności.
Nawet, gdybyśmy czysto teoretycznie wyeliminowali tę groźbę – „realizacji polityki innymi środkami”, to powrót do narodowych egoizmów nie jest żadną drogą. Potrzeba nowego, w dodatku trwałego ładu. Słowem – potrzebna nam „Mać Pariadka”. Nie musimy wsiadać do żadnych tramwajów – trzeba nam zwyczajnie iść na spacer. Poziom zaś środków wytwórczych jest tak wysoki, że spokojnie może służyć zaspokojeniu większości potrzeb i rozwiązaniu palących problemów ludzkości. Na drodze tej stoją jednak wszelkie struktury władcze i ekspansywne, z definicji (i praktyki) nastawione na zysk oraz dominację – a nie na zaspakajanie potrzeb.
Artur Kielasiak
F.A. Poznań
(125)
F.A. Kraków
(95)
F.A. Trójmiasto
(22)
Redakcja
(225)
F.A. Śląsk
(7)
F.A. Łódź
(82)
F.A. Lublin
(1)